Pani Elżbieta z Chrzanowa poświęca dni i noce na pilnowanie swojej posesji, aby walczyć z dzikami, które najeżdżają tereny mieszkalne. Jej determinacja w obronie przed zwierzętami podkreśla narastający problem dzików w o
Kiedy inni wieczorem zamykają drzwi i idą spać, ona szykuje kamienie, widły i latarkę. W nocy nasłuchuje każdego szmeru, a rano sprawdza, co tym razem zostało z ogrodu. Dzików nie odstraszają lampy, płoty ani zapachy specjalnych preparatów. - Dzień i noc pilnuję. Czasem się zdrzemnę, ale jak tylko pies zaszczeka to zaraz lecę sprawdzać - mówi Elżbieta Karcz, mieszkanka chrzanowskich Kątów.
W ogrodzie pani Elżbiety rośnie kilka drzew owocowych, są grządki, kwiaty, trawnik. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie. Dopiero po chwili widać ślady nocnych odwiedzin dzików: rozkopana ziemia przy ogrodzeniu, powyrywane rośliny, poniszczone różne przedmioty.
Wzdłuż całego ogrodzenia są ślady kolejnych prób obrony. Przy jednej z bram (rzadko używanej) pani Elżbieta ułożyła kilkudziesięciocentymetrowy murek z kostki brukowej, stare drewniane palety i gałęzie osłaniają siatkę ogrodzeniową, a gruba plandeka rozpięta na betonowym płocie ma być kolejną przeszkodą do sforsowania, gdy dziki podkopią ogrodzenie. Wszystko po to, by choć trochę utrudnić zwierzętom wejście na posesję.
Bezskutecznie.
Lista zniszczeń jest długa. Ziemniaki, truskawki, agrest, jabłonie, kompostownik, lampy solarne, materac pozostawiony na zewnątrz, zabawki wnuków.
Dziki zainteresowały się też robotem koszącym trawę.
Wyryły dół, robotek wpadł do niego i zaczęły go gryźć. Działa, ale od tej pory na noc noszę go do domu. Samochód trzymam w garażu. Jakbym zostawiła go na noc na podjeździe, to nie wiem, czy rano jeszcze miałby opony - opowiada. Szkody liczy bardzo dokładnie. Zachowuje rachunki za naprawy, nowe rośliny i materiały.
W zeszłym roku wyszło około ośmiu tysięcy złotych strat. W tym już ponad dziesięć tysięcy. A jeszcze nie wiem, ile zapłacę za nowy, mocniejszy płot. Dlaczego ja mam ponosić te koszty? Z gór wróciła po dwóch dniach
Pani Elżbieta zawsze lubiła wsiąść w samochód i pojechać w góry, do znajomych, zobaczyć coś nowego... Teraz już boi się zostawić domu. Ostatnio zdecydowała się na wyjazd do Istebnej. Już następnego dnia miała telefon od mieszkającego po sąsiedzku syna, żeby wracała, bo dziki buszują po ogrodzie.
Największą stratą nie są jednak pieniądze. Córka przestała przywozić wnuki.
Powiedziała: „Mamusiu, nie dam ci dzieci”. I ja się jej nie dziwię. Chłopcy rano wybiegają do ogrodu. Gdyby wtedy przyszły dziki... Kilkuletni wnuk do dziś pamięta widok rozrytego ogrodu.
Stanął, popatrzył i zaczął płakać. Powiedział tylko: „Babciu, ja się boję”. Mocno zmieniło się też życie Misi - suczki przygarniętej ze schroniska. Po spotkaniu z dzikiem przestała sama wychodzić na podwórko.
Wyjdzie tylko ze mną. Powącha, wyczuje, że był dzik, i od razu chce wracać. A przecież obiecałam jej bezpieczeństwo. Mam ją od kilku miesięcy i to zwierzę jest dla mnie wszystkim - mówi pani Elżbieta. Każdy odsyła do kogoś innego
Próbowała szukać pomocy wszędzie. Była na policji, w nadleśnictwie, dzwoniła pod numer alarmowy. Pisze kolejne pisma.
Wszędzie słyszę to samo: to nie do nas należy. Każdy odsyła mnie dalej. Nie ukrywa rozgoryczenia.
Mam używać wszystkich środków, jakie mam. No to używam. Mam kamienie, widły, szperacz, kupiłam śmierdzący preparat. Ale przecież to nie jest rozwiązanie. Wieczorem przygotowuje kamienie na tarasie. Gdy usłyszy hałas, rzuca nimi w blachy. Huk zwykle wystarcza, żeby zwierzęta na chwilę uciekły.
Tak sobie radzę. Co mam zrobić? Na razie jej codzienność wygląda tak samo. O świcie obchód ogrodu. W ciągu dnia kolejne naprawy. Wieczorem zabezpieczanie wszystkiego od nowa. A nocą czuwanie, bo sen trwa tylko do pierwszego szczeknięcia psa.
Co sądzisz na ten temat?
Czytaj cały artykuł u źródła — Przełom (przelom.pl, Tygodnik Ziemi Chrzanowskiej)
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.