This article invites readers to explore the secrets of a museum located in the Wielkopolska region. It highlights that the museum features thousands of exhibits and tells extraordinary human stories.
Są w Wielkopolsce miejsca, które na pierwszy rzut oka wydają się wręcz niepozorne. Jednak gdy przejdzie się przez ich próg, szybko okazuje się, że absolutnie każdy zakątek kryje tu osobną opowieść. Dokładnie tak jest w Rakoniewicach, tuż przy samym rynku. Zwiedzanie Wielkopolskiego Muzeum Pożarnictwa rozpoczynamy w zabytkowym budynku, od którego w połowie lat 70. XX wieku wszystko się zaczęło.
– Sam budynek jest dużo starszy i pełnił kiedyś zupełnie inną rolę. Był to zbór, czyli kościół ewangelicki. Dzieje świątyni sięgają jeszcze XVII wieku. To właśnie wtedy do Rakoniewic zaczęli masowo przybywać osadnicy zza nieodległej granicy – wyjaśnia Hubert Koler, naczelnik Wielkopolskiego Muzeum Pożarnictwa w Rakoniewicach.
Odkryj "Wielkopolskie Mazury"! Kraina 100 Jezior to idealny kierunek na weekend
W sercu zachodniej Wielkopolski, pomiędzy lasami Puszczy Noteckiej i malowniczymi wzgórzami polodowcowymi, rozciąga się Kraina 100 Jezior - region obejmujący okolice Międzychodu i Sierakowa, położony ...
Od kart na emporze po ukrycie krzyża
Obecna, niezwykle charakterystyczna bryła budynku stoi tu dokładnie od 1763 roku i aż do końca II wojny światowej służyła lokalnej społeczności ewangelickiej. Do dziś przetrwały drewniane balkony, nazywane emporami.
– Niepisana zasada była taka, że najstarsi i najbardziej zasłużeni mieszkańcy wchodzili na parter, najbliżej ołtarza. Im ktoś był młodszy, tym wyżej zajmował miejsce. Pewien człowiek opowiadał nam, że mając 13 lat, siedział z młodzieżą na najwyższej emporze. Wspominał, że ci na dole gorliwie się modlili i im nie przeszkadzali, a ci u góry w tym czasie grali w karty i nie przeszkadzali tym na dole – opowiada naczelnik muzeum. W 1945 roku odchodzący z miasta pastor formalnie zapisał budynek świątyni na rzecz miasta, mając cichą nadzieję, że dzięki temu obiekt uniknie dewastacji ze strony wkraczającej Armii Radzieckiej. Z tego przełomowego okresu krąży w Rakoniewicach bardzo wymowna legenda.
– Armia Radziecka budynek co prawda zachowała, ale postawiła władzom jeden twardy warunek: z wieży natychmiast musi zniknąć krzyż. Zniknął więc na dobę czy dwie, a po odejściu Rosjan, po cichu, w środku nocy wrócił na swoje dawne miejsce – opowiada Hubert Koler. Od magazynu bombek po 4000 darowanych eksponatów
Po zakończeniu działań wojennych budynek, wzorem wielu podobnych obiektów, zamieniono na miejski magazyn. Przechowywano w nim żywność, a gdy w Rakoniewicach rozwinęła się produkcja ozdób choinkowych, na kościelnych posadzkach składowano puszki z farbami i lakierami. Nieogrzewany obiekt stopniowo niszczał i na początku lat 70. widmo jego rozbiórki było wyjątkowo realne.
Wtedy jednak pojawił się ratunek. Lokalni społecznicy, regionaliści oraz strażacy i władze połączyli siły. W małych wiejskich strażnicach brakowało miejsca na nowy sprzęt, a pamiątkowe, zabytkowe sikawki konne niszczały gdzieś za remizami. Zapadła decyzja: ratujemy kościół i tworzymy w nim Muzeum Pożarnictwa. Uroczyste otwarcie odbyło się w 1974 roku.
Na widok tej Hiszpanki opada kopara. Znajdziesz ją w Wielkopolsce
Jeszcze niedawno region koniński słynął z wydobycia węgla. To jednak już przeszłość, przyszłość to turystyka. W miejscu odkrywek powstaną jeziora. Dawne czasy nie odejdą jednak w zapomnienie. Przypomi...
Dziś, po ponad pięćdziesięciu latach, placówka obejmuje aż cztery budynki, przechowuje ponad 4000 eksponatów oraz 2000 książek i kronik. Co najbardziej zdumiewające, muzeum nigdy nie miało dużego budżetu na kupowanie zabytków na giełdach czy aukcjach.
– Wszystko, co mamy i co nadal do nas przybywa, dostajemy w postaci darowizn. Młode osoby znajdują stare przedmioty po dziadkach w szufladach, na strychach czy w ciemnych piwnicach. Przywożą je do nas i przekazują całkowicie za darmo. Często sprawdzają sobie wcześniej w sieci, ile dana rzecz jest warta, ale szacunek do historii i chęć zachowania jej dla potomnych wygrywają z pieniądzem – podkreśla z dumą Hubert Koler. Perełką głównej sali jest lśniąca, czerwona sikawka konna z 1786 roku . Eksponat ten doskonale obrazuje kluczowy moment przełomowy w historii pożarnictwa – przejście od wiader i prostych bosaków do pierwszego sprzętu ciężkiego.
Amerykańskie Chevrolety, Polonez na ratunek i poczciwy Żuk
Gdy wychodzi się z dawnej świątyni i przechodzi do kolejnych hal wystawowych, zapach starych belek ustępuje miejsca mieszance benzyny, oleju i smaru. Prawdziwym zaskoczeniem dla fanów motoryzacji są najstarsze samochody w zbiorach – oryginalne Chevrolety z 1927 i 1929 roku .
– Przed II wojną światową wielkopolska straż pożarna zamówiła kilkadziesiąt takich pojazdów z europejskich montowni w Kopenhadze i Berlinie – zdradza naczelnik rakoniewickiego muzeum. Nie brakuje też kultowych pojazdów z późniejszych dekad. Wzrok przyciąga m.in. czerwony Polonez Truck . Choć auto kojarzy się głównie z patrolami dawnej Milicji czy Policji, w latach 90. odegrało kluczową rolę w reformie polskiego pożarnictwa.
– W polskich strażnicach brakowało małych, zwrotnych busów. Rozumiano już doskonale, że nie opłaca się wysyłać ciężkiego wozu gaśniczego do każdej kolizji czy wypadku. Polonez Truck z roletami i specjalnie zaaranżowanymi schowkami na sprzęt ratownictwa technicznego idealnie nadawał się do takich wyjazdów – wyjaśnia Hubert Koler. Obok prężą się słynne strażackie „babcie” – Stary 20 oraz Stary 25 z lat 50. i 60., wyposażone w charakterystyczne drzwi otwierane „pod wiatr”. Przy nich naczelnik muzeum bardzo chętnie obala popularny mit.
– Nazwa Star wcale nie pochodzi od angielskiego słowa oznaczającego gwiazdę! To po prostu skrót utworzony z pierwszych czterech liter nazwy Starachowic, gdzie mieściła się fabryka. Niektórzy pół żartem dodają jednak, że w czasach PRL-u była to sprytna gra na nosie ówczesnej władzy: oficjalnie chodziło o Starachowice, a nieoficjalnie o nasze polskie, strażackie „gwiazdeczki” – wyjaśnia Hubert Koler.
Nasz Fyrtel. Odkryj piękne miejsca tuż obok domu
Mówią, że najciemniej jest pod latarnią. Często szukamy przygód na drugim końcu świata, nie wiedząc, że zaledwie godzinę drogi od naszego domu kryją się historie godne netflixowych seriali. Klątwy ksi...
W halach znajdziemy również absolutne klasyki: pierwszą wersję Żuka z lat 70., radzieckiego GAZa 51, a także luksusową perełkę zza zachodniej granicy – Volkswagena T2, czyli słynnego „Ogórka”.
– Gdy w Polsce podstawą transportową w remizach były poczciwe Żuki, w strażnicach w Niemczech królowały właśnie transportery Volkswagena. Ten konkretny egzemplarz jest w idealnym stanie technicznym i wizualnym, a otrzymaliśmy go w darze od zaprzyjaźnionej niemieckiej gminy Flotwedel. Z rynkowego punktu widzenia to dziś bez wątpienia jeden z najcenniejszych pojazdów w całym naszym muzeum – przyznaje naczelnik. To nie czołg, to amfibia! Bohaterka powodzi stulecia
Jeden z eksponatów znajdujących się na placu budzi wśród zwiedzających absolutnie największe emocje, choć niemal wszyscy w pierwszej chwili błędnie go klasyfikują.
– To nie czołg, a amfibia! Zawsze powtarzam grupom z uśmiechem: spójrzcie uważnie, nie ma tu lufy, nie będziemy do nikogo strzelać – śmieje się naczelnik. Pojazdy wojskowe tego typu trafiały do strażaków z myślą o najtrudniejszych akcjach w wodzie. Prawdziwy i niezwykle dramatyczny sprawdzian ten konkretny egzemplarz przeszedł w 1997 roku, podczas powodzi stulecia.
– Ta amfibia pływała wtedy po zalanych okolicach i w samym centrum Wrocławia. W pierwszej fazie ewakuowała ludzi z odciętych od świata budynków, a później strażacy wywozili nią także zwierzęta. Wykonała gigantyczną pracę. Rok po tych wydarzeniach, w 1998 roku, trafiła zasłużenie do naszego muzeum – opowiada Hubert Koler. Wątków motoryzacyjnych jest tu zresztą znacznie więcej. W salach zobaczymy m.in. angielskiego ciężarowego Bedforda, któremu po wojnie robotnicy z poznańskich zakładów Hipolita Cegielskiego zespawali własnoręcznie drabinę i zamontowali unikalną autopompę napędzaną silnikiem pojazdu.
Obok stoi prawdziwy potężny wóz lotniskowy z silnikiem Rolls-Royce’a. Z trzech takich wozów sprowadzonych po wojnie do Polski (m.in. do zabezpieczania samolotów na lotnisku Poznań-Ławica), do naszych czasów przetrwał jedynie ten rakoniewicki.
Pułkownik Pilawski i święty Florian skryty pod płótnem
Wielkopolskie Muzeum Pożarnictwa to jednak nie tylko maszyny, ale przede wszystkim niezwykłe, ludzkie życiorysy. Na stałej wystawie szczególną uwagę poświęcono pochodzącemu z Czarnkowa pułkownikowi Władysławowi Pilawskiemu – prawdziwej legendzie polskiego pożarnictwa, który całe swoje życie poświęcił służbie.
– Przed wojną budował podwaliny pod nowoczesne systemy szkolenia strażaków, w czasie okupacji działał w strażackim ruchu oporu „Skała”, wykorzystując możliwość wchodzenia tam, gdzie inni nie mieli wstępu. W Generalnym Gubernatorstwie ratował Żydów, po wojnie był więziony przez NKWD, a z racji wybitnych umiejętności technicznych własnoręcznie skonstruował dla swojej niepełnosprawnej córki pierwszy w Polsce elektryczny wózek inwalidzki – mówi Hubert Koler. Cały swój ogromny, prywatny zbiór dokumentów, książek i pamiątek przekazał właśnie do Rakoniewic.
Zresztą unikalne historie kryją się tu nawet w tkaninach. Najstarszy sztandar gnieźnieńskiej straży z XIX wieku przez całe dekady wisiał w muzeum zakryty z jednej strony białym płótnem.
– W 2010 roku przyjechała do nas studentka pisząca pracę naukową o straży w Gnieźnie. Pokazała nam opis z archiwalnej kroniki, z którego wynikało, że na rewersie powinien znajdować się wizerunek świętego Floriana. Zdjęliśmy komisyjnie przyszyte płótno... i faktycznie! Okazało się, że w czasach PRL-u, gdy święty przeszkadzał ówczesnym władzom, strażacy sprytnie go ukryli – opowiada Hubert Koler. W muzealnych gablotach można też podziwiać potężne kolekcje hełmów, czapek, naszywek i medali z całego świata.
Rezerwat Archeologiczny w Kaliszu. To świetny pomysł na wakacyjne zwiedzanie
Poznając historię Polski warto zacząć od Kalisza i rezerwatu na Zawodziu. To tutaj znajduje się zrekonstruowana na wysokim poziomie wioska średniowieczna, gdzie zobaczymy jak wyglądało codzienne życie...
Wnieśli auto na plecach. Prawdziwa lekcja na poddaszu
Ostatnim, ale niezwykle emocjonującym etapem zwiedzania jest poddasze, na którym w 2010 roku utworzono pierwszą w Polsce salę edukacji pożarniczej.
– To był całkowicie pionierski projekt na skalę kraju. Przedstawiciele Komendy Wojewódzkiej z Poznania zaangażowali do pomocy cztery okoliczne komendy powiatowe: grodziską, wolsztyńską, kościańską i nowotomyską. Każda jednostka odpowiadała za przygotowanie konkretnego stanowiska. Na poddaszu powstała ekspozycja pokazująca realne zagrożenia: spalone mieszkanie, wypadek drogowy, pożar lasu oraz symulator jazdy do pożaru – opowiada Hubert Koler. Żeby umieścić rozbite auto, ciężkie belki czy gabaryty na ciasnym poddaszu, strażacy musieli wykazać się wręcz niewiarygodną determinacją.
– Gdy strażacy powiedzieli mi, że będą to wszystko wnosić na górę po tych wąskich, kręconych schodach, po prostu zacząłem się śmiać. Myślałem, że żartują. Tymczasem przecięli wrak samochodu, wnieśli to wszystko na własnych plecach po ciasnych stopniach na poddasze, a na miejscu od nowa zespawali – wspomina z podziwem naczelnik. Wielkopolskie Muzeum Pożarnictwa w Rakoniewicach to genialna lekcja historii, techniki i profilaktyki. Przekroczenie progu dawnego zboru i spacer między klasykami motoryzacji to idealny pomysł na weekendowy wyjazd i dotknięcie historii, która nie przestaje zaskakiwać! To miejsce, które zdecydowanie warto odwiedzić.
W okresie od 1 lipca do 31 sierpnia: poniedziałek – nieczynne wt-pt – 8:00-15:00 so-nie – 10:00-17:00
W okresie od 1 września do 30 czerwca: poniedziałek – nieczynne so-nie – 10:00-15:00
Cennik biletów i szczegóły dotyczące zwiedzania dostępne są na stronie muzeum: kliknij tutaj!
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.