
Krzysztof Izdebski — Historia Szpitala Południowego pokazuje coś więcej niż pojedynczy przypadek uprzywilejowania. Jeśli uprzywilejowani pacjenci naprawdę mieli szybszą ścieżkę, to zawiodły nie tylko procedury, ale i podstawowa zasada równości wobec publicznej służby zdrowia.
Prawdziwym sprawdzianem dla państwa jest sytuacja, w której trzeba wychwycić drobne, codzienne nadużycia i nieprawidłowości. Takie, które niekoniecznie zagrażają bezpośrednio bezpieczeństwu kraju, nie trafiają na pierwsze strony gazet i nie wywołują natychmiastowych politycznych burz. Takie, które jednak stopniowo podkopują zaufanie obywateli do instytucji publicznych.
Dlatego w historii dotyczącej działalności Dawida Kacprzyka w Szpitalu Południowym najbardziej niepokoi mnie nie tylko to, co opisały media. Równie niepokojące jest pytanie, dlaczego o sprawie dowiadujemy się właśnie od dziennikarzy. Ale mimo ich pracy cały czas pozostajemy z wieloma pytaniami.
Jeżeli rzeczywiście dochodziło do tworzenia specjalnych zasad dla polityków i ich rodzin, jeżeli funkcjonowała nieformalna ścieżka traktowania wybranych pacjentów inaczej niż pozostałych, jeżeli pojawiały się wątpliwości dotyczące organizacji pracy czy rozliczania czasu pracy, to dlaczego nie zostało to wcześniej wychwycone przez mechanizmy nadzoru? Gdzie były procedury kontrolne? Gdzie był właściciel szpitala? Gdzie były instytucje odpowiedzialne za monitorowanie jakości funkcjonowania publicznej ochrony zdrowia? Wreszcie, czemu służą rozbudowane procedury zbierania danych na temat funkcjonowania tego wycinka działania państwa, skoro nie do wykrywania takich nieprawidłowości?
[

Zaskakujący ruch Kacprzyka. Prawnik: W takim przypadku grozi do 20 lat więzienia](/news/dawid-kacprzyk-skorygowal-33-faktury-i-oddal-500-tys-zl-prawnik-ocenia-konsekwencje)
[

Szymon Hołownia o zarobkach Dawida Kacprzyka: To rzeczywiście szokujące](/news/szymon-holownia-w-godzinie-zero-odniosl-sie-do-sprawy-kacprzyka)
[

Premier po publikacjach Zero.pl. „Będą konsekwencje polityczne”](/news/sprawa-lekarza-milionera-pokoik-vip-w-szpitalu-tusk-beda-konsekwencje-polityczne)
Demokratyczne państwo nie powinno być uzależnione od przypadku, odwagi pojedynczych sygnalistów czy determinacji pojedynczych dziennikarzy. Powinno posiadać własne mechanizmy wykrywania nieprawidłowości. Jeżeli ich nie posiada lub z nich nie korzysta, mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym niż zachowanie jednej osoby.
Mam w związku z tym jeszcze jedno pytanie. Dlaczego rząd, mimo zobowiązań międzynarodowych, ale też na podstawie czystej pragmatyki, nie opracował i nie wdraża strategii przeciwdziałania korupcji? Gdyby tak się stało, być może udałoby się odpowiednio wcześniej zidentyfikować luki w systemie monitoringu nad wydatkowaniem środków publicznych. Śmiem twierdzić, że i ten przypadek tego nie zmieni. Już wiele wcześniejszych, podobnych incydentów powinno zmobilizować rząd do podjęcia prac nad uszczelnieniem całego systemu.
Jednocześnie, a może właśnie z uwagi na te zaniedbania, ta sprawa pokazuje, dlaczego niezależne media i organizacje patrzące władzy na ręce są tak ważnym elementem demokratycznego systemu.
Od lat obserwuję, jak kolejne środowiska polityczne deklarują przywiązanie do przejrzystości życia publicznego, ale znacznie mniej entuzjastycznie podchodzą do tych, którzy tę przejrzystość próbują egzekwować. Dziennikarze śledczy, organizacje strażnicze, aktywiści korzystający z prawa do informacji publicznej czy zwykli obywatele zadający niewygodne pytania często bywają przedstawiani jako przeszkoda w sprawnym zarządzaniu państwem. Absolutnie niesłusznie.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.