
Co wydarzy się, gdy człowiek stworzy technologię zdolną przekraczać granice współczesnej medycyny, a jednocześnie zacznie tracić kontrolę nad własnym życiem? "Ja, Sigma" Thora Larsena to połączenie thrillera, kryminału i powieści science fiction, które stawia pytania o przyszłość sztucznej inteligencji, granice nauki oraz cenę ludzkich ambicji.
Akcja rozpoczyna się od zaginięcia wybitnego naukowca Erika Bergera — twórcy przełomowych rozwiązań medycznych i zaawansowanej sztucznej inteligencji o nazwie Sigma. Sprawę prowadzi policjant Björn Andersen, który równocześnie mierzy się z własnym rodzinnym dramatem. To, co początkowo wygląda na zwykłe zaginięcie, szybko odsłania mroczniejsze tajemnice związane z eksperymentami naukowymi, ludzką naturą i obsesją nieśmiertelności.
Publikujemy fragment książki "Ja, Sigma".
Ludzka psychika nie pęka nagle. Najpierw tylko cicho trzeszczy, jak lód na jeziorze, po którym wszyscy chodzą, udając, że tego nie słyszą. Myśli układają się w bezpieczne schematy… Do czasu. potem wystarczy jeden nacisk, pytanie zadane zbyt wprost, spojrzenie, które trwa sekundę za długo, i wszystko, co było starannie poukładane, zaczyna się sypać.
Siedziałem kompletnie rozbity, z myślami krążącymi wokół Caterine. Oczekiwała w areszcie na proces za coś, czego nie zrobiła. (…) Nie… To wciąż do mnie nie docierało. Nie potrafiłem tego przyjąć ani zrozumieć i prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, co powinienem dalej zrobić.
Leo próbował coś do mnie mówić, ale nawet na niego nie spojrzałem. Zadzwoniło kilka telefonów naraz, odebrałem ten na moim biurku.
— Cześć, Andersen, tu Markus Berger. Mój brat miał wypadek — odezwał się niski, spięty głos.
Głos, który znałem aż za dobrze. Wywoływał we mnie mimowolną falę wściekłości. Z przeszłością jest tak, że nigdy nie zostaje tam, gdzie ją zostawiliśmy. Można ją zakopać pod warstwą codziennych spraw, przykryć milczeniem, udawać, że straciła znaczenie, ale ona cierpliwie czeka i właśnie otworzyła wszystkie stare rany.
— Już wezwałem pogotowie. Wysyłam lokalizację. Sprawa jest… gówniana — stwierdził.
Nagle wszystko w mojej głowie zaskoczyło. Dzwonił Markus Berger — mój zawodowy wróg, człowiek, który niemal zrujnował mi życie i który właśnie okazał się bratem Erika Bergera. Do tej pory nie miałem o tym pojęcia. Nie chciałem tam jechać. Nie chciałem go widzieć. Nie chciałem patrzeć mu w oczy ani słuchać jego głosu.
Niestety musiałem.
— Erik Berger miał wypadek, jedziemy! — rzuciłem do Olsena, który zareagował błyskawicznie, stając na równe nogi.
— Skąd wiesz? Kto dzwonił?
— Markus Berger, jego brat.
— Ten Markus Berger?
— Niestety…
Gdy dotarliśmy pod przesłany adres, zobaczyliśmy niewielki dom jednorodzinny z zasłoniętymi oknami. Tuż przed bramą stały dwie karetki. Na ławce pod jednym z okien siedziała Emily Parker. Była skulona, trzęsła się z zimna albo szoku.
Obok niej stał spoglądający w naszą stronę Markus Berger.
— Jest w środku — odezwał się i machnął ręką, wskazując na drzwi.
Weszliśmy do budynku. Minęliśmy przedsionek i kuchnię, po czym stanęliśmy w salonie. To miejsce wyglądałoby całkowicie zwyczajnie, gdyby nie obecność fotela do donacji wraz z plątaniną kabli, pojemników i monitorów, które nie powinny się znaleźć w jakimkolwiek prywatnym domu. Obok ślady krwi i duży kuchenny nóż na podłodze. Erik Berger — mężczyzna, który miał być symbolem postępu, inteligencji i sukcesu — leżał nieprzytomny w kałuży krwi, wśród rozbitego szkła, z metalową nogą od stołu sterczącą spomiędzy żeber.
Miał na sobie jasną koszulę, której rękawy były podwinięte do łokci, jakby dopiero co przerwał pracę lub właśnie miał do niej wrócić. Na materiale, w miejscu, gdzie metal wdarł się w ciało, rosła powoli ogromna, ciemniejąca plama krwi. Spodnie zapięte. Buty na nogach. Schludny. przygotowany. "Ubrał się jak zwykle, jak do pracy" — tak mówiła Emily, gdy zgłaszała zaginięcie.
