
Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża . Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.
Jarosław Dudała: Doktorat Karola Wojtyły poświęcony był kwestii wiary u św. Jana od Krzyża. Jak bardzo ważne jest to zagadnienie?
O. prof. Marian Zawada OCD: Ono jest kluczowe dla Jana od Krzyża i w ogóle dla życia duchowego. Interesujące jest już samo to, jak Jan rozumie wiarę, ponieważ mamy tu kilka punktów widzenia. Po pierwsze, wiara to są nasze przekonania, nasze poglądy.
To jest typowe podejście. Możliwe jest inne?
Dla Jana od Krzyża wiara jest przede wszystkim czymś, co przychodzi do nas z góry, od Boga. To jest Boży dar. To jest misterium Boga: Bóg żywy, życie Boga. Kluczem są tu słowa Biblii: „Kto wierzy, ten ma życie wieczne”.
Z drugiej strony, wiara to także narzędzie poznania. Bóg w chrzcie świętym daje nam wiarę, ale w zarodku. Dlatego jednocześnie wyposaża nas w zdolność wchodzenia w Jego tajemnice. Wiara jest więc przede wszystkim boskim poznaniem, strumieniem nadprzyrodzonej prawdy, nadprzyrodzonym światłem. Jan od Krzyża mówi, że Bóg udziela się rozumowi – i to właśnie jest wiara.
Jak ją przyjąć?
Trzeba przyznać, że wiara to strumień światła, który nieskończenie przewyższa możliwości asymilacji przez nasz umysł. Jest to strumień żywej wiedzy, świętej wiedzy wolnej od doczesnych komponentów. My tymczasem jesteśmy „z pogranicza”: z jednej strony jest duch i duchowość; z drugiej – nasza biologia, materia, cielesność. Bóg więc przychodzi od strony ducha jako Prawda – Prawda nadprzyrodzona, na którą człowiek się otwiera, przyjmuje ją. Ta prawda w nim pracuje i go przemienia.
Jan od Krzyża mówi o „przepaściach wiary”. Mówi, że być wierzącym to znaczy być człowiekiem, który skacze w przepaść. Co to znaczy?
To znaczy, że trzeba porzucić wszystko, co człowiek zna, co mu daje poczucie bezpieczeństwa, co uważa za swoje: swój sposób rozumienia siebie, świata, Boga. Bo Bóg jest niepodobny do tego, co znamy, czego pragniemy i co sobie wyobrażamy. To jest podstawowy klucz: wiara przynosi nam nowy typ światła ujawniającego, kim jest Bóg, co do Niego należy, co jest Jego życiem i co jest do Niego podobne. To ważne, bo rzeczywistość – zwłaszcza kultura, w której żyjemy – często jest niepodobna do Boga. Nie chodzi tylko o tę kulturę, która ostentacyjnie odrzuca Boga. Chodzi w ogóle o to wszystko, co znamy, co jest dla nas dostępne, ale nie „mówi” nam o Bogu.
Św. Paweł mówi, że wiara zwycięża świat. Na czym polega to zwycięstwo?
Na tym, że Bóg – dając nam wiarę jako rodzaj poznania – naświetla to, co jest z Niego i co jest do Niego podobne oraz pokazuje, co jest do Niego niepodobne. To jest moment swoistego uderzenia: człowiek w świetle wiary widzi, jak wiele jest w nim złogów kłamstwa, niepodobieństwa do Boga. To może powodować wielki kryzys, bo my na ogół dbamy o dobre mniemanie o sobie, pocieszamy się, że jesteśmy w miarę wierzący, modlimy się, chodzimy do kościoła… Aż tu nagle Bóg daje nam światło, które umożliwia nam zupełnie inne patrzenie na świat. Zaczynamy dostrzegać zupełnie inne wartości. Inaczej rozumiemy Boga. To jest zwycięstwo wiary nad światem, bo – jak mówi Jan od Krzyża – tylko ona może być środkiem do poznania Boga i do bezpośredniego zjednoczenia z Nim.
W takim rozumieniu wiara nie jest ograniczeniem czy wręcz wyłączeniem rozumu, ale rozszerzeniem jego możliwości?
Tak, ponieważ wiedza Boga przekracza nasze zdolności. Zarazem w wierze mamy do czynienia z nadmiarem światła, z nadmiarem bitów, z nadmiarem dawki poznawczej. Rozsadza to nasze myślenie. Dlatego idziemy do Boga niejako oślepieni.
To jest ta słynna noc ciemna, o której tyle pisze św. Jan od Krzyża?
Tak. W kolejnej rozmowie pomówimy o tym szerzej, ale już dziś można powiedzieć, że noc ciemna polega na tym, że człowiek przechodzi przez rozpacz, śmierć, rozpad własnego życia. Bóg wypala je ogniem kontemplacji. To nie jest tzw. kontemplacja naturalna, podczas której rozczulamy się, zachwycamy, czujemy jakąś emocjonalną zwyżkę, czujemy się porwani w jakiś wyższy wymiar egzystencji. Ta kontemplacja to konkretna miłość Boga, bardzo wymagająca. To poznanie, które człowieka przepala jak ogień. Jest to ogromne cierpienie, ból ducha, którego nie da się nawet określić. Człowiek nie znajduje słów, żeby go opisać. Jest zagubiony wewnętrznie, bo znany mu „normalny” świat jakby znika. Idzie odtąd przez ciemność, niepewność. W tym momencie wszystko polega na ufności.
Takiej, jaką miał biblijny Abraham?
To dobry przykład, bo Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
Paradoks…
Paradoks uruchamiający rzeczy niemożliwe. To już nie jest zaufanie oznaczające wiarę, że Bóg mnie chroni, życzy mi dobrze, więc będę miał szczęście, coś mi się uda. W takim momencie chodzi o to, by wytrzymać napór zakwestionowanej obietnicy. Człowiekowi rozlatuje się wtedy całe życie: całe jego wnętrze, wszystko, co w życiu zdobył, cała jego wiedza, sposób miłowania człowieka, świata, Boga. To jest mu jakby odbierane, wypalane.
I co dalej?
Bóg stopniowo, etapami wprowadza go w swój sposób miłowania. Człowiek zaczyna funkcjonować na zupełnie nowym poziomie duchowym. Idzie w ciemności, ufając, że jest ona wypełniona Bogiem. Dociera do stanu duchowego, który staje się coraz bardziej wypełniony dobrem, szczęściem, smakiem Boga. Traci wtedy smaki naturalne – to, co lubi, czego chce, czego pragnie – a uczy się smakowania Boga, uczuć duchowych związanych z tajemnicami naszego Pana, z Eucharystią, z modlitwą, z miłością. Bo wiara jest ponad zmysłami – ponad tym i poza tym, co odczuwalne. Człowiek czuje się wtedy zagubiony, a jednocześnie cały coraz bardziej staje się miłosną uwagą. Dotąd był bardzo sensoryczny i dlatego żył w rozproszeniu albo przebodźcowaniu. Teraz oddala się od zmysłów i idzie w stronę ducha. Jego istnienie jest bardziej subtelne, już nie psychologiczne, ale czysto duchowe.
To moment, w którym człowiek obcuje z Prawdą. Ona go wypełnia. Wyzwala nową zdolność bycia. Boża Prawda przekracza oczywiście możliwości ludzkiego rozumu, dlatego istotą takiej postawy, jest – jak mówi Jan – przylgnięcie umysłem, sercem i wolą do Miłującego. Jest to zarazem wielka próba ufności. Zazwyczaj człowiek odmawia pacierze, medytuje, chodzi do kościoła, wchodzi w świętą przestrzeń, przeżywa na swój sposób obecność Boga. Czasami mu to wychodzi, czasem nie, bywa rozproszony albo rozdygotany jakimiś emocjami, znudzony, senny albo zmęczony. W łasce nocy ciemnej to przylgnięcie do Boga umysłem, sercem i wolą nie mija, bo to nie jest stan uczuciowy, emocjonalny, ale duchowy.
Objawia się to jakoś na zewnątrz?
Człowiek zmienia swoje usposobienie, nabiera nowych obyczajów. Ale nie chodzi już tylko o to, żeby być porządnym, dobrym, szlachetnym człowiekiem. Świętość polega na tym, że potrafimy we właściwy sposób odpowiedzieć na obecność Boga, na Jego działanie. Człowiek uczy się pokornie trwać w potędze i majestacie Boga. Często widzi swoją nieudolność. Najczęściej ma poczucie, że jest totalnym grzesznikiem, a nawet „zbrodniarzem” duchowym. Ale jego wiara nadal jest bezwarunkowym otwarciem się na udzielanie się Boga. To go przemienia, odbudowuje jego ducha na nowych, Boskich podstawach.
Jak najkrócej zdefiniować wiarę w rozumieniu św. Jana od Krzyża?
Wiara jest bezpośrednim narzędziem zjednoczenia z Bogiem. Inne jej cele są nieistotne.
Wiara jest też bezpośrednim, pozapojęciowym sposobem ujmowania Boga.
Jak poznać, że idzie się drogą autentycznej wiary? Że nie jest to tylko jakaś emocja, myślenie życzeniowe, złudzenie albo inny rodzaj (samo)oszukiwania?
To może się zdarzyć, ale warto się zabezpieczyć przed takimi zjawiskami.
Jak?
Powierzyć się Bogu wewnętrznym aktem. Może to być także akt zewnętrzny, np. konsekracja zakonna. A potem iść drogą prawdy, czyli pokory, a więc uległości i odnalezienia właściwego miejsca dla siebie danego przez Boga w wierze. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie. Rozumieć, po co otrzymał od Boga życie. Rozumieć, czego Bóg od niego chce. I zaczyna nad tym pracować.
Co to znaczy: pracować nad tym?
Jeżeli człowiek rozeznaje, że Bóg czegoś od niego chce albo coś jest wolą Bożą, to podejmuje to, chociażby to było trudne. Praca ta oznacza więc przede wszystkim wierność Bogu. Człowiek nie kombinuje, co mu się bardziej opłaca, jakie będzie miał z tego korzyści. Jest coraz bardziej czuły na duchowe natchnienia Boga. Chce wiedzieć, czego Bóg od niego chce na co dzień, w konkretnych rzeczach. I w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co ma robić, bo przecież wiemy dobrze, jakie są nasze obowiązki życiowe. Tu bardziej chodzi o jakość, o to, ile w wypełnianiu zwykłych obowiązków jest miłości do człowieka, do Boga.
Jaki jest cel efekt tego procesu, cel wiary?
Zjednoczenie dwóch kompletnie różnych natur: nieskończonej i niestworzonej natury Boskiej i ograniczonej natury człowieka. To jest całkowite przeobrażenie człowieka w Boga w miłości danej przez Niego.
Jarosław Dudała Dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.
Czytaj cały artykuł u źródła — Gość Niedzielny – edycja sandomierska