
Za nimi miesiące przygotowań, przed nimi jedno z największych wyzwań w życiu. Już w lipcu trzech przyjaciół z Nidzicy – Mateusz Ludwiński, Andrzej Jaśtak i Piotr Wadecki, przy wsparciu doświadczonego alpinisty Radka – podejmie próbę zdobycia Mont Blanc. O tym, jak wyglądają przygotowania do wyprawy, czego najbardziej się obawiają i dlaczego postanowili połączyć swoje marzenie z pomocą Michalinie Piechockiej, rozmawiamy z Mateuszem Ludwińskim.
— Skąd pomysł, żeby zdobyć właśnie Mont Blanc? — Góry od kilku lat są ważną częścią naszego życia. Lubimy wychodzić na szlaki nie tylko dla sportu, ale też dla rozmów, pięknych widoków i odkrywania nowych miejsc. Pierwszy raz wybraliśmy się w góry około sześciu lat temu i od tamtej pory ta pasja cały czas się rozwija. Z Andrzejem mieszkamy obecnie w Szwajcarii, więc góry mamy praktycznie na wyciągnięcie ręki. Kilka lat temu, podczas jednej z naszych wypraw, po raz pierwszy padł pomysł zdobycia Mont Blanc. Nie chcieliśmy jednak robić tego za wszelką cenę i jak najszybciej. Odłożyliśmy ten plan na przyszłość. Przez kilka lat dojrzewał i teraz nadszedł moment, żeby spróbować go zrealizować.
— Będzie to Wasza pierwsza wyprawa wysokogórska tej skali? — Tak. W 2024 byliśmy na górze Breithorn która miała 4164 m n.p.m. Popełniliśmy jednak błąd, bo praktycznie nie mieliśmy aklimatyzacji. Wjechaliśmy wysoko kolejką gondolową i organizm bardzo to odczuł. Brakowało sił, pojawiły się objawy wysokościowe i nie było to przyjemne doświadczenie. Wyciągnęliśmy z tego bardzo dużo wniosków. Teraz chcemy podejść do wszystkiego znacznie rozsądniej i lepiej się przygotować.
— Jak w takim razie wyglądają przygotowania do takiej wyprawy? — To naprawdę skomplikowane przedsięwzięcie. Od strony francuskiej na Mont Blanc wchodzi rocznie około 20 tysięcy osób i bardzo trudno dostać miejsce w schroniskach. Przewodnicy rezerwują je z ogromnym wyprzedzeniem. Dlatego zdecydowaliśmy się na mniej popularną drogę od strony włoskiej. Udało nam się zarezerwować miejsca w schronisku i od momentu potwierdzenia rezerwacji rozpoczęliśmy intensywne przygotowania. Większość osób zdobywa Mont Blanc od strony francuskiej. Ostatnie schronisko znajduje się tam na wysokości około 3800 m n.p.m., więc przed atakiem szczytowym do pokonania pozostaje około 1000 metrów przewyższenia. My wybraliśmy drogę od strony włoskiej, gdzie schronisko położone jest znacznie niżej – na wysokości około 3000 m n.p.m. To oznacza, że podczas ataku szczytowego będziemy mieli do pokonania około 1800 metrów przewyższenia. To już ogromna różnica i zdajemy sobie sprawę, że będzie to dla nas bardzo duże wyzwanie. Co więcej, dzień wcześniej czeka nas całodzienna wędrówka do samego schroniska. Z Andrzejem mamy trochę łatwiej, bo mieszkamy w górach. Regularnie pracujemy nad swoją kondycją, chodzimy po górskich szlakach i trenujemy siłowo. Piotrek przygotowuje się głównie na siłowni i podczas treningów crossfitowych. Razem z nami idzie również Radek, który ma największe doświadczenie w poruszaniu się w terenie wysokogórskim i pracy ze sprzętem alpinistycznym.
— Jak będzie wyglądała sama wyprawa? — Mamy zarezerwowane schronisko na 9, 10 i 11 lipca. Pierwszego dnia chcemy się zaaklimatyzować. Następnej nocy planujemy wyjść około godziny pierwszej lub drugiej. To bardzo ważne, bo później lodowce zaczynają się nagrzewać, śnieg staje się mniej stabilny, a my będziemy przechodzić przez szczeliny lodowcowe. W drodze powrotnej warunki będą już trudniejsze. Cały czas dopracowujemy szczegóły – listę sprzętu, ubrań, jedzenia oraz plan wejścia. Ostateczna decyzja o ataku szczytowym będzie zależała od pogody i warunków panujących w górach.
— W takich górach bardziej liczy się siła czy psychika? — Jedno i drugie. Kochamy takie przygody i wyzwania. Naturalnie chcemy stawiać sobie coraz wyższe cele i właśnie dlatego pojawił się pomysł zdobycia Mont Blanc. Ale równie ważne jest to, żeby po prostu przeżyć wspólną przygodę. Chcemy spędzić razem wartościowy czas i wrócić z pięknymi wspomnieniami na całe życie. Myślę jednak, że nie sam szczyt jest tutaj najważniejszy. Równie ważna, a może nawet ważniejsza, jest droga, która do niego prowadzi. To właśnie podczas przygotowań i samej wyprawy uczymy się wytrwałości, cierpliwości, pokory i odporności na przeciwności. Takie doświadczenia budują charakter i zostają z człowiekiem na całe życie, niezależnie od tego, czy ostatecznie stanie na szczycie. Przed wyjazdem towarzyszy nam ogromna ekscytacja, ale jednocześnie czujemy wielką pokorę wobec gór. Wiemy, że natura zawsze ma ostatnie słowo. Jako ludzie wierzący powierzamy tę wyprawę Bogu i modlimy się przede wszystkim o bezpieczeństwo dla całej naszej grupy.
—Towarzyszą Wam obawy? — Oczywiście. Ambicje są duże, ale zdrowy rozsądek jest jeszcze ważniejszy. Idziemy związani liną, więc decyzje podejmujemy wspólnie. Jeżeli choć jedna osoba będzie miała objawy choroby wysokościowej, problemy z aklimatyzacją, silny ból głowy czy nudności, wszyscy zawracamy. Bardzo chcielibyśmy zdobyć szczyt i pewnie będzie pojawiać się presja, ale nie zamierzamy ryzykować zdrowia ani życia. Najważniejsze jest to, żeby wszyscy bezpiecznie wrócili.
— Chcecie połączyć wyprawę z akcją charytatywną. Dlaczego? — To pomysł mojej żony. Kiedy opowiadałem jej o przygotowaniach, powiedziała, że skoro realizujemy swoje marzenie, może warto przy okazji zrobić coś dobrego dla kogoś innego. Bardzo spodobała mi się ta idea. Porozmawiałem z chłopakami i od razu się zgodzili. Następnie skontaktowałem się z mamą Michaliny Piechockiej, która również bardzo pozytywnie przyjęła naszą propozycję. Mamy nadzieję, że nasza wyprawa zwróci uwagę na zbiórkę i zachęci kolejne osoby do wsparcia Michaliny. Jeśli dzięki temu uda się pomóc choć trochę, będzie to dla nas równie ważne jak samo wejście na Mont Blanc. Zdobycie Mont Blanc jest naszym marzeniem, ale chcemy, aby ta wyprawa miała także głębszy sens. Dlatego zachęcamy wszystkich do wsparcia Michaliny Piechockiej, która każdego dnia mierzy się z wyzwaniami znacznie większymi niż górski szczyt. Wierzymy, że każda, nawet najmniejsza wpłata, to nie tylko realna pomoc w leczeniu, ale również sygnał dla niej i jej bliskich, że nie są w tej walce sami. Jeśli dzięki naszej wyprawie choć kilka osób zdecyduje się pomóc, uznamy, że osiągnęliśmy coś więcej niż zdobycie najwyższego szczytu Alp.
Michalina Piechocka od pierwszych dni życia zmaga się z poważnymi problemami zdrowotnymi. Zdiagnozowano u niej wadę tarczy nerwu wzrokowego, uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego oraz mózgowe porażenie dziecięce. Dzięki wieloletniej, intensywnej rehabilitacji zrobiła ogromne postępy – dziś potrafi samodzielnie postawić kilka kroków, a także coraz lepiej się komunikuje. Przed dziewczynką wciąż jednak długa i kosztowna droga leczenia oraz terapii. Każde wsparcie przybliża ją do większej samodzielności i daje szansę na lepszą przyszłość.
Obserwuj nas na Google News