Jego twarz była skrzywiona w bólu, ale miał puls. Żył. Ratownicy już przy nim działali, wykonując szybkie ruchy, a Olsen z technikami robili pierwsze zdjęcia. To nie wyglądało na zwykły wypadek.
Wyszedłem na zewnątrz. Emily siedziała bez ruchu. Markus tkwił przy niej sztywno, z tym swoim chłodnym spojrzeniem, jakby próbował ocenić sytuację, zamiast się nią przejmować.
— Co się stało? — zapytałem.
— Emily mnie wezwała — odparł. — Zadzwoniła do mnie, była roztrzęsiona.
Spojrzałem na dziewczynę.
— Pani Parker — zwróciłem się do niej łagodnie. — Co się wydarzyło?
— Ja… nie wiem — wyszeptała. — Przyszłam tutaj, bo pomyślałam, że może tu będzie Erik.
— Czyja to posiadłość?
— Ingrid, babci Erika, zmarła niedawno, ale nadal mam klucze. Szukałam go i…
W tym momencie ratownicy pospiesznie wynieśli Bergera z budynku i skierowali się do karetki. Za nimi wyszedł Olsen.
— Podłączcie go do Sigmy, może go uratuje — odezwała się Emily bardziej w eter niż do medyków, mając na myśli niedawno uruchomioną Maszynę Bergera.
— Co się tu wydarzyło? — zapytałem dziewczyny.
Teraz patrzyła w jeden punkt gdzieś na ziemi.
— Erik stał z nożem nad Michaelą i chyba ją ciął… to znaczy… nacinał jej ciało… — Głos Emily się załamał i przeszedł w niezrozumiałe mamrotanie.
— Co? — Skrzywiłem się. — Jaka Michaela? I gdzie ona teraz jest?
— Pojechała do domu — odparła cicho, ledwo otwierając usta.
Zamarłem na chwilę, próbując to ogarnąć. Pojechała do domu? Po czymś takim?
— Puściłeś ją?! — zarzuciłem Markusowi, a on zmarszczył czoło i odparł:
— Nie zastałem jej już, gdy przyjechałem.
— Ma pani adres? — spytałem ostro Emily.
Skinęła głową. Podała mi dane szeptem, jakby się bała, że ktoś usłyszy.
— Wyślij tam natychmiast chłopaków albo… weź Helene z komisariatu, może z kobietą chętniej porozmawia — rzuciłem do Olsena. — Niech zawiozą ją do szpitala bez możliwości odwiedzin kogokolwiek poza nami. Ja tu jeszcze zostanę.
Olsen pokiwał głową i już wybierał numer do radiowozu w terenie, a ja spojrzałem jeszcze raz na Emily. Coś tu cholernie nie grało.
— Dlaczego wezwała pani Markusa Bergera, zamiast kontaktować się od razu bezpośrednio ze mną?
— Bo to przecież brat. No i policjant, wydawało mi się to oczywiste… — Ostatnie słowa już ledwo słyszałem.
— Potrzebuje pani pomocy medycznej — rzekłem.
— Nie… ja… ja tylko chcę wiedzieć, czy on żyje — wyszeptała.
— Zostanę z nią — rzucił chłodno, jakby właśnie przejmował dowodzenie.
— Nie. — Podniosłem na niego wzrok. — Nikt nie zostaje z Emily poza policją albo medykiem. To miejsce zdarzenia.
Markus zacisnął usta, ale nie protestował.
— Pani Parker — zwróciłem się do niej spokojniej. — Musi pani przejść do karetki. Jest pani w szoku, to normalne.
— Ja… dobrze…
Skinąłem technikom, by zaopiekowali się dziewczyną.
— Dopiero kiedy lekarz panią obejrzy, przeprowadzimy wstępne przesłuchanie — dodałem. — Nie jest pani zatrzymana, ale musi pani pozostać do naszej dyspozycji. Proszę nie opuszczać miasta. Ciebie to również dotyczy — zwróciłem się do Markusa.
Emily pokiwała głową, a Markus odsunął się na bok, ale wciąż trzymał się blisko, jakby chciał jej pilnować.
— Nie kontaktujesz się z nią. W żaden sposób. Ani telefonicznie, ani osobiście, ani przez kogoś. Nic, dopóki nie ustalę, co tu się stało — powiedziałem szybko. — Podaj mi swój adres, gdzie się teraz zatrzymasz, bo podejrzewam, że nie wracasz do Oslo.
Markus patrzył na mnie tym swoim kamiennym spojrzeniem.
— Jeszcze nic nie wynająłem.
— Wobec tego czekam dzisiaj na info, jeśli nie, zgarniemy cię, mamy miejsce na dołku, zaoszczędzisz na hotelu. Jeśli wyjedziesz, wyślemy za tobą…
— Daruj sobie — przerwał mi. — Nigdzie się nie wybieram, a jeśli już, to do szpitala, sprawdzić, co z moim bratem. Wieczorem dam wam znać, gdzie się zatrzymam.
