Krzysztof Kubiak: Wielu mieszkańców Środy kojarzy ciebie z różnorodnych aktywności od gry na bębnach, przez sztuki walki, aż po wieloletnie prowadzenie pubu w centrum miasta. Po wyjeździe za granicę postawiłeś na bieganie, które jest sportem niemalże powszechnym. Skąd ta zmiana?
Paweł Jankowiak: Impulsem była przeprowadzka i zamknięcie pubu. Pojawiło się więcej czasu, który należało zagospodarować, mam naturę, która wymaga ciągłego działania. W przeszłości podejmowałem próby biegania, ale traktowałem je wyłącznie jako dodatek do innych dyscyplin. Prawdziwym punktem wyjścia stała się decyzja o przebiegnięciu półmaratonu w Gdańsku podczas wizyty w Polsce. Chciałem sprawdzić, czy taka forma aktywności mi odpowiada. Przygotowywałem się sam. Gdy okazało się, że proces treningowy, rywalizacja oraz czas spędzony z samym sobą przynoszą mi satysfakcję, postanowiłem spróbować swoich sil na pełnym dystansie maratońskim.
Do pierwszego maratonu, który ukończyłem w kwietniu ubiegłego roku przygotowywał mnie rekordzista świata Adrian Kostera. Po tym starcie poczułem jednak niedosyt. Byłem już w stałym procesie treningowym, coraz bardziej angażowałem się w bieganie, czytałem literaturę specjalistyczną i zgłębiałem wiedzę. W mojej głowie zrodziła się myśl o dystansie 100 kilometrów. Taka odległość wydawała się jeszcze racjonalna dla mojej psychiki. Szukałem biegu, który nie odbywałby się na krótkich, powtarzalnych pętlach, gdyż ta formuła do mnie nie przemawia. Znalazłem bieg w szwajcarskim Biel, charakteryzujący się jedną długą trasą. Zapisałem się na niego z ponad rocznym wyprzedzeniem.
Wielu biegaczy dochodzi do dystansów ultra latami. Dałeś sobie na to rok od debiutu maratońskiego. Nie pojawiły się wątpliwości, czy to nie zbyt wczesna decyzja?
Szczerze mówiąc, nie miałem takich obaw. Twardo stąpam po ziemi, znam swój organizm i posiadam pewne doświadczenie sportowe. Wiedziałem, że rok to wystarczający czas na wypracowanie odpowiedniego progresu. Mój pomysł skonsultowałem z trenerem, który potwierdził, że przy moich możliwościach jest to cel realny. Co więcej, założyłem sobie ambitny plan wynikowy: chciałem pokonać te 100 kilometrów w czasie poniżej 10 godzin. Wyliczyłem, że wymaga to utrzymania tempa jednej godziny na każde 10 kilometrów. Kluczem było rozciągnięcie tej wytrzymałości na całe 10 godzin, co przy rzetelnie przepracowanym roku było wykonalne. Moim głównym atutem chyba jest psychika, zahartowana we wcześniejszych dyscyplinach, różnych doświadczeniach. W biegach ultra ból czy problemy żołądkowe są nieuniknione, a o sukcesie decyduje to, jak na nie reagujemy. Kiedy wyznaczam sobie cel, bardzo trudno mnie zatrzymać.
To był intensywny rok przygotowań?
Pojawiły się dwie kontuzje. Jedna poważniejsza, druga drobniejsza. Do całego procesu podchodzę jednak długofalowo. Gdy trener zalecił mi trzy tygodnie przerwy, dostosowałem się do tego, choć odczuwałem dużą potrzebę wyjścia na trening. Wiedziałem, że w skali całego roku trzy tygodnie to niewiele. Szczyt formy w sportach wytrzymałościowych przypada zazwyczaj między 30. a 40. rokiem życia, a ja swój planuję na okolice czterdziestki. Skoro po półtora roku treningu można osiągnąć satysfakcjonujący wynik na 100 kilometrów, to perspektywa kolejnych lat pracy daje duże możliwości rozwoju.
Mieszkasz obecnie w niemieckim regionie Schwarzwald, na pograniczu z Francją i Szwajcarią. To tereny górzyste, skrajnie odmienne od naszej nizinnej Wielkopolski. Jak to środowisko wpływa na przygotowania?
Górskie ukształtowanie terenu bardzo mi odpowiada, ponieważ lubię wymagające warunki. Dodatkowym atutem jest brak ruchu miejskiego i zanieczyszczeń. Kiedy przyjeżdżam do Środy na urlop, wyraźnie dostrzegam kontrast – tam docierają do mnie dźwięki miasta i zapachy spalin. Trening w górach buduje znacznie większą siłę biegową, co później procentuje na trasach płaskich.
W Środzie szukałeś miejsca do biegania podczas kilkudniowego pobytu?
Tak, podczas urlopu trenowałem podbiegi na Górce Wojtaszaka oraz na „kipie”. W Środzie również można zrealizować wartościowy, jakościowy trening siły biegowej, jeśli odpowiednio dobierze się miejsce.
Bieg w Biel rozpoczynał się stosunkowo późno, bo o godzinie 22:00. Jak wyglądały godziny poprzedzające start? Czy pojawił się stres?
