
7 minut czytania • 28.07.2026 10:39
Krzysztof Wiejak
Dziennikarz
OPINIA. Modernizacja stadionu żużlowego przy Alejach Zygmuntowskich jeszcze się nie zaczęła, ale są już pierwsze ofiary – poległ zdrowy rozsądek i interes tych, którzy żużlem czy ogólnie stadionowymi wydarzeniami się nie podniecają. Dla Ratusza ważniejszy jest jednak suweren przychodzący na trybuny. To dla niego szykuje te igrzyska – za pieniądze nas wszystkich. Także tych, którzy stronią od motocyklowych spalin.
Ten tekst powstał dzięki wsparciu naszych Czytelników. Dziękujemy, że nas czytacie i wierzycie w sens tego, co robimy.
„ Mamy świetną wiadomość dla całego środowiska żużlowego. Wybraliśmy wykonawcę przebudowy stadionu przy Al. Zygmuntowskich. Najkorzystniejszą ofertę złożyła firma TEXOM SA. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nowy stadion dla 16,6 tys. widzów będzie gotowy w 2028 roku. To kolejny ważny krok w stronę realizacji tej długo wyczekiwanej inwestycji ” – obwieścił 23 lipca, w dniu rozstrzygnięcia przetargu na modernizację stadionu żużlowego przez MOSiR Bystrzyca, zastępca prezydenta ds. inwestycji i rozwoju Tomasz Fulara .
Nie chodzi o to, żeby zbudować, ale żeby budować
To o tyle istotny wpis, że jego autorem jest polityk, który – jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi – będzie kolejnym kandydatem Koalicji Obywatelskiej (czy może bardziej Wspólnego Lublina ) na prezydenta miasta, po Krzysztofie Żuku , który w 2029 roku przejdzie w stan ratuszowego spoczynku. Hasło „zbudujemy nowy stadion żużlowy” do tej pory działało skutecznie. Pierwszy raz padło przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku , kiedy walczący wówczas o trzecią kadencję Żuk zapowiedział gruntowną przebudowę obiektu przy Alejach Zygmuntowskich. Temat odżył także przy ostatniej kampanii, w 2024 roku, jednak wówczas na tapecie był już zupełnie nowy, wielofunkcyjny obiekt z funkcją żużla nad Bystrzycą na terenie po Lubelskim Klubie Jeździeckim.
Już po wyborach okazało się, że nic z tego nie wyjdzie , a strony sporu – Ratusz i konsorcjum firm architektonicznych – zaczęły przerzucać się odpowiedzialnością za niezrealizowany projekt. Czy rzeczywiście firmy nie wywiązały się z harmonogramów, jak twierdzi Urząd Miasta, czy może Ratusz w pewnym momencie stracił zainteresowanie tą inwestycją, jak utrzymują projektanci – pozostanie pewnie niewyjaśnioną tajemnicą, pogrzebaną wraz z tym stadionem. Należę do grona tych, których ta informacja specjalne nie zmartwiła, a nawet przyniosła ulgę, że oto miasto porzuciło ten fantasmagoryczny pomysł sprowadzający się do zniszczenia kolejnego zielonego kawałka Lublina ku uprzykrzeniu życia okolicznych mieszkańców. Dzięki temu lubelscy podatnicy – zarówno ci pasjonujący się żużlem jak i ci od niego stroniący – nie utopili w błocie (dosłownie) nad Bystrzycą jakichś 300 mln złotych.
Jak się jednak wkrótce okazało, nie był to ostatni akord w tej operetce.
MOSiR-u życie na kredycie
Budowanie stadionu trwa więc już prawie osiem lat i ta odyseja, jak u Christophera Nolana, jeszcze będzie się ciągnąć. Finał spodziewany jest w 2028 roku, czyli w 10 lat od pierwszej zapowiedzi, choć gdybym miał się zakładać, to obstawiłbym, że ceremonia przecięcia wstęgi przypadnie tuż przed wyborami samorządowymi w 2029 roku.
W swoim wpisie wiceprezydent Fulara pominął (nie zakładam złej woli) jeden istotny czynnik – kwestie finansowe. Otóż firma, która wygrała przetarg, zażyczyła sobie za usługę 232 mln zł . Po cichu, jako podatnik, liczyłem, że może jednak wygra któraś z firm z dużo niższymi oczekiwaniami (najtańsza – konsorcjum z liderem Mosty Łódź – chciała jedynie 120 mln zł, a Betonox Construction 158 mln zł), ale MOSiR Bystrzyca nie uwzględnił ich ofert w końcowej decyzji. – Oferty zostały odrzucone ze względu na brak złożenia wyjaśnień w zakresie rażąco niskiej ceny – wyjaśnił nam Bartosz Orłowski , rzecznik prasowy MOSiR.
