This article features an interview with the band Blind to Differences. They play experimental hardcore music and originate from Podhale, the capital region. The piece focuses on their unique sound from this specific Poli
Eksperymentalny hardcore prosto ze stolicy Podhala. Rozmawiamy z Blind to Differences
Jeszcze kilkanaście lat temu należeli do nielicznych zespołów na Podhalu grających eksperymentalną odmianę hardcore’u. Dziś Blind to Differences ma na koncie koncerty w całej Polsce, własne wydawnictwa i opinię jednej z najbardziej charakterystycznych kapel alternatywnej sceny regionu. O początkach, graniu bez basisty, pracy nad nową płytą i odradzającej się scenie muzycznej w Nowym Targu rozmawiamy z członkami zespołu: Jaśkiem, Bartkiem (Wiechciu) i Adamem (Tuna).
(fot: Andrzej Lach)
Andrzej Lach: Wszyscy pochodzicie z Nowego Targu. Czy wpływa to w pewnym stopniu na waszą twórczość?
Jasiek: Gramy już jakieś dwanaście lat. Z Wiechciem trochę krócej, bo na początku działaliśmy instrumentalnie. Zagraliśmy nawet dwa koncerty bez wokalu, w tym jeden podczas WOŚP-u. I tak to się zaczęło.
Na początku nie było łatwo. Graliśmy dość połamaną muzykę i jeszcze bez basu, więc odbiór był raczej średni.
Pamiętam koncert na WOŚP-ie. Większość ludzi przyszła posłuchać czegoś zupełnie innego – rodziny z dziećmi i tak dalej. Nasza muzyka kompletnie tam nie pasowała. Druga sprawa to brak basu. Nawet osoby siedzące w cięższej muzyce narzekały, że bas mamy puszczony z playbacku.
Teraz jest już zupełnie inaczej. Coraz więcej młodych zespołów gra alternatywnie i coraz więcej ludzi jest otwartych na takie granie.
Adam: Nowy Targ jest pod tym względem spoko, że jest tutaj scena alternatywna. Jak na tak nieduże miasto stosunkowo dużo ludzi przychodzi na koncerty. Wiadomo, raz było lepiej, raz gorzej, ale teraz jest taka dosyć dobra fala. Generalnie zawsze te pięćdziesiąt, sto osób przez koncert się przewija.
Rozmawialiśmy z zespołami z dużo większych miast i okazywało się, że tam często nie ma sensu organizować koncertów, bo nikt nie przychodzi. U nas jest pod tym względem naprawdę dobrze.
Jasiek: Wokalistka Mojry powiedziała nam kiedyś, że koncerty w Nowym Targu mają swój wyjątkowy klimat. Małe miasto, a ludzie są naprawdę otwarci na alternatywną muzykę.
Kiedy zaczynaliśmy, wyglądało to inaczej. Starsza publika stała pod sceną z piwkiem, poklepywała po ramieniu i mówiła: „Fajnie”, „Co to za głupia muza?” albo klasyczne: „Gdzie macie bas?”. Teraz naprawdę idzie to w dobrą stronę.
Wiechciu: To prawda. Ci młodzi słuchacze po prostu dorośli. Zaczęli chodzić na koncerty, zakładać własne zespoły i mam wrażenie, że przeżywamy mały renesans alternatywy w Nowym Targu. Były cięższe momenty, ale dziś wygląda to dużo lepiej.
Jasiek: Zmieniło się też podejście ludzi. Zaczynałem od grania death metalu i jeśli chciałem iść na koncert punkowy, od razu słyszałem: „Jak to? Przecież jesteśmy metalami”. Teraz to się fajnie zaciera. Grają razem punki i metale i nie ma już takiego podziału. Subkultury tworzą jedną scenę alternatywną i każdy słucha wszystkiego, co jest w sumie dobrą rzeczą.
Sporo dzieje się teraz w Velo Stacji. Widać, że scena znowu odżywa.
Jasiek: Velo Stacja jest otwarta na bardzo różne gatunki muzyki. Kiedyś próbowaliśmy zorganizować koncert w jednym z pubów i pierwsze pytanie brzmiało: „Jaką muzykę gracie?” Powiedziałem, że hardcore i punk. I tam pani odpowiedziała, że tylko taka muzyka tam się sprzedaje. Bo jak zrobili kiedyś koncert rapowy, to praktycznie nikt nie przyszedł.
