
Rada Redaktorów w Bangladeszu bije na alarm. Spotkali się z premierem i zażądali usunięcia przepisów, które ograniczają wolność prasy. Powiedzmy sobie szczerze, to brzmi jak jakiś ponury żart. Słuchajcie, kurde, chodzi o to, że wydawcy musz
Rada Redaktorów w Bangladeszu bije na alarm. Spotkali się z premierem i zażądali usunięcia przepisów, które ograniczają wolność prasy. Powiedzmy sobie szczerze, to brzmi jak jakiś ponury żart.
Słuchajcie, kurde, chodzi o to, że wydawcy muszą podpisywać oświadczenie, że nie będą publikować niczego, co jest sprzeczne z "interesami rządu". Serio? No to jest absurd. To tak, jakby kazać kucharzowi obiecać, że nie ugotuje niczego, co nie smakuje szefowi. To jest po prostu cenzura.
Oczywiście, premier pewnie będzie się tłumaczył, że to dla dobra kraju i walki z dezinformacją. Ale my wiemy swoje. Takie przepisy to furtka do kneblowania niewygodnych dziennikarzy i krytyki władzy. To prosta droga do autorytaryzmu. Mam nadzieję, że tamtejsi redaktorzy nie odpuszczą i będą walczyć o wolność słowa. Bo bez tego nie ma demokracji.
Na podst. materiałów źródłowych
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.