
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA
Czesław Sypniewski (piąty od lewej) na pochodzie pierwszomajowym
Urodził się w Niemczech gdzieś pod francuską granicą, jako trzynastolatek zaczął pomagać ojcu w kuźni hrabiego Kwileckiego, we wrześniu 1939 roku trafił do niemieckiej niewoli, a w połowie 1945 roku podjął pracę w konińskiej kopalni, która kilka lat później przydzieliła jego rodzinie domek fiński na Glince.
Już ten skromny zarys życiorysu Czesława Sypniewskiego ( fot. 1 ) pokazuje, jak niezwykłe były losy ludzi, którzy budowali zręby konińskiego przemysłu paliwowo-energetycznego. Dodajmy, że niezwykłe tylko w porównaniu do naszego doświadczenia, bo wtedy były dość powszechne – co dziesiąty obywatel przedwojennej Polski został przez okupanta oderwany od miejsca swojego zamieszkania i zaprzęgnięty do pracy na rzecz III Rzeszy.
Z Ostrowąsa pod francuską granicę
Zanim Czesław Sypniewski osiadł na Glince, przemierzył kawał Europy. Zaczęło się od tego, że w 1917 roku jego ojciec opuścił rodzinny Ostrowąs, gdzie nie mógł znaleźć dobrej pracy, choć od wielu pokoleń jego męscy przodkowie parali się kowalstwem. Ostrowąs to niewielka wieś niemal na przedmieściach Aleksandrowa Kujawskiego i niespełna 10 km od Ciechocinka.
To był czwarty rok pierwszej wojny światowej i zarówno Wielkopolska, jak i Kujawy znajdowały się pod okupacją niemiecką. 22-letni Mieczysław Sypniewski udał się w podróż razem z żoną wozem zaprzężonym w konie. Najpierw pojechali do Strzałkowa, a potem dalej na zachód, aż pod francuską granicę.
Trzynastolatek w kuźni
19 sierpnia 1918 r. urodził im się syn, pierwszy z trzynaściorga rodzeństwa, któremu na chrzcie dali na imię Czesław. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, a dziecko wyrosło na tyle, żeby znieść trudy długiej podróży, państwo Sypniewscy ruszyli w drogę powrotną do kraju. Już nie do Ostrowąsa, ale do Malińca, a potem Grodźca, gdzie Mieczysław w majątku Kazimierza Kwileckiego znalazł pracę w kuźni.
Kiedy Czesław skończył trzynaście lat, zmarła jego matka, więc ojciec zaczął go zabierać ze sobą do pracy w kuźni. W ten sposób chłopiec został pomocnikiem kowala. Po skończeniu Szkoły Powszechnej w Gosławicach i zdobyciu kwalifikacji ślusarza, Czesław Sypniewski podjął pracę w Fabryce Maszyn Rolniczych Zygmunta Włodarczyka w Koninie jako praktykant. To ta fabryka, która mieściła się przy dzisiejszej ulicy Urbanowskiej, naprzeciwko kino-teatru „Polonia”, po wojnie znanego lepiej jako „Górnik”.
Jednak kiedy praktyka się skończyła, zabrakło dla niego dalszego zatrudnienia, więc zdecydował się na służbę wojskową. W marcu 1938 roku 20-latek zgłosił się do 70 Pułku Piechoty w Pleszewie ( fot. 2 ), gdzie przeszedł przeszkolenie do służby w Korpusie Ochrony Pogranicza, a następnie ukończył szkołę podoficerską KOP. Kampania wrześniowa skończyła się dla niego pod Radomiem, gdzie w połowie miesiąca został wzięty do niewoli z ranami głowy i ręki. Po roku spędzonym w obozie jenieckim pod Berlinem ( fot. 3 ), Niemcy zamienili go na robotnika przymusowego i przenieśli do Potzlow, miejscowości znajdującej się niedaleko Szczecina po zachodniej stronie Odry.
Niemiec ostrzegał przed synem
W takim samych charakterze znalazła się tam Anna Kowalczyk z Radomska.
– Ja pracowałam w polu, a Czesław w kuźni jako ślusarz maszyn rolniczych – opowiadała mi dwanaście lat temu pani Anna. Ślub wzięli 14 lutego 1943 roku i jeszcze w tym samym roku urodziła im się córka. Ich życie w niewoli toczyło się podobnym torem jak wielu innych robotników przymusowych. Ale podział między ludźmi wcale nie przebiegał według narodowości.
– Wieczorami słuchaliśmy radia z Londynu i to u Niemca – pani Anna opowiadała mi tę historię sprzed wielu dekad z przejęciem, jakby wydarzyła się wczoraj. - Miał pięciu synów i wszyscy byli na froncie, ale tylko jeden był takim gestapowcem. „Ceslaw”, powiedział któregoś razu Niemiec, „nie przychodź, bo Hans przyjedzie”. On nas ostrzegł, ale tymi naszymi wizytami u Niemca zainteresowała się Polka, też zresztą z Konina. Jak się zorientowała, że my tam u niego radia słuchamy, poleciała do wachmana. A ten przyszedł do kuźni i wszystko powiedział Czesławowi. Innym razem doszło do zapalenia się trocin w spichrzu ze zbożem, ponieważ polecono Czesławowi Sypniewskiemu ogrzać zamarznięte rury. Chociaż pożar szybko ugaszono i zboże zostało uratowane, następnego dnia rano w majątku pojawili się żandarmi.
Chcesz nas zainteresować tematem? Czekamy na sygnały/materiały. Piszcie na [email protected].