
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA
Prezydent Józef Nowicki podczas sesji Rady Miasta Konina
Wszyscy wiedzą, że był prezydentem i posłem, a wcześniej kierownikiem ważnego wydziału w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Koninie. Ale mało kto zna jego drogę do pozycji najważniejszego polityka w Koninie i województwie konińskim. Opowiedział mi o niej dwanaście lat temu, kiedy poprosiłem go o wspomnienie kawiarni w Domu Młodego Górnika.
Zaczął od pracy w ZMS, po czym został działaczem związkowym, co zaprowadziło go na polityczne szczyty. Przez 12 lat był posłem, a przede wszystkim autorem politycznych układanek w województwie konińskim, umiejącym pogodzić nawet ogień z wodą. Jego karierę zwieńczyła ośmioletnia prezydentura Konina.
Początki w ZMS
Polityka pojawiła się w życiu Józefa Nowickiego bardzo wcześnie, krótko po maturze, którą zdawał w Liceum Ogólnokształcącym w Koninie. W połowie lat sześćdziesiątych podjął bowiem pracę w Zarządzie Powiatowym Związku Młodzieży Socjalistycznej w Koninie. Ale kiedy postanowił powalczyć o stanowisko przewodniczącego, został brutalnie sprowadzony na ziemię.
Poznań zmusił Józefa Nowickiego do wycofania swojej kandydatury, co po jakimś czasie zaowocowało decyzją o zmianie pracy. W 1968 roku Józef Nowicki znalazł zatrudnienie w Konińskich Zakładach Naprawczych (KZN), późniejszym FUGO.
Zanim opowiem o tym, jak KZN stały się trampoliną do dalszej kariery dla przyszłego posła i prezydenta Konina, wrócę jeszcze do jego dzieciństwa i lat młodzieńczych. Józef Nowicki urodził się wprawdzie w Wieprzycach, które dzisiaj są częścią Gorzowa Wielkopolskiego, ale był rodowitym Koninianinem. Do Wepritz, taką bowiem nazwę nosiła ta miejscowość w 1944 roku, zesłali jego rodziców na roboty przymusowe niemieccy okupanci. Po wojnie Nowiccy wrócili do rodzinnego Wilkowa, które wtedy już było częścią Konina. To zapewne tamto doświadczenie stało się dla Józefa Nowickiego inspiracją do napisania powieści „Garbate szczęście”.
Oczęta cherubinka
W szkole – jak mówił – szło mu dobrze, ale miał dużo pomysłów, których dorośli nie akceptowali.
Ponieważ miałem oczęta cherubinka, zawsze jako ostatni byłem o coś podejrzewany – wspominał. - Większość pomysłów była moja, ale obrywało się kolegom. Co nie znaczy, że nigdy nie oberwało się i jemu, na przykład od kierownika Szkoły Podstawowej nr 3 Bolesława Białkowskiego.
Potrafił mnie podnieść za uszy do góry, co dostatecznie świadczyło o jego sile, a jednocześnie o stosowanych metodach wychowawczych. Nie inaczej karał młodych urwisów gwardian z klasztoru, który uczył w ówczesnej SP3 religii.
Niejedną drewnianą linijkę połamał na moich łapach, co spotykało każdego, kto nie odrobił lekcji – usłyszałem od Józefa Nowickiego. - Miałem o tyle źle, że ten właśnie ksiądz gwardian zaprzyjaźnił się z moim tatą. I jak ojciec wracał z pracy w olejarni na Dąbrowskiego, to się po drodze spotykali, więc wszystkie wieści miał przekazane, co tam było w szkole i jak. Mógł zostać nauczycielem
Bohater naszej opowieści znany był w szkole z jeszcze innej strony. Na przykład Marian Grochociński był przekonany, że Józef Nowicki zostanie nauczycielem.
W bójki obfitowały również duże przerwy między lekcjami. Walczyli ze sobą uczniowie Szkoły Podstawowej nr 1 i 3, bo obie mieściły się w tym samym budynku przy ulicy Kolskiej .
Bywalec kawiarenki
Już po maturze, a nie wcześniej niż w drugiej połowie 1962 roku, kiedy kierowniczką i barmanką w jednej osobie kawiarenki w Domu Młodego Górnika została Maria Werbińska , stał się bywalcem tego niezwykle popularnego na nowym osiedlu lokalu.
Chcesz nas zainteresować tematem? Czekamy na sygnały/materiały. Piszcie na [email protected].