Gdy patrzyłem na Markusa, cały syf sprzed roku wrócił. To właśnie on poszedł do przełożonych i oznajmił im, że próbowałem użyć nie do końca legalnych dowodów przeciwko facetowi, który już dawno powinien gnić w celi. Markus widział naruszenie przeze mnie regulaminu. "Nielegalne dowody", "ryzyko", "nie mogę tego przemilczeć". I nie przemilczał. Doniósł, zasłaniając się przepisami. Przez jego świętą prawość tamten skurwiel chodził po wolności jeszcze miesiąc, a ja prawie straciłem odznakę. Nadgorliwy formalista, który zawsze musi zrobić wszystko zgodnie z książką, nawet jeśli oznacza to wypuszczenie śmiecia z powrotem na ulicę.
Materiały prasowe
"Ja Sigma" okładka książki
Zapanowała chwila ciszy. Zbliżyłem się o krok.
— Powiedz mi teraz dokładnie, co się wydarzyło. Od początku. Bez omijania, bez skracania.
Markus spojrzał w bok, potem wrócił do mnie wzrokiem. Przełknął ślinę i zaczął mówić szybko, ale dość składnie:
— Emily zadzwoniła do mnie. Nie potrafiła powiedzieć, co się dzieje, tylko że Erik miał wypadek i że może nie żyć. Była w szoku. Rzuciłem wszystko i pojechałem do niej. Kiedy dotarłem, stała tu, przed drzwiami domu. Wszedłem i zobaczyłem go leżącego, nadzianego na nogę od stołu. Sprawdziłem, czy żyje, miał puls. Zadzwoniłem natychmiast po karetkę, a w zasadzie dwie, bo przypuszczałem, że Emily też będzie jej potrzebowała, a potem zaraz do was. Tyle.
— Dlaczego nie jesteś w Oslo?
— Miałem tu sprawy do załatwienia.
— Jakie sprawy?
— Prywatne.
Znów milczeliśmy przez kilka sekund, mierząc się wzrokiem jak na przesłuchaniu.
— Niezły zbieg okoliczności — powiedziałem chłodno. — Przyjeżdżasz "załatwiać prywatne sprawy" i akurat w tym samym czasie narzeczona ofiary dzwoni właśnie do ciebie.
— Akurat — powtórzył jeszcze zimniej.
Ponownie krótka cisza.
— Co z tą Michaelą? — naciskałem.
— Już powiedziałem. — Kącik jego ust drgnął. — Kiedy przyjechałem, była tylko Emily.
Zrobiłem krótką notatkę.
— To wszystko? — zapytałem, obserwując go uważnie.
— Wszystko.
— Czekaj na telefon.
Schowałem notes i ponownie ruszyłem w stronę domu Ingrid. Na ulicy zebrał się już typowy tłum głodny sensacji, który zawsze wyrasta jak grzyby po deszczu, gdy tylko pojawią się radiowozy i światła karetek. Telefony uniesione, palce na nagrywaniu.
— Proszę przestać nagrywać i natychmiast się rozejść! — krzyknąłem ostro, nawet nie zwalniając kroku. — W przeciwnym razie potraktujemy to jako utrudnianie czynności służbowych!
Niektórzy gapie zrezygnowali, inni nie do końca, ale na tyle, by dało się wejść do środka bez wrażenia, że przechodzi się przez wybieg dla hien. W salonie Olsen przyglądał się aparaturze medycznej, technicy zabezpieczali ślady, pochylali się nad próbkami, robili szczegółowe zdjęcia.
— Po co ktoś trzyma coś takiego w domu? — rzucił mój przyjaciel, nie podnosząc głowy. — Fotel do oddawania krwi, zestaw pomiarowy… jak w klinice. W koszu dużo fiolek po insulinie. Jakieś eksperymenty medyczne czy co? Jakiś oddział chciał sobie tu pan geniusz stworzyć? — dokończył ironicznie.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziałem, choć moje myśli były już o kilkanaście kilometrów stąd. — Słuchaj… muszę jechać do Caterine. Mam umówioną godzinę.
— Jasne, jedź. — Skinął głową. — Ja dopilnuję reszty.
— Dzięki.
Wyszedłem na zewnątrz, wciągnąłem w płuca chłodne powietrze i wsiadłem do samochodu. Odpaliłem nawigację. Najkrótsza trasa do aresztu śledczego pojawiła się na ekranie. Włączyłem silnik, wrzuciłem bieg i ruszyłem. Nie miałem ochoty na rozmowę, która właśnie mnie czekała, nie tak to wszystko miało w moim życiu wyglądać.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.