
Sobota, 4 lipca 2026R. IMIENINY: Malwiny, Izabeli
17.5°C
Fot. (Okładka płyty) Czasem sama barwa głosu wykonawcy, zwraca naszą uwagę bardziej niż sama piosenka. Gdy styl śpiewu i oryginalna interpretacja łączą się z dobrą kompozycją, można się zasłuchać. Szczególnie gdy tekst piosenki jest na równie wysokim poziomie. W przypadku Marca Broussarda coś podobnego nastąpiło u mnie jakieś 20 lat temu. Jego głos był oczywiście tym pierwszym błyskiem i wrażeniem, które poruszyło setki tysięcy słuchaczy. Talenty tego artysty mają wartość konta niejednego luizjańskiego nafciarza. Własne piosenki emocjonalnie maluje głosem, gra na gitarze i fortepianie. Jak to bywa w muzyce z Luizjany, to inteligentnie wymieszane style blues, rock, rhythm and blues, pop i funk. W 2014 roku Marc Broussard nagrał jedną z najciekawszych płyt jakie można było wyselekcjonować z ogromnej oferty premier w tamtym roku. Album nosił tytuł „A Life Worth Living”. Marc Broussard zaproponował własne kompozycje i mieszał gatunki muzyczne znane mu z własnego otoczenia. A w dodatku z płyty biła apoteoza życia, miłości i szczęścia ojca, bodaj trójki małych dzieci.
Kariera Marca Broussarda przebiega dwutorowo. Artysta nagrywa płyty z premierowymi utworami, a jednocześnie dorzuca co pewien czas krążek z cyklu zatytułowanego „S.O.S.”. Przesłaniem wokalisty było zwrócenie uwagi odbiorców na ginący gatunek muzyki. Marcowi Broussardowi chodziło o soul, bluesa i rhythm and bluesa, Urodził się w Luizjanie, więc jego apel był niczym wezwanie ekologa o ratowanie naturalnego środowiska. Pierwsza płyta „S.O.S. – Save Our Soul” ukazała się w 2007 roku. W 2026 mamy „SOS V: Songs Of The 50s”. Przy okazji wtrącę, że w tym roku Marc Broussard nagrał także płytę „Chance Worth Taking”.
Wracam jednak do przedmiotu tej recenzji, piątej części cyklu „SOS”. Pełen tytuł wydawnictwa przenosi odbiorcę do muzyki z lat 50., kiedy rhythm and blues, rock and roll i blues, określały gatunkowy charakter dekady. Na płycie w pięknym stylu Marc Broussard przywrócił nam dźwięki muzyki, która jak się okazuje jest ponadczasowa. Jest to zestaw 11 piosenek, które wówczas wylansowali m.in. Ray Charles, Little Richard, Fats Domino, Sam Cooke i inni. Od początku do końca muzyka promieniuje nastrojem retro. Aranżacje piosenek są proste, zachowują charakter oryginalnych wersji, nacisk położono na linie melodyczne, a to domena śpiewu Broussards i jego wyczucia, wyważonej interpretacji i walorów głosu artysty. Polecam piosenkę „Unchained Melody”, która stała się przebojem w nagraniu The Righteous Brothers i otrzymała drugie życie w 1990 roku wykorzystana w filmie „The Ghost” (Duch). Wersja piosenki przedstawiona przez Marca Broussarda, także na wysokim poziomie. W nagraniach na płycie „dominuje” brzmienie fortepianu, saksofonu, sekcji smyczków, gitara elektryczna jest obecna na drugim planie. W lawinie współczesnej produkcji muzycznej, taka płyta zdecydowanie się wyróżnia dźwiękową świeżością i emocjonalnym wyrafinowaniem. Największą wadą płyty jest to, że trwa zaledwie pół godziny. Warto posłuchać i przenieść się na prywatkę dziadków, którzy tańczyli i przytulali się przy piosenkach „Hallelujah, I Love Her So”, „Lucille”, „Tell It Like It Is”, „Stagger Lee” a po każdej piosence, musieli wymienić pocztówkę dźwiękową, bo długogrające płyty winylowe były niedostępne.
SERWIS INFORMACYJNY