Zostajemy więc z kwotą 232 mln zł. To prawie trzy razy więcej niż jeszcze na jesieni zeszłego roku szacował Ratusz, gdy przebudową stadionu miał się zająć Zarząd Inwestycji Miejskich, komórka podległa prezydentowi. Modernizacja była wówczas wpisana w Wieloletnią Prognozę Finansową miasta. Koszt był szacowany na 83 mln zł i co roku z budżetu miasta miało iść na ten cel po 20 mln zł. Tak by w 2029 roku obiekt przy Zygmuntowskich już nie gorszył kibiców z Lublina i przyjezdnych swoim dziadostwem i wyglądał tak, jak na trzykrotnego Mistrza Polski na żużlu przystało.
83 mln zł wyglądało na w miarę rozsądną cenę za przebudowę. Jednak w listopadzie Żuk niespodziewanie złożył korektę do wieloletniej prognozy i głosami radnych swojego klubu miliony na stadion wykreślono, a remont powierzono MOSiR-owi. Zabieg ten miał na celu zbicie kosztów inwestycji o podatek VAT, który MOSiR może sobie odpisać. Krok w sumie jak najbardziej podatkowo i finansowo uzasadniony, choć może prezydentowi bardziej chodziło o to, by dług, jaki wykreuje ta inwestycja, nie doliczał się do zadłużenia miasta, które dobija do 2,8 mld zł . Ale mniejsza o motywy. Problem w tym, że deficytowa miejska spółka – utrzymywana przy życiu poprzez regularne przelewy z Ratusza (w tym roku to 50,5 mln zł) – nie ma nawet 1/10 kwoty z oferty wyłonionej w przetargu. Na koniec zeszłego roku na rachunkach bankowych i w kasie miała 3,8 mln zł, a jej rzeczowe aktywa trwałe (to m.in. grunty i budynki) były warte w sumie 160 mln zł.
Na tę finansową niemoc wymyślono jednak remedium – MOSiR zaciągnie bankową pożyczkę (w ratuszowym żargonie to „zwrotne źródło finansowania”). Na razie nasze pytania o finansowe szczegóły, które kierujemy do spółki od kilku miesięcy, pozostają otwarte. – Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji „Bystrzyca” w Lublinie ma już wstępne porozumienie z jednym z banków, obecnie jesteśmy na etapie dopinania ostatnich formalności przed podpisaniem umowy. W związku z powyższym przekazanie szczegółów dotyczących warunków nie jest w tym momencie możliwe – odpisał nam w miniony czwartek, 23 lipca, rzecznik Orłowski.
Opinia publiczna zna więc na razie jedynie wysokość zwycięskiej oferty. Nie wie natomiast, ile wyniesie koszt pożyczenia 232 mln zł, czyli bankowych odsetek, a mogą to być nawet dziesiątki milionów złotych. Zagadką jest też to, jak długo MOSiR będzie spłacać to zobowiązanie, czy kto będzie gwarantem tak dużej pożyczki. I czy rzeczywiście modernizacja zamknie się w kwocie złożonej przez oferenta. Sztandarowe inwestycje prowadzone w ostatnich latach przez miasto – np. budowa dworca metropolitalnego, czy remont Parku Ludowego – pokazały, że pierwotne kwoty nijak miały się do końcowego rachunku, a dopłaty z kasy miasta były więcej niż solidne. Budowa dworca ostatecznie podrożała o 100 mln zł, a park rewitalizowano za 44 mln zł przy planowanych 20 mln zł. Tak może, choć oczywiście nie musi, zdarzyć się również w przypadku przebudowy stadionu żużlowego.
