
Cykle koniunkturalne – to jeden z kluczowych tematów w analizach makroekonomicznych. Ekonomiści od dekad łamią sobie głowy dlaczego one w ogóle mają miejsce, niektórzy wskazują, że można ich uniknąć, albo przynajmniej wygładzić. Pytanie: jak?
Współczesna ekonomia dzieli się na tę głównego nurtu i na podejścia do niej alternatywne. Jedno z nich prezentuje tzw. Szkoła Austriacka, której nazwa pochodzi rzecz jasna stąd, że jej twórcami byli badacze pochodzący właśnie z tego kraju. Ich zdaniem cykle koniunkturalne we współczesnej gospodarce nie powstają samoistnie. Są niejako wywoływane przez władze monetarne, które ustalając stopę procentową, czyli koszt pieniądza, popełniają błędy i w ten sposób wypaczają mechanizm rynkowy. Przeważnie ustalają stopę procentową na za niskim poziomie, i w ten sposób generują okresy boomu gospodarczego, które jednak nie są zbyt trwałe. Jak wskazują ekonomiści z tej szkoły, popyt jest generowany poprzez sztucznie wykreowany pieniądz, dostępny poprzez niskooprocentowany kredyt. Jego źródłem nie są zatem oszczędności, tylko aktywność podmiotu odpowiadającego za politykę pieniężną. Kiedy nadmiar pieniądza zaczyna skutkować przyspieszonym wzrostem cen, wówczas stopy procentowe muszą wzrosnąć, aby nie doprowadzić do wymknięcia się inflacji cenowej spod kontroli. Tyle, że wzrost stóp procentowych zwiększa koszty obsługi już zaciągniętego zadłużenia, co sprawia, że większa część dochodu bieżącego trafia na spłatę odsetek. Również nowe kredyty są droższe i ludzie mniej chętnie je zaciągają. W efekcie następuje spowolnienie, a następnie pojawić się może recesja. I tak z fazy boomu przechodzimy do fazy załamania, a cały proces ma dużą amplitudę, powtarzalność tego zjawiska powoduje zaś, że mówimy o cyklu koniunkturalnym.
Czy takie wyjaśnienie jest słuszne? Przyznam, że sporo o tym myślałem i muszę stwierdzić, że coraz bardziej skłaniam się do przyznania, że w znacznej mierze tak. Tak było szczególnie w wypadku ostatniego kryzysu finansowego z 2008 roku. Wymienia się wiele powodów jego wybuchu, ale zasadniczo w okresie niskich stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych faktycznie miała miejsce eksplozja kredytów, szczególnie hipotecznych, które były tanie i łatwo dostępne. Ludzie więc chętnie je brali, sądząc, że tak będzie cały czas. Ceny nieruchomości rosły, co dawało złudne poczucie bogactwa, którego źródłem był rozdawany na prawo i lewo kredyt. Kiedy jednak stopy procentowe wzrosły, wiele osób nie było stać na spłacanie swoich zobowiązań, ich nieruchomości taniały, a długi zwiększały się. W efekcie doszło do potężnego załamania, które rozlało się ze Stanów Zjednoczonych niemal na cały świat.
Taki przebieg kryzysu wpisuje się w teorię ekonomiczną Szkoły Austriackiej. Chociaż ekonomiczny mainstream nie chce tego przyznać, to fakty mówią tutaj same za siebie. Austriacy proponują jednocześnie rozwiązanie radykalne, ich zdaniem bank centralny w ogóle powinien przestać istnieć, nie powinno być podmiotu, który ustala cenę pieniądza (stopę procentową), ta powinna być określana przez rynek. W efekcie, jak twierdzą ekonomiści z tej szkoły, rynek sam ustali stopę procentową, która zrównoważy oszczędności i inwestycje, chroniąc tym samym gospodarkę przez gwałtownymi krachami. Teza ta, chociaż dla wielu mocno polemiczna, wydaje się przynajmniej warta poważnego zastanowienia.
Andrzej Kowalik