A Velo Stacja próbuje robić miejsce dla wszystkich.
Wiechciu: Widać też, że sporo kapel wraca do grania. Choćby Thank You From The Mountain. Przez lata nic się nie działo, a teraz znowu koncertują. To naprawdę cieszy. Super, że ta Velo Stacja jednak się otwarła i fajnie, że właściciele, których pozdrawiamy bardzo cieplutko, też otwarli się na ten nasz gatunek i alternatywną scenę. No bo nie oszukujmy się, nie jest jakoś bardzo popularne na Podhalu.
Jasiek: Z drugiej strony widać też, jak zespoły takie jak Quiet Quiet Quiet potrafią dziś zapełniać sale. To jest świetne. Mam też wrażenie, że młodzi ludzie trochę się zmienili. Są spokojniejsi niż my byliśmy w ich wieku. Lokale nie muszą już aż tak bardzo bać się koncertów. Jeżeli by miał grać punk, nie wiem, 10–15 lat temu, no to lokal mógł się liczyć ze stratami.
Wiechciu: Chociaż pamiętam pierwszy koncert po remoncie Velo Stacji. Podczas crowd surfingu wokalista jednego z zespołów zahaczył o kotarę która się złamała i spadła na publikę. Ale on jest mniej więcej w naszym wieku, więc nie ma co się śmiać.
Widać też, że mocno wspieracie się z innymi zespołami.
Wiechciu: To chyba normalne. Idziesz posłuchać dobrej muzyki, spotykasz znajomych, zbijesz pionę. Tak było od zawsze. Jak grają nasi ludzie z Nowego Targu, to po prostu przychodzimy.
Jasiek: Fajne jest też to, że młodsze zespoły jak Quiet czy Noisoire zachowują w sobie ten korzeń eksperymentalnej muzyki. Można pomyśleć, że to nasze wieloletnie granie i pitolenie jednak jakoś się odbiło i ktoś tam mógł zaczerpnąć z tego jakąś minimalną inspirację
To bardzo cieszy. Zwłaszcza kiedy patrzymy, jak Quiet Quiet Quiet jeżdżą po Polsce, Czechach czy Słowacji. Robią świetną muzykę i są po prostu fantastycznymi ludźmi. Jak będą dalej ćwiczyć to w naszym wieku będą nas zjadać na kolację.
Na plakatach jesteście opisywani bardzo różnie: punk, post-hardcore, mathcore… Jak sami określacie swoją muzykę?
Jasiek: Kiedyś długo nad tym dyskutowaliśmy i uznaliśmy, że najlepiej pasuje określenie eksperymentalny hardcore. Gdybyśmy zaczęli wymieniać wszystkie wpływy – mathcore, jazz, hardcore i całą resztę zrobiłby się z tego dziwny opis.
„Eksperymentalny” dobrze oddaje to, co robimy, a hardcore jest dla nas punktem wyjścia. Wszystkie te dziwne rzeczy mieszczą się właśnie pod tym określeniem.
Wiechciu: A jak wiadomo, jak nie wiesz, co grasz i nie umiesz grać, to mówisz, że eksperymentalny i to robi robotę (śmiech).
Jasiek: Jak my robimy plakat, to zawsze piszemy „eksperymentalny hardcore”. Jeśli ktoś nas pyta, odpowiadamy właśnie tak. Natomiast jeżeli ktoś opisuje nas po swojemu, to już nie mamy na to wpływu. Nie spinamy się, jeśli ktoś napisze, że gramy matematyczny post-rock albo cokolwiek innego.
Wiechciu: Zresztą te wszystkie granice gatunkowe i tak coraz bardziej się zacierają.
Macie już zaplanowane kolejne koncerty?
Wiechciu: Na razie najbliższy planowany jest w grudniu, ale to jeszcze może się zmienić. Z koncertami różnie bywa. Tamten rok mieliśmy taki, że przez pierwszą połowę praktycznie nic się nie działo, zagraliśmy może jeden czy dwa koncerty, a końcówkę mieliśmy taką, że chyba za wszystkie czasy się nagraliśmy.
