
Najpierw są Kresy, potem powojenna Nysa, siatkarskie boiska i w końcu Racibórz, który staje się jego domem. Władysław Dereń nie lubi opowiadać o sukcesach. Znacznie chętniej wspomina ludzi, których spotyka na swojej drodze. I to właśnie z tych spotkań rodzi się historia sportowca, rafakowca i człowieka, który całe życie stara się nikogo nie zawieść.
Historia Fabryki Kotłów Rafako cz. XIII
Wiesz coś więcej na ten temat?
Napisz do nas
Czy są tu jacyś siatkarze?
Pan Władysław pochodzi z Kresów, z miejscowości Kozowa koło Tarnopola. Na Ziemie Odzyskane przyjeżdża z rodzicami Anną i Władysławem Dereniami jako roczne dziecko w 1946 roku. Młodsze rodzeństwo: Kazimierz i Teresa przychodzą na świat już w Nysie, gdzie rodzina przeprowadza się ze wsi Koperniki.
Jego przygoda ze sportem zaczyna się od piłki nożnej, ale w Liceum Ogólnokształcącym w Nysie trafia na wuefistę Jana Pudo, fanatyka siatkówki, który swoją miłość do tego sportu potrafi zaszczepić uczniom. Nauczyciel od razu widzi, że młody Dereń ma talent, którego nie można zmarnować. Idzie mu tak dobrze, że dostaje się do Zakładowego Klubu Sportowego Stal Nysa, gdy ten robił Mistrzostwo Polski juniorów. Nic więc dziwnego, że pierwszą pracę podejmuje w Zakładach Urządzeń Przemysłowych w Nysie, przy których funkcjonuje klub.
W 1964 roku przychodzi powołanie do wojska i pan Władysław trafia do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego do Poznania. - Podczas obozu w Obornikach Wielkopolskich przyjeżdża porucznik i pyta czy są wśród nas jacyś siatkarze. Zgłaszam się ale tego dnia nic się nie dzieje, więc kładę się spać i zapominam o sprawie. Budzi mnie w nocy i jedziemy w deszczu do Poznania na jego motorze. Okazuje się że odbywają się tam mistrzostwa jednostek wojskowych i brakuje im do składu jednego zawodnika. Po śniadaniu sprawdzają jak gram, a ja jestem głodny piłki więc pokazuje co potrafię. Po południu rozgrywam mecz i wszystko mi wychodzi. Dowódca pułku jest fanatykiem siatkówki. Pamiętam, przychodzi do szatni wita się ze mną, podaje rękę a ja jeszcze wtedy nie umiem oddawać honorów, ani meldować, ale jedno wiem: właśnie kończy się dla mnie wojsko. Zaczynam grać w Olimpii Poznań - relacjonuje pan Dereń po latach.
Po powrocie do Nysy nadal gra w Stali, która jest w III Lidze, a po treningach jeździ do swojej dziewczyny, która mieszka pod Głubczycami. Trenerem drużyny od 1966 roku jest Zygmunt Krzyżanowski, jeden z najważniejszych twórców sukcesów reprezentacji Polski w siatkówce kobiet, w tym zdobywczyń wicemistrzostwa Europy. Pan Władysław niezwykle ceni swojego szkoleniowca, ale problem polega na tym, że treningi odbywają się o 19.00 albo 20.00, a w Zakładach Urządzeń Przemysłowych nikt nie ułatwia życia sportowcom i mimo próśb, pan Dereń wciąż dostaje nocne zmiany. Wszystko się zmienia, gdy do Nysy zostaje oddelegowany ze Stali Racibórz Adam Chudziński. - Znamy się, bo to mój kolega z Technikum Mechanicznego w Nysie. On mówi, słuchaj, jak masz dziewczynę, to przychodź do Rafako. Wtedy obowiązuje taki przepis, że jeśli się zmienia stan cywilny, to macierzysty klub musi dać pozwolenie na przejście do innego klubu - tłumaczy pan Dereń. 29 kwietnia 1967 roku Wanda i Władysław biorą więc ślub i planują swoją przyszłość w Raciborzu.
