
Prawie 40 tysięcy złotych z publicznych pieniędzy na uschnięte rośliny, fikcyjna procedura reklamacyjna i kuriozalne tłumaczenia najwyższych władz miasta. Kiedy w Ełku uschły nasadzenia na przystankach komunikacji miejsk
fot. nadesłane Jak urzędnicy wymyślili gwarancję, a prezydent kazał „nie brać ich słów dosłownie”
Lipiec 2025 r.
Wszystko zaczyna się latem 2025 roku. 16 lipca Urząd Miasta w Ełku zamawia u zewnętrznej firmy (Investment Trading Consulting Sp. z o.o. ze Skaryszew) metalowe donice obsadzone 3-letnimi panelami bluszczu pospolitego ( Hedera helix ). Łączny koszt zamówienia to 39 161 zł brutto . Bluszcz trafia na ełckie przystanki. Usługę samego sadzenia wykonuje miejska spółka – Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych (PUK) Sp. z o.o. w Ełku.
Maj 2026 r.
Mija niecały rok. Bluszcz na przystankach nie przetrwał próby czasu i po prostu obumarł. Sprawą zaczyna interesować się radny Rady Miasta Ełku, Andrzej Hasulak. Podczas posiedzenia Komisji Gospodarki Komunalnej 26 maja 2026 r. radny pyta o stan roślin. Odpowiada mu Naczelnik Wydziału Mienia Komunalnego, Cezary Winkler. Jego słowa brzmią niezwykle profesjonalnie i uspokajająco:
„Mamy oczywiście w umowie zapisy jeśli chodzi o gwarancję […]. W ubiegłym tygodniu już sfinalizowaliśmy jakby zgłoszenie reklamacyjne w tym zakresie i wykonawca był powiadomiony, że z takowej gwarancji skorzystamy i te rośliny będą musiały być wymienione. Ta procedura jest w trakcie, dosłaliśmy dokumentację fotograficzną i czekamy na finał”. Wydaje się, że urzędnicy trzymają rękę na pulsie. Problem w tym, że n aczelnik minął się z prawdą .
Czerwiec 2026 r.
8 czerwca 2026 r. Hasulak składa oficjalne zapytanie. Prosi o proste rzeczy: skan zgłoszenia reklamacyjnego, o którym mówił naczelnik, dokumentację fotograficzną oraz odpowiedź wykonawcy.
22 czerwca 2026 r. Prezydent Ełku, Tomasz Andrukiewicz, udziela odpowiedzi. Jednak nie załącza żadnego zgłoszenia reklamacyjnego skierowanego do zewnętrznego dostawcy. Zamiast tego przesyła „notatkę służbową”. Sęk w tym, że notatka jest datowana na 2 czerwca 2026 r., czyli została spisana tydzień po posiedzeniu komisji, na którym naczelnik twierdził, że reklamacja jest już „sfinalizowana”!
Co gorsza, z notatki wynika, że zepsutego bluszczu wcale nie wymieni w ramach gwarancji zewnętrzna firma ze Skaryszew, która wzięła 39 tysięcy złotych. Wymianą zajmie się… miejska spółka PUK, która zrobi to „we własnym zakresie” sadząc nową roślinę (winobluszcz pięciolistkowy).
Czerwiec 2026 r.
Dzień później, 23 czerwca 2026 r. , radny składa kolejne pismo. Wypunktowuje ratusz bezlitośnie, cytując słowa naczelnika Winklera o trwającej reklamacji i żąda wyjaśnień, dlaczego dostarczono mu notatkę napisaną po posiedzeniu komisji, a nie obiecywane dokumenty gwarancyjne. Żąda też podania kosztów, jakie poniosła miejska spółka PUK na zakup nowych 174 roślin i ich posadzenie.
Lipiec 2026 r.
7 lipca 2026 r. prezydent wydaje odpowiedź, która powinna przejść do historii lokalnego samorządu. Złapany na tym, że jego podwładny opowiadał bajki o trwającej reklamacji u zewnętrznego dostawcy, Tomasz Andrukiewicz oficjalnie stwierdza:
„Odpowiedzi udzielane bezpośrednio podczas posiedzeń komisji Rady Miasta Ełku mają charakter ogólny, co wynika z braku dostępu w trakcie obrad do pełnej dokumentacji (…). W związku z powyższym nie należy interpretować ich w sposób literalny .” Przekładając to z języka urzędniczego na polski. Jeśli urzędnik mówi na komisji, że wysłał reklamację z dokumentacją fotograficzną i czeka na odpowiedź, to nie należy mu wierzyć, bo to tylko takie „ogólne” słowa. Celem wypowiedzi, jak pisze prezydent, było jedynie „poinformowanie radnego, iż sprawa została zgłoszona i jest procedowana”.
A co z pieniędzmi? Prezydent uciął temat. Stwierdził, że PUK dokonał wymiany „we własnym zakresie i na własny koszt” w ramach „dbałości o estetykę”. Urząd Miasta Ełku nie dysponuje fakturami, nie zlecał tych prac odrębnie i oficjalnie nie wie, ile miejska spółka musiała dopłacić, aby zatuszować błędy pierwotnego zamówienia.
KOMENTARZ REDAKCJI
Można powiedzieć- czterdzieści tysięcy złotych to w skali budżetu miasta drobne na waciki. Ot, uschło kilka roślin, zdarza się, po co robić aferę? To jednak skrajnie naiwne myślenie. W tej sprawie nie chodzi bowiem o zwiędły bluszcz, ale o porażający standard rządzenia miastem.
Jeśli wysoki urzędnik ełckiego magistratu potrafi bez mrugnięcia okiem, publicznie i oficjalnie opowiadać bajki o rzekomej procedurze reklamacyjnej, której w rzeczywistości nie było, to mamy do czynienia z jawnym lekceważeniem mieszkańców i ich przedstawicieli – radnych. Co jednak najbardziej zatrważające, w obronie tego kłamstwa staje sam prezydent. Słowa Tomasza Andrukiewicza o tym, że oficjalnych wypowiedzi jego podwładnych na posiedzeniach komisji „nie należy interpretować w sposób literalny”, otwierają polityczną puszkę Pandory.
Prezydent Ełku stworzył właśnie kuriozalną doktrynę polityczną, według której urzędowe deklaracje stają się niezobowiązujące, a prawda – kwestią umowną. Skoro w tak błahych sprawach jak uschnięty bluszcz ratusz ucieka się do manipulacji, to jak możemy wierzyć urzędnikom przy wielomilionowych przetargach, inwestycjach drogowych czy budowie infrastruktury? Czy tam również, gdy przyjdzie rozliczyć błędy, usłyszymy, że obietnic i zapewnień „nie należało brać dosłownie”? Kłamstwo w małych sprawach rodzi uzasadniony niepokój o te największe. Władza, która każe rozumieć swoje słowa przez pryzmat metafory, traci mandat zaufania. Bo miastem nie da się zarządzać w sposób niedosłowny.
Jeśli ten standard ratuszowej komunikacji się utrzyma, niedługo będziemy wierzyć prezydentowi wyłącznie wtedy, gdy na swoim Facebooku zapowie deszcz. A i to tylko pod warunkiem, że zobaczymy go z rozłożonym parasolem, a za oknem faktycznie będzie lało.
Więcej
© Wszystkie prawa zastrzeżone 2025
Czytaj cały artykuł u źródła — Miasto-gazeta.pl – Ełcki portal informacyjny