Prowincjonalna polityka ma to do siebie, że największe dramaty wizerunkowe często przybierają formę taniej, wręcz amatorskiej farsy. Kiedy w wielkim świecie ktoś publicznie rzuci oskarżenie i zostanie złapany na gorącym
Wygenerowane przez AI Dobkowski już nie jest „On”. On jest „My”.
Weźmy na tapet to, jak w ogóle doszło do tego nerwowego ruchu. Na grupie „Samorządni Ełczanie” trwa od dłuższego czasu egzekucja jednego z radnych. W sam środek tej awantury, z pozycji autorytetu, wszedł nagle profil „Sympatycy Koalicji Obywatelskiej”. Taki szyld to nie przelewki. Przeciętny czytelnik odebrał ten komunikat jasno. Z linczem utożsamia się poważna partia. Tyle że cała ta maskarada bardzo szybko wymknęła się Dobkowskiemu spod kontroli, bo uderzenie przyszło z najmniej spodziewanej strony – od jego własnego środowiska.
Do tablicy wywołał twórcę profilu Leszek Tarasiewicz z zarządu ełckiej KO i zrobił to w sposób niepozostawiający żadnych złudzeń co do tego, z czym mamy do czynienia. Tak w odpowiedzi do radnego Krzysztofa Wilocha napisał:
„Facet wyraża swoje prywatne poglądy (wolno mu, oczywiście) oszukując trochę czytelników nazwą tego profilu i stwarzając wrażenie, że te poglądy są stanowiskiem KO/PO, a NIE SĄ!!! Wierzę […], że nie będziesz utożsamiał wypowiedzi Adama Dobkowskiego ze stanowiskiem poważnej partii…” Krótko, ostro i na temat. Zdemaskowany kierownik delegatury dostał publiczny, polityczny pstryk w nos. Zamiast nabrać wody w usta, urzędnik postanowił pójść w zaparte. W nerwowej odpowiedzi rzucił: „Nie występujemy jako oficjalny organ partii i nigdzie tego nie twierdzimy” , po czym dla odwrócenia uwagi oskarżył Tarasiewicza o to, że broni osoby będącej „źródłem konfliktów w KO”. To klasyczny przykład całkowitego oderwania od rzeczywistości, kreowania na własną rękę polityki, która szkodzi wszystkim dookoła.
Jednak w sieci łatwo być twardzielem tylko do momentu, w którym ktoś nie powie „sprawdzam”. Po tym wizerunkowym laniu Dobkowski nie wytrzymał i zdecydował się na wspomnianą na wstępie ucieczkę. Gdy stary szyld parzył już w ręce, zamienił go na „Forum”. Uzasadnienie tego kroku to prawdziwy majstersztyk urzędniczego cynizmu:
„Czas na nowe otwarcie: Ełk jest ważniejszy niż partyjne szyldy! […] Lokalne sprawy […] wymagają obiektywnego spojrzenia i pełnej niezależności”. Brzmi pięknie, prawda? Szkoda tylko, że ta rzekoma niezależność urodziła się dosłownie w pięć minut, wyłącznie ze strachu przed partyjnymi konsekwencjami. Tego typu uniki to zresztą jego tradycja. Wystarczy wspomnieć casus Jacka Czyżyka, który w pewnym momencie również postanowił schować głowę w piasek i ukryć się pod anonimową nazwą „Druga Strona Medalu”. Cały ten proceder opiera się na jednym, powtarzalnym i bardzo tchórzliwym mechanizmie.
Atakowanie pod własnym imieniem i nazwiskiem wymaga odpowiedzialności, szczególnie jeżeli ktoś chce publicznie kreować opinię. Biorąc odpowiedzialność za słowa, ryzykujesz twarzą. Jeśli jednak naciągniesz na siebie pelerynę-niewidkę liczby mnogiej, staniesz się „Forum”, „Stroną” albo „Sympatykami”, wydaje ci się, że stajesz się nietykalny, a dodatkowo sztucznie pompujesz własne znaczenie. Przestajesz być samotnym strzelcem, a zaczynasz udawać vox populi.
Problem polega na tym, że prawo w Polsce nie jest tak naiwne jak ustawienia na Facebooku. Domorośli przedstawiciele vox populi zapominają, że regularne publikowanie tekstów, uderzanie w samorządowców i kształtowanie lokalnej opinii publicznej z automatu podpada pod twarde zapisy Prawa prasowego. Polskie sądy niejednokrotnie orzekały, że takie strony czy profile będą uznawane za tytuły prasowe.
A to zmienia wszystko. Zmiana nazwy profilu nie wymazuje historii, logów ani odpowiedzialności. Jeżeli Dobkowski czy Czyżyk myślą, że chowanie się za wymyślonymi nazwami zwalnia ich z odpowiedzialności, to grają w rosyjską ruletkę. Prawo prasowe nakłada obowiązek publikacji sprostowań i daje podstawy do gigantycznych roszczeń finansowych w procesach cywilnych. A na deser zostaje Kodeks karny i jego art. 212 o zniesławieniu, z którego można dostać nie tylko grzywnę, ale i rok pozbawienia wolności.
Ukrywanie się pod nowym szyldem, kiedy grunt pali się pod nogami, to akt politycznego tchórzostwa. Ełk jest zbyt małym miastem, żeby nikt nie wiedział, kto dokładnie siedzi po drugiej stronie klawiatury. Otrzepywanie rąk i udawanie, że „to nie ja, to obiektywne Forum”, nie jest żadną tarczą. To po prostu dowód na to, że kiedy do drzwi puka odpowiedzialność, w tym odpowiedzialność karna, cała odwaga dzisiejszych ełckich dyskutantów znika bez śladu.
KOMENTARZ OD REDAKCJI:
Anonimowy profil „Druga Strona Medalu” nader chętnie kreuje się na lokalnego opiniotwórcę. Rzuca z ukrycia oskarżenia, zadaje pytania i głośno oburza się, gdy nikt nie kwapi się z odpowiedzią. Skoro jednak tak bardzo zależy wam na rzekomo „otwartym dialogu”, to zapytam wprost Adama Dobkowskiego. Dlaczego, kiedy wysłałam do Pana prywatną wiadomość z informacją, że doskonale wiem, iż to Pan z tylnego siedzenia pociąga za sznurki na profilu przypisywanym Jackowi Czyżykowi, nagle zapadła grobowa cisza? Gdzie wyparowała ta wirtualna odwaga? Nagle zabrakło rezonu, by stanąć z otwartą przyłbicą?
Męskiej odpowiedzi nie było, za to zaledwie dwa dni po mojej wiadomości zarządzany przez Pana profil/Jacek Czyżyk/ zmienił nazwę na Druga Strona Medalu. Przypadek? Nie sądzę. To kliniczny dowód strachu i tchórzliwa ewakuacja z tonącego okrętu.
Drodzy panowie, jeśli zza wirtualnego krzaka kreujecie się na opiniotwórcze medium i niezależne forum, to mam dla was fatalną wiadomość. Prawo prasowe was dotyczy i uderzy w was z całą mocą. Bycie quasi-redakcją to nie tylko przywilej bezkarnego obrzucania błotem.
Sąd Najwyższy już dawno rozjechał tego typu żałosne internetowe wymówki potężnym walcem. W fundamentalnym postanowieniu z 26 lipca 2007 r. (sygn. akt IV KK 174/07) oraz wyroku z 15 grudnia 2010 r. (sygn. akt III KK 250/10) orzeczono kategorycznie: definicja prasy absolutnie nie zależy od nośnika. Internet to dla sądu po prostu „wirtualny papier”. Polskie sądy i doktryna prawna stoją na twardym stanowisku, że o statusie prasy decyduje charakter i cel waszych publikacji, a nie to, gdzie klikacie „Opublikuj”. Facebook to tylko platforma i w żadnym wypadku nie jest on tarczą chroniącą przed polskim wymiarem sprawiedliwości.
Złudzenie anonimowości właśnie prysło.
Więcej
© Wszystkie prawa zastrzeżone 2025
Czytaj cały artykuł u źródła — Miasto-gazeta.pl – Ełcki portal informacyjny
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.