Z hali fabrycznej do hali sportowej
8 marca 1967 roku Władysław Dereń zostaje zatrudniony na wydziale kotlarskim Rafako. - Do dzisiaj nie lubię Dnia Kobiet, bo to nie jest dobry czas na rozpoczynanie pracy. Gdziekolwiek się pojawiam, żeby cokolwiek załatwić, to wchodzę w sam środek imprezy. Zastawione stoły, rozbawione towarzystwo i ja jak ten intruz - wspomina ze śmiechem pan Władysław, który w oczekiwaniu na obiecane mieszkanie zajmuje pokój w Hotelu Robotniczym przy ul. Bukowej.
Najpierw pracuje jako ślusarz, potem w rozdzielni, gdzie przygotowuje dokumentację produkcji. Jego kierownikiem jest inżynier Czesław Bujan. - Jedno z największych zleceń, jakie wtedy prowadzę to prace nad walczakiem, którego wytrzymałość sprawdzamy w specjalnych próbach wodnych. Stawiamy go potem przed główną siedzibą firmy jako symbol wyrobów, z których słyniemy - mówi pan Dereń.
Na początku lat 70. zostaje kierownikiem magazynu blach, a po roku Władysław Tarasek przenosi go do działu gospodarki materiałowej, gdzie ma zostać jednym z czterech kierowników. Ten dział zajmuje się sprawozdawczością, sprowadzaniem i upłynnianiem materiałów. Pan Władysław pamięta jak podczas stanu wojennego wszyscy kierownicy muszą brać nocne dyżury i gdy w latach 80. powstaje Kombinat. Jego zadaniem jest wtedy zbieranie danych ze wszystkich należących do niego zakładów i wykonywanie zbiorczych sprawozdań zużycia. To trudna praca, ale dyrekcja jest z niego zadowolona, bo zostaje kierownikiem całego zespołu magazynów. I wtedy zdarza się najbardziej przykry moment w całej karierze zawodowej pana Derenia, bo w magazynie wysokiego składowania ginie 22-letni pracownik. - Pamiętam ten dzień dokładnie, bo jestem wtedy na naradzie dyrektorskiej i nagle ktoś wpada i mnie stamtąd wyciąga. A potem są bezsenne noce, ogromny stres i choć wypadki przy pracy się zdarzają to z ulgą przechodzę do magazynu rur, gdzie jest dużo spokojniej - mówi pan Dereń.
Z Rafo jest też związana jego żona Wanda. Pracuje w wyświetlarni Biura Konstrukcyjnego, a potem, aż do emerytury, na wydziale mechanicznym. - Niczego od rodziców nie dostałem. Wszystko co mam, zawdzięczam własnej pracy. Przez wiele lat spotykając się z ludźmi na różnych naradach zawsze słyszę pod adresem Rafako słowa podziwu. U nas jest największy postęp i ten zakład wszyscy znają. Cieszę się, że przez 40 lat jestem tego częścią - podsumowuje Władysław Dereń.
Gdy każdy dzień wyznacza praca i sport
Sekcja siatkówki, do której trafia zaraz po przeprowadzce do Raciborza Władysław Dereń, zostaje powołana w 1954 roku, ale jej zawodnicy nie uczestniczą w żadnych rozgrywkach mistrzowskich tylko reprezentują fabrykę na spartakiadach i międzynarodowych zawodach zakładowych. Drużyna jest w tym czasie bardziej sekcją TKKF-u niż klubu. Dopiero w 1962 roku dzięki zabiegom Władysława Rusina działacze zgłaszają ją do rozgrywek w klasie A. Już w pierwszym roku zawodnicy zdobywają mistrzostwo i awans do ligi okręgowej. Ponieważ zespół jest zbyt słaby by stawić czoło najlepszym drużynom okręgówki, działacze doprowadzają do fuzji z miejscowym AZS-em, grającym tak jak Stal w A klasie. Wzmocniona drużyna Stali przystępuje do rozgrywek w sezonie 1963/64 i przez dwa sezony walczy o utrzymanie się w lidze. Dopiero w trzecim sezonie, wzmocniona kilkoma zawodnikami, w tym Henrykiem Wypiórem (byłym zawodnikiem katowickiego Baildonu) zaczyna osiągać wyższe pozycje w tabeli by w kolejnych sezonach stać się czołowym zespołem województwa opolskiego.
W 1967 roku z do drużynę zasila Władysław Dereń. - Trenujemy w sali gimnastycznej Technikum Budