
Tymon Grabowski — Zwykle gdy Donald Trump robi coś w obecnej kadencji, jest to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i oburzające. Przyzwyczailiśmy się więc krytykować go, zanim jeszcze pomyślimy, czy ma rację. Tak właśnie dzieje się w kwestii ceł na europejskie samochody w Stanach Zjednoczonych.
Zwykle gdy Donald Trump robi coś w obecnej kadencji, jest to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i oburzające. Przyzwyczailiśmy się więc krytykować go, zanim jeszcze pomyślimy, czy ma rację. Tak właśnie dzieje się w kwestii ceł na europejskie samochody w Stanach Zjednoczonych.

Porsche płynie do Stanów Zjednoczonych - wizualizacja. Tak naprawdę auta transportuje się inaczej. Fot. Pixabay (fot. Pixabay - dendooktor)
Donald Trump uwielbia cła. Zdaje się sądzić, że nakładanie odpowiednio wysokich ceł rozwiąże każdy problem, a w szczególności taki, w których amerykański przemysł nie zarabia dostatecznie długich pociągów pełnych dolarów. Mieliśmy już kilka wojen i dziwnych ruchów celnych ze strony prezydenta Stanów Zjednoczonych, a dziś od rana na tapet wrócił temat ceł na europejskie samochody w tym kraju. W piątek Trump zagroził, że podniesie cła na samochody z Europy do 25 proc., potem w weekend nie działo się nic specjalnego, a dziś od rana larum podniosły Niemcy, jako główny (potencjalny) poszkodowany.
Denerwuje się, że Unia Europejska niedostatecznie szybko wprowadza postanowienia europejsko-amerykańskiej umowy handlowej. Chodzi o umowę z września 2025 r., która przewiduje zmniejszenie ceł na europejskie samochody w Stanach z 27,5 do 15 proc. Wiadomo, że tryby europejskiej biurokracji mielą nadzwyczaj powoli, a Trump do cierpliwych nie należy, mimo podeszłego wieku. Problem w tym, że producenci z Europy (a najbardziej z Niemiec) już liczyli na niższe, 15-procentowe cła, tymczasem one mają wrócić do poziomu niższego ledwie o 2,5 punktu procentowego od stawki poprzedniej. Tak, w rzeczywistości to nie jest podwyżka, tylko mniejsza obniżka niż wstępnie założono. Ale i tak, jak podaje Reuters, państwa UE naciskają na Brukselę, żeby szybciej ratyfikowała umowę z USA. Te „państwa” to pewnie głównie Porsche i grupa VW.
Analitycy już wyliczyli, o ile spadną zyski takich koncernów jak Mercedes, BMW czy Audi-Volkswagen-Porsche. To wartości od 9 do 21 proc. dla roku obecnego i następnego. Można tylko zacytować słowa Jeremy'ego Clarksona: „Oh no! Anyway...”. Wystarczy spojrzeć na to z tej strony: cła dotkną głównie nabywców samochodów marki Audi i Porsche, których ceny podskoczą najbardziej, ponieważ są one produkowane w Niemczech i wysyłane do Stanów Zjednoczonych jako gotowe produkty. Dlaczego tak potężny gospodarczo kraj jak USA importuje do siebie luksusowe (czy może „premium”) samochody aż z Niemiec? Trudno uwierzyć, by przemysł amerykański nie był w stanie na miejscu wytworzyć nic porównywalnego, co wyzwoliłoby w lokalnych klientach patriotyczne odczucia i skłoniło ich do zakupu produktu lokalnego.
Samochody, jak i inne dobra konsumpcyjne, należy produkować na miejscu – w danym kraju czy na kontynencie. Import jest ostatecznością, konieczną w przypadku państw bardzo słabo rozwiniętych, o małej bazie przemysłowej. Nic dziwnego, że samochody muszą importować takie kraje jak Surinam, Madagaskar czy Trynidad i Tobago. Import gotowych pojazdów do USA z Europy to wynik pazerności koncernów motoryzacyjnych. Tysiące aut płynie gigantycznymi, napędzanymi paliwem kopalnym statkami – kompletnie niepotrzebnie, tylko dlatego żeby amerykański klient lub klientka mogli się chwalić, że stać ich na europejskie cacko o mocy kilkuset koni mechanicznych. Nawet to wyjściowe cło na poziomie 27,5 proc. wydaje mi się niskie. Donald Trump mógłby śmiało zastosować model duński – kupujesz samochód wytwarzany lokalnie, nie płacisz cła. Upierasz się na konieczność importowania auta z innego kontynentu – czemu by nie podwoić ceny pojazdu?
Stopień skomplikowania współczesnych samochodów rzeczywiście zmusza do transportu rzadkich surowców z różnych miejsc świata. Tego już uniknąć się nie da, ale można byłoby znacząco zmniejszyć intensywność emisji z transportu morskiego, gdyby po prostu odgórnie zakazać międzykontynentalnego przewozu samochodów. Przypomnę, że niedawno chiński gigant motoryzacyjny BYD zamówił siedem (niektórzy twierdzą, że osiem) statków transportowych typu Ro-Ro do przewozu samochodów, co było największym zamówieniem w historii. A wszystko po to, żeby produkować tanio samochody w Chinach i potem rozwozić je po całym świecie. To akurat nie jest wpis o tym, że Chińczycy prowadzą gospodarczy kolonializm, uzależniając świat od swoich produktów, ale koncerny niemieckie postępują bardzo podobnie – wytwarzają auta w Niemczech i potem wysyłają je do Stanów Zjednoczonych, mówiąc że są lepsze niż produkt lokalny, bo niemieckie.
To, że Porsche czy Mercedes zarobią trochę mniej pieniędzy, może martwić udziałowców, ale cóż z tego wynika dla zwykłego pracownika? Jeśli dana korporacja chce przeprowadzić cięcia, to i tak znajdzie ku temu powód. Dlatego w pełni popieram wysokie cła na międzykontynentalny transport gotowych produktów przemysłowych. Amerykańscy nabywcy Porsche może będą musieli przesiąść się na Cadillaki, a może – wzorem BMW – Porsche wybuduje amerykańską fabrykę lub montownię i tym sposobem ominie cła. W każdym przypadku zyska lokalny przemysł amerykański, a nieznacznie stracą niemieckie koncerny. Pewnie dlatego to taki dotkliwy problem w europejskich mediach.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.