Obiekty mamy, ale nie w pełni z nich korzystamy
Co w zamian za wydanie ćwierci miliarda złotych dostaną podatnicy, zarówno zapaleni kibice żużla jak i żużlooporni? Według zapewnień samego prezydenta będziemy mieć multiarenę, na której w przerwach pomiędzy żużlowymi zmaganiami będą się działy niesamowite rzeczy. – Chcemy, aby powstał nowoczesny stadion spełniający najwyższe standardy i gotowy do organizacji wydarzeń sportowych oraz kulturalnych o wysokiej randze, który będzie służył zawodnikom, kibicom oraz mieszkańcom Lublina – zapowiedział cytowany w komunikacie prasowym Krzysztof Żuk, dając do zrozumienia nie-kibicom, że buduje obiekt także dla nich.
Wystarczy jednak wczytać się w plan funkcjonalno-użytkowy opracowany dla stadionu, by dojść do wniosku, że głównym beneficjantem będzie prywatna spółka żużlowa Speedway Lublin , która nowy obiekt dostanie w prezencie od nas wszystkich. Obiekt ma przede wszystkim spełniać wymagania Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM), Polskiego Związku Motorowego, Ekstraklasy Żużlowej oraz samego klubu żużlowego. Ten ostatni oprócz rozbudowanego zaplecza technicznego będzie miał do dyspozycji m.in. także sklep klubowy, a na frontowej elewacji zarezerwowane miejsce na logotyp. Nawet wiceprezydent Fulara w swoim internetowym wpisie, cytowanym na początku tego tekstu, nie ukrywa, że o żużel głównie tu chodzi.
Zakładając jednak, że nie będzie to tylko motoarena, pozostaje pytanie, czy MOSiR, administrator obiektu, będzie w stanie go odpowiednio wykorzystać i czy obecna baza (Arena Lublin, Globus) nie jest wystarczająca, by zaprosić Lublinian na niesportowe wydarzenia? Tym bardziej, że jakieś nieśmiałe próby w przeszłości już były. Choćby w 2019 roku, kiedy na Arenie grały gwiazdy pop lat 80. z Thomasem Andersem z Modern Talking. A na początku lipca br. odbył się tu trzydniowy kongres świadków Jehowy , na który przyjechało 11 tysięcy osób. To pokazuje, że spółka ma możliwości, by wykorzystywać swoje obiekty tak, by służyły nie tylko sportowym rywalizacjom.
Igrzyska muszą trwać
Mam jednak nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że narracja o kulturalnej funkcji nowego stadionu ma legitymizować wydanie olbrzymich pieniędzy z naszych kieszeni. Bo rzeczywisty beneficjent (kibic i klub żużlowy) jest już dawno określony. Trudno mi sobie zresztą wyobrazić, że na przykład jedna z dużych miejskich imprez plenerowych – Inne Brzmienia – przeniesie się z klimatycznych Błoni pod Zamkiem (w tym roku gościnnie w Parku Ludowym) na trybuny stadionu miejskiego. Zresztą mogłoby to być nawet trudne organizacyjnie, bo liga żużlowa jeździ w sezonie wiosenno-letnim, od kwietnia do września, a po drodze są przecież treningi.
W sytuacji niewykorzystania potencjału obiektów, którymi już dysponuje MOSiR, wydawanie 232 mln złotych na nowy stadion, który teoretycznie miałby oferować także inne formy zbiorowego uczestnictwa, pachnie zwykłym przepalaniem publicznego grosza. Grosza, którego ani Ratusz (rzeczywisty żyrant kredytu na motoarenę), ani tym bardziej MOSiR nie posiadają. Tylko naiwniacy sądzą, że są ważniejsze i pilniejsze inwestycje, które Ratusz zapowiada od lat, a które – ze względu na coraz krótszą finansową kołdrę – odkłada na święty nigdy. Woli na przykład dalej troszczyć się o i tak już napuchnięte portfele deweloperów, wynajmując od nich po zadziwiająco szczodrych stawkach powierzchnie biurowe, zamiast wybudować biurowiec dla rozproszonych po całym mieście wydziałów (pierwotny koszt oszacowano na 80 mln zł). O żenującym stanie takich ulic jak Zana czy Głęboka nawet nie będę wspominał, czy o innych niesportowych inwestycjach, które mogłyby poprawić dobrostan mieszkańców żyjących na co dzień granicach administracyjnych Lublina.
Z perspektywy loży VIP na stadionie żużlowym, na której chętnie pokazują się miejscy radni wszystkich opcji oraz ratuszowy i polityczny establishment, budowa nowego stadionu jest jednak jak najbardziej uzasadniona. Zdrowy rozsądek i umiar nie mają tu znaczenia – igrzyska muszą trwać, bo dzięki nim wygrywa się wybory.
Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.