Jasiek: Teraz zapatrujemy się bardziej na płytę. Ostatnio mieliśmy taki szalony czas, że ciężko było się zorganizować na próby. Teraz planujemy siedzieć nad tym nowym materiałem żeby doszlifować to wszystko.
Jak często udaje wam się spotykać na próbach?
Jasiek: Staramy się sumiennie raz w tygodniu. Oczywiście życie czasem to weryfikuje – praca, obowiązki, coś wypadnie, ale założenie jest takie, że gramy raz w tygodniu.
Nie macie basisty i przez to grasz na gitarze w dosyć specyficzny sposób. Jaka była inspiracja aby w ten sposób zacząć grać?
Jasiek: Kiedyś mieliśmy basistę, ale ta muzyka chyba nie do końca mu odpowiadała i odszedł. Stanęliśmy wtedy z Adasiem przed wyborem: szukamy kolejnej osoby czy próbujemy grać dalej we dwóch. Szukaliśmy basisty, ale kompletnie nic z tego nie wychodziło, więc postanowiliśmy spróbować w składzie gitara, perkusja i wokal.
Inspiracją był dla mnie szwajcarski zespół Bolzer. Tam też gra tylko gitarzysta, który jednocześnie śpiewa i perkusista. Spędziłem całe noce oglądając klipy, żeby rozgryźć jego sprzęt. W końcu znalazłem zdjęcie pedalboardu i okazało się, że używa POG-a, czyli oktawera basowego. Tego samego, którego mam ja. Zacząłem kombinować z ustawieniami i tak doszliśmy do obecnego brzmienia. Fizycznie nie mamy basisty, ale ten dół cały czas jest obecny.
Jak wygląda u was proces tworzenia muzyki?
Jasiek: Żmudnie i trudno. Zwykle zaczyna się od tego, że mam jakiś pomysł. Nagrywam go na gitarze – czasem z klikiem (metronom, przyp. red.), czasem bez. Jak wyślę wersję bez klika, Adam od razu mówi, że jest nierówno i mam nagrać jeszcze raz.
Potem wspólnie zastanawiamy się, czy warto z tego coś zrobić, czy jednak pomysł jest za bardzo odjechany. Jak każdy gitarzysta mam tendencję do upychania za dużej liczby dźwięków, więc Adam często mnie stopuje.
Adam: Czasem po prostu trzeba.
Jasiek: Ale w pozytywnym sensie. Później Adaś zaczyna układać partie perkusji, ja dopisuję kolejne fragmenty i próbujemy poskładać to w piosenkę, a nie w artystyczne „nie wiadomo co”. Tak, żeby to miało ręce i nogi jako muzyka, jako numer. Bo przecież chcemy też pisać hity do radia (śmiech całego zespołu).
Wiechciu: Wokalnie nie mam tu wielkiego pola do popisu, bo jestem najmniej doświadczonym muzykiem w zespole. Większość tekstów do tej połamanej muzyki pisze Tuna. Ma zdecydowanie lepsze pióro ode mnie. Dostaję od niego wstępny zarys wokalny jak to ma wyglądać rytmicznie i tekstowo a resztę aranżuję już pod siebie i pod to, co chłopaki zagrali. Na próbach męczymy jeden numer tak długo, aż w końcu nadaje się do grania.
Jasiek: Ale z tym piórem też nie jest tak, że tylko Tuna potrafi pisać. Bartek również ma świetne pomysły. W naszym przypadku wokal pełni bardziej funkcję rytmiczną niż melodyczną. Oczywiście Wiechu ma swoje emocjonalne wykrzyki, ale wszystko jest bardzo precyzyjnie rozpisane. U nas nie może być tak, że jakieś słowo pojawi się w zupełnie innym miejscu utworu. Ono musi się konkretnie trzymać danej frazy, bo wokal jest u nas kolejnym elementem rytmu. Trochę jak w rapie.
A co do tekstów, Adam naprawdę ma świetne pomysły. Nieraz sami się śmiejemy, kiedy pierwszy raz słyszymy jakiś tekst. Potem już się mniej śmiejemy, bo ja muszę to śpiewać, grając te wszystkie partie, Wiechu też musi śpiewać, a Adaś robi tylko „pucy-pucy” na perkusji i nawet mikrofonu nie ma.
Wiechciu: Na początku udało mi się napisać kilka piosenek…
Adam: Ale za daleko to wszystko poszło (śmiech).
A skąd bierze się inspiracja do tekstów?
Adam: Po prostu czasem wpada jakiś temat. Mam w telefonie notatki, do których zapisuję pojedyncze zdania albo luźne pomysły. Kiedy pojawia się nowy utwór, przeglądam je i sprawdzam, czy coś pasuje. Jeśli znajdę jakiś fragment, rozwijam go i dopasowuję do muzyki.
Czasem pomysł przychodzi sam, a czasem siadam do pisania tylko dlatego, że goni mnie deadline i trzeba coś wymyślić. Na szczęście zwykle mam już jakiś zapas pomysłów, przynajmniej takich ogólnych, które można rozwinąć.
Jasiek: Najbardziej szkoda sytuacji, kiedy Adam napisze naprawdę świetny tekst, a my dochodzimy do wniosku, że sama piosenka jednak nie działa. Jeżeli numer nas nie przekonuje, nie będziemy go grać na siłę. Czasem właśnie do takich odrzuconych utworów powstały jedne z najlepszych tekstów.
Wiechciu: Ale mamy drugi skład, więc część tych odrzutów trafia właśnie tam.
Jasiek: Tam mogą żyć własnym życiem.
Wiechciu: Tam lądują wszystkie krótkie, głupkowate, szybkie punkowe numery.
Jasiek: Trzeba gdzieś dać ujście tym głupim emocjom. Piszemy dość wymagającą muzykę, ale tak naprawdę jesteśmy normalnymi ludźmi. Adaś może trochę mądrzejszy od nas (śmiech całego zespołu).
(kadr z klipu Blind to Differences – Teoria Spiskowa/youtube)
Jeśli ktoś zna wasz zespół, to zna też wasze klipy. W nich Nowy Targ przewija się dosyć często. Kto jest pomysłodawcą tych klipów?
Jasiek: Adaś. Za wszystko odpowiada Adaś.
Adam: Tak, to zwykle ja się z tym męczę. Czasem najpierw pojawia się pomysł na klip, a dopiero później powstaje piosenka, która ma do niego pasować. A Nowy Targ? Po prostu tutaj mieszkamy. Jeśli potrzebujemy miejskiej przestrzeni jako tła, to naturalnie korzystamy z tego, co mamy wokół siebie.
Czyli teksty nie są bezpośrednio o Nowym Targu?
Adam: Akurat napisałem nową piosenkę, której jeszcze nikomu nie pokazywałem, i są w niej dwa wersy ze słowami „Nowy Targ”.
Jasiek: Ale dla nas to po prostu codzienność. Tutaj dorastaliśmy i to są nasze realia. Kiedy piszemy o blokowiskach albo różnych absurdach, które spotykają ludzi, Nowy Targ siłą rzeczy gdzieś się pojawia. To jest fajne, bo my możemy utożsamiać się z tymi historiami, a ktoś może utożsamić się z nami.
Wasza pierwsza płyta kiedyś trafi do serwisów streamingowych?
Wiechciu: Może jak ją nagramy jeszcze raz (śmiech). Oczywiście żartuję. Były kiedyś takie pomysły, ale nie wiem, czy to dojdzie do skutku.
Jasiek: Niektóre utwory na tej płycie są naprawdę dobre, tylko zostały słabo nagrane. Ogólnie nie jesteśmy zadowoleni z jakości tego materiału. To był też okres naszych muzycznych poszukiwań. Dlatego ta płyta ma tytuł „Bałagan”.
Jest tam wszystko – od prostych numerów po bardzo pokręcone rzeczy. Na przykład „Betonowe niebo” było dla mnie gitarowo kompletnym absurdem do zagrania.
Może kiedyś wrócimy do tych utworów i nagramy je tak, żebyśmy byli zadowoleni.
Wiechciu: Są tam kawałki, które nadal bardzo lubię. „Dobry ocean” i kilka innych gramy do dziś na koncertach.
Adam: Te numery, które gramy na koncertach, są na YouTubie
Jasiek: Był też pomysł, żeby wrzucić pierwszy album na Spotify jako demo, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.
Wiechciu: Nie oszukujmy się najlepiej byłoby nagrać to jeszcze raz, w lepszych warunkach. Już z tym doświadczeniem, które teraz mamy.
