![Koncertowa Malta Festival 2026: skoczna Maro, cichy Devendra i pomnikowy Clementine [RELACJA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fradiopoznan.fm%2Fuploads%2Fassets%2Fsr8u8tu9e87qfkj_fot-hajdenrajch-malta-2.jpg&w=1920&q=75)
Czwartek, 2 lipca 2026R. IMIENINY: Jagody, Urbana
15.6°C
Fot. Eliza Hajdenrajch (Radio Poznań) W piątek i niedzielę zaplanowane tańce (najpierw na elektronicznych beatach, następnie na gitarowych riffach), ale czwartek i sobota to prawdziwy raj dla koneserów muzycznej delikatności. Jak wypadły pierwsze tegoroczne występy?
Otwierająca koncertową Maltę Maro może nie do końca się w powyższy schemat wpisała, bo więcej w jej brzmieniu było rocka, niż lekkości i zwiewności znanej choćby z ostatniego albumu. Zawłaszcza w drugiej części koncertu - jeśli ktoś potrzebował solidnej dawki energii i sprawnie działającej koncertowej maszyny z kilkoma gitarami w składzie mógł być zachwycony i myśleć „jak to z muzyką na żywo, jest lepiej i więcej niż w nagraniach studyjnych”, ale trochę z tego materiału uleciało subtelności. Natomiast jeśli ktoś wcześniej z jej twórczością i uwodzącym, rozkosznie zachrypniętym głosem nie miał do czynienia, temu na pewno zaimponowała zgrabnymi kompozycjami oraz ich wdzięcznym i zmysłowym wykonaniem.
Piach w głosie Maro na scenie zamieniony został na miękką barwę Devendry Banharta , który przygotował dla nas jeden z prawdopodobnie najbardziej cichych koncertów, jakie słyszeliśmy. Niestety miało to swoje techniczne minusy – nawet stojąc na kilka metrów przed artystą jego opowieści i piosenki były „urozmaicone” gwarem rozmów z odległych części hali , miało się wrażenie, że słychać zamawianie kolejnego napoju sto metrów od sceny…
Devendra tym się jednak nie przejmował, był jednocześnie uroczy i lekko ekscentryczny („jestem za ciągłym używaniem telefonów, sprawdzajcie je cały czas i koniecznie wyślijcie wiadomość do jednego z waszych kontaktów, którego istnienie na liście was zaskoczy”), prosił o propozycje piosenek na życzenie, a nawet zaprosił na scenę osobę z publiczności, która „sama gra i tworzy piosenki i nigdy jeszcze nie występowała, a może tylko chce zaprezentować zgromadzonym swój nowy utwór”.
Występ był nie tylko cichutki, ale też dość jednostajny, ożywialiśmy się przy kilku bardziej znanych fragmentach (zamówione „Seahorse”) oraz zwłaszcza przy bardziej kołyszących, hiszpańskojęzycznych fragmentach, jak słynna „Carmensita”. Na koniec Banhart postanowił udowodnić nam, że jest wielkim artystą również ze względu na podejmowanie ryzykownych decyzji i wytrącenie słuchaczy ze strefy komfortu – na scenę z boku wjechała konsoleta dla DJ-a, a sam Devendra podszedł do niej i „zaserwował” nam kilka minut z mocnymi, elektronicznymi brzmieniami z okolic muzyki techno, pozostawiając nas z uśmiechami na twarzach nawet, jeśli na sali nie było ani jednego miłośnika takich klimatów.
Z Benjaminem Clementin’em nie było tak łatwego kontaktu, choć zdarzało mu się dłuższe opowiadanie historii (prawie na sam koniec przywołał perypetie z oponami jego vana podczas podróży po Polsce) czy zapytania w rodzaju „jak jest po polsku goodbye?”. Z tej wiedzy skorzystał potem, żeby w porywającym utworze „Adios” użyć od początku zamiast słowa tytułowego polskiego „żegnaj”. Dzięki temu jeszcze bardziej zadziałał nas jeden z najmocniejszych fragmentów tego wieczoru. Benjamin pokazywał przez cały czas, że mocny głos z prostymi acz dramatycznymi partiami fortepianu potrafią czynić cuda!
Z początku wydawał się może nazbyt „pomnikowy”, ale z czasem uwiódł nas swoją opowieścią i swoją charyzmą, był magnetyczny i teatralny. Szeroką paletę swoich możliwości wokalnych wykorzystywał z wyczuciem, nie nachalnie - trochę na strzeliste falsety czy wręcz operowe zaśpiewy trzeba było czekać, a nie trzeba dodawać, że to właśnie te momenty powodowały największe wybuchy entuzjazmu wśród publiczności.
Bywał lekko szalony, a nawet bezkompromisowy, chwilami zabawny (gdy przerywał muzykę podczas filmowania go na scenie przez jego „amerykańskiego kierowcę”), ale najczęściej przytulaliśmy się do bliskich nam osób w takt niespiesznych acz kołyszących fortepianowych groove’ów, które okraszał pełnym uczucia śpiewaniem, bardzo świadomy swoich możliwości i tego, jak wyjątkowym tembrem swojego głosu władać niczym szpadą. Czy wszystkich zachwycił w podobnym stopniu? Może i nie, wszak ta muzyka i sposób jej wykonania nie zostawia zbyt wiele miejsca na obojętność. Albo cię porwie albo będziesz chciał zachować wobec niej dystans. Na pewno jednak widać i słychać było wyraźnie, że mamy do czynienia z postacią nietuzinkową, potrafiącą stworzyć przed nami osobny muzyczny świat.
SERWIS INFORMACYJNY
Czytaj cały artykuł u źródła — Radio Poznań (d. Radio Merkury)