Starty zawsze wiążą się u mnie z silnymi emocjami. Tego dnia zmagałem się z problemami żołądkowymi, wywołanymi prawdopodobnie stresem lub procedurą ładowania węglowodanów. Nie chciałem jednak szukać usprawiedliwień, zależało mi na opanowaniu sytuacji. Sam fakt, że bieg zaczynał się nocą, okazał się komfortowy. Byliśmy na miejscu dzień wcześniej, więc od rana miałem czas na spokojny posiłek, spacer i poukładanie myśli.
Jak przebiegała sama rywalizacja na ultra dystansie 100 kilometrów?
Zazwyczaj potrzebuję około 30-40 minut, aby wejść w odpowiedni rytm. Tak było i tym razem. Pierwszy wymagający moment nastąpił jednak przed upływem pierwszej godziny, gdy rozpoczął się stromy podbieg. Świadomość, że straciłem tam dużo energii, a przed sobą miałem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i kolejne wzniesienia, była trudna. Do 50. kilometra bieg przebiegał jednak w miarę stabilnie. Poważny kryzys przyszedł pod koniec nocy. Poruszaliśmy się w ciemności, wyłącznie przy świetle czołówek. Zacząłem odczuwać zmęczenie nóg, a tętno wzrosło. Na 57. kilometrze zlokalizowany był punkt, na który zawodnicy mogli przekazać tzw. drop bag – osobisty bagaż z rzeczami na zmianę i własnym wyżywieniem. Przygotowałem tam suchą odzież, kawę, sprawdzony izotonik oraz stałe posiłki na drugą część trasy. Na miejscu okazało się, że mój worek zaginął. Pracownik obsługi nie mógł go zlokalizować. Musiałem podjąć szybką decyzję: albo poddać się emocjom, albo biec dalej. Wybrałem bieg. Skorzystałem z ogólnodostępnego izotonika i żeli energetycznych, choć zawsze wiąże się to z ryzykiem reakcji układu pokarmowego. Przez kolejne 10 kilometrów toczyłem walkę z własnymi myślami, próbując zaakceptować brak planowanego komfortu. Pomogła mi rozmowa telefoniczna z żoną, która podniosła mnie na duchu. Kluczowy okazał się wschód słońca około 70. kilometra. Wtedy odzyskałem pełną stabilizację i do samej mety biegłem już równym, kontrolowanym tempem. Wiedziałem, że mam kilkanaście minut zapasu, by złamać barierę 10 godzin.
Co czuje zawodnik po przekroczeniu linii mety takiego biegu?
Dla mnie kluczowy był cały rok przygotowań. Uważam się za człowieka drogi – bardziej doceniam te 12 miesięcy pracy niż sam moment finałowy. Sto kilometrów to wyzwanie trwające jedną dobę, natomiast proces przygotowawczy wymagał codziennej dyscypliny. W ciągu roku pokonałem ponad 2 tysiące kilometrów, spędzając na bieganiu około 200 godzin. Sam start był jedynie zwieńczeniem tego procesu, w którym hartowałem swój charakter.
Sezon jednak się nie kończy. Jakie są twoje kolejne plany startowe?
Aby uniknąć pustki motywacyjnej, już w kwietniu zapisałem się na Schwarzwald Marathon, który odbędzie się 11 października. To jeden z najstarszych maratonów w Niemczech, o charakterze przełajowym. Zamierzam tam podjąć próbę poprawienia wyniku na dystansie maratońskim i zbliżyć się do granicy 3 godzin. Co do przyszłego roku – decyzje jeszcze nie zapadły. Rozważam mocniejsze wejście w biegi górskie, dalsze wydłużanie dystansu lub start w formule Backyard Ultra, gdzie zawodnicy co godzinę pokonują pętlę o długości ponad 6,7 kilometra aż do momentu, gdy na trasie zostanie tylko jeden biegacz.
Prowadzisz aktywną działalność w mediach społecznościowych, dokumentując swoje treningi. Czy jest to forma automotywacji?
W pewnym sensie tak, traktuję to jako pamiętnik, ale głównym celem jest inspirowanie innych. Otrzymuję wiadomości od osób, które pod wpływem moich relacji podjęły aktywność fizyczną. W przyszłości planuję sformalizować tę pasję i zostać trenerem biegania. Chcę dzielić się wiedzą, którą obecnie zdobywam w teorii i praktyce. Moje zmagania można śledzić na moim profilu na Instagramie: pawel.jankowiak.run oraz na Facebooku.
W twoich relacjach widoczne jest duże zaangażowanie rodziny. To chyba bardzo ważne?
Wsparcie bliskich jest kluczowe. Moja żona również biega w tym roku, po zaledwie czterech miesiącach przygotowań, ukończyła swój pierwszy półmaraton, który przebiegliśmy wspólnie. Poprzez nasze działania chcemy promować zdrowy i całkowicie trzeźwy tryb życia. Pokazujemy, że proste zmiany nawyków żywieniowych i rezygnacja z używek mają bezpośredni wpływ na zdrowie. Każdy ma swoje własne „ultra” – dla jednego będzie to 100 kilometrów, dla innego pierwsze 5 kilometrów. Istotą jest mierzenie się z samym sobą w sposób świadomy i autentyczny.