Przy okazji jest też zabawna historia – kiedy nagrywaliśmy tę płytę, miałem zatrucie pokarmowe. Całą noc wymiotowałem, a następnego dnia musiałem nagrywać wokale. To był mały falstart.
Jasiek: Porwaliśmy się z motyką na słońce, nie mieliśmy doświadczenia studyjnego, a chcieliśmy nagrać dwanaście utworów, niektóre bardzo trudne. To nas trochę zjadło
Wiechciu: Dwanaście numerów nagraliśmy w dwa dni.
Jasiek: Nie byliśmy do tego przygotowani ani organizacyjnie, ani muzycznie. Dopiero później zrozumieliśmy, jak wygląda praca w studiu.
EP-kę „Opowieści” nagrywaliście już w profesjonalnym studio?
Wiechciu: Tak, w studiu i nagrywaliśmy ją przez kilka dni.
Adam: W zasadzie dłużej nagrywaliśmy pięć utworów niż cały pierwszy album.
Jasiek: Pięć numerów zajęło nam sześć dni. I to też było dość szybkie tempo.
Wiechciu: Gdybyśmy mieli jeszcze jeden dzień na poprawki, byłoby idealnie. Pamiętam, że pierwszego dnia stwierdziliśmy: „Spokojnie, zostanie jeszcze czas, to dogramy dwa stare numery”. Oczywiście nie został.
Jasiek: Nie starczyło nawet czasu, żebym nagrał swoje „łojojojoj”. W jednym miejscu w „Dniu, kiedy zakazano się śmiać” zawsze robię takie reggae’owe „łojojojoj”, ale zapomniałem nagrać tego w studiu. Do dziś mnie to boli.
Adam: A stare numery i tak trzeba byłoby całkowicie przearanżować, bo powstawały jeszcze z basistą. Stwierdziliśmy, że szkoda się w tym grzebać, lepiej iść do przodu i robić nowe rzeczy.
Pracujecie już nad kolejnym materiałem?
Jasiek: Tak. Kilka nowych numerów gramy już na koncertach. Teraz piszę głównie na siedmiostrunowej gitarze, więc muzyka trochę się zmienia. Wydaje mi się jednak, że korzeń Blind to Differences cały czas jest zachowany tylko w trochę innej formie. Nadal jest rytmicznie, nadal buja, tylko idziemy krok dalej. Kto zna nasz zespół, od razu usłyszy, że to wciąż Blind to Differences.
Wiechciu: Chcielibyśmy, żeby to był już pełnoprawny album.
Jasiek: Zdecydowanie. Na tę chwilę mamy około ośmiu utworów, więc zaczyna to wyglądać jak normalna płyta.
Co najbardziej lubicie: pisanie muzyki, studio czy koncerty?
Adam: Ja wolę koncerty. Nie mamy jeszcze bardzo dużego doświadczenia studyjnego i nagrywanie zawsze wiąże się ze stresem. Na koncercie jest ta chwila, w której to wykonujemy, wyjdzie to wyjdzie. Jak nie to już trudno, nie ma problemu. W studiu ten jeden błąd zostaje z tobą na zawsze. Nawet jeśli nikt go nie słyszy, ty dokładnie wiesz, gdzie jest.
Jasiek: Jak moje „łojojojoj” (śmiech). Ale sam proces pisania muzyki bardzo lubię. To jest tworzenie czegoś z niczego. Na początku jest jakiś mały zalążek a potem powstaje z niego coś fajnego albo niefajnego. Grając jakiś riff zawsze myślę o poszczególnej osobie. Pisząc dany fragment, byłem akurat na jakimś etapie życia, spotykałem określone osoby i te emocje zostały w tej muzyce.
Mam na przykład parę numerów, gdzie po prostu nie myśląc o danej osobie, zaczynam grać jakiś riff i nagle włącza mi się skojarzenie z kimś, na przykład z ujkiem. Tak to działa, to jest też taki element pamiętnika – zapis samemu dla siebie.
Wiechciu: Ja zdecydowanie wolę koncerty. Proces tworzenia jest dla mnie dużo trudniejszy. Ja wcześniej grałem zwykłego punk rocka – 3 akordy, darcie mordy. Nie było większego problemu z tworzeniem. Co siadło to siadło, jak było tak było.
Tutaj jest znacznie trudniej. To jest dla mnie po prostu wyzwanie. Nie oszukujmy się, czasami średnio to lubię. Zwłaszcza kiedy są jakieś połamane rytmy i dziwne akcenty, trzeba się tego uczyć praktycznie od nowa.
Bywa ciężko, aczkolwiek na koncertach zawsze jest fajnie. Zwłaszcza kiedy jest dobra publika. Jak ludzie skaczą i widać, że naprawdę cieszą się z tego, że gramy, to od razu człowiekowi robi się cieplej na sercu.
Jasiek: I nam też wtedy lepiej się gra. Jak widzimy, że ludzie czują tę muzykę, to sami łapiemy od nich energię. A im bardziej nam się chce grać, tym lepiej reaguje publika. Chyba że gramy konkurs w Jeleniej Górze (śmiech).
Adam: Lepsza jest publika niż realizator dźwięku, który siedzi za komputerem i mówi: „Fajnie. Jeszcze raz”.
Wiechciu: I tak trzynaście razy (śmiech zespołu).
Nawiązując do tego, może chcecie podzielić się jakąś zabawną historią z koncertów??
Wiechciu: Był jeden taki koncert, nie będę mówił gdzie. Powiedzmy tylko, że gdzieś za Nowym Sączem. Mieliśmy grać przed dość znanym punkowym zespołem. Już sam dojazd był przygodą, była taka zamieć, że jechaliśmy chyba trzy godziny.
Jasiek: I to samochodem mojego taty, który sam nie wiedział, że ma uszkodzone sprzęgło. Do tego cały czas zamarzały wycieraczki. Generalnie dziesięć na dziesięć.
Wiechciu: Na miejscu okazało się, że… nie ma sprzętu.
Jasiek: Organizator wcześniej pytał nas o rider techniczny. Wysłaliśmy wszystko. Na miejscu okazało się, że praktycznie nic z tego nie było przygotowane. Znajomi musieli przywieźć nam sprzęt z naszej salki prób, przez to zrobiła się ogromna przerwa między zespołami.
Organizatorzy postanowili więc zrobić improwizowane jam session. Problem w tym, że większość była już mocno po alkoholu i średnio umiała grać. Powstała kompletna kakofonia. Najlepsze było jednak to, że za sceną znajdowała się kuchnia. Cały czas między nami przechodziły panie z burgerami.
Więc my gdzieś tam produkujemy się z tą naszą muzą, a koło mnie stoi pani z hamburgerem, bo nie może akurat przejść, bo miałem pedalboard tak rozstawiony. Ja jak już zacznę swoje tańce, to nie ruszy się ani o centymetr. Więc panu tam burger stygnie, pani tu z burgerem czeka, ja coś próbuję ukroić.
Wiechciu: Tego widoku nigdy nie zapomnę. A w tym czasie ludzie z sali krzyczeli: „Gdzie jest gwiazda wieczoru?!” albo „Kończcie już!”. Oczywiście nie była to nasza wina. Po koncercie zgodnie stwierdziliśmy, że jak nie było tego sprzętu, to lepiej było wsiąść w auto i wrócić do Nowego Targu. Wyszłoby wszystkim na zdrowie.
Jeszcze pod koniec pani tam mówi: „O, może wam chłopaki jakąś pizzę zrobić czy coś”. Ja mówię: „Kurczę, proszę pani, no pewnie, tylko że za chwilkę jak złożymy sprzęt”. No i jak składaliśmy sprzęt, to zamknęli już kuchnię, więc nie zjedliśmy z tego wszystkiego.
Jasiek: A na koniec ktoś po prostu odciął główny prąd. Bez wyłączania wzmacniaczy. Wszystko zgasło jednocześnie. Pomyślałem tylko: „Profesjonalnie.”. Pani z burgerami najlepsza, więc pozdrawiamy oczywiście, jeżeli kiedykolwiek ten wywiad trafi w jej dłonie, te dłonie, które dzierżyły burgera — pozdrawiamy panią jak najmocniej.
Były jeszcze jakieś koncertowe historie, które szczególnie zapadły wam w pamięć?
Wiechciu: Był jeszcze konkurs piosenki w Jeleniej Górze. Miało wystąpić kilka zespołów i kolejność ustal
Czytaj cały artykuł u źródła — NowyTarg24.tv (Nowotarska Telewizja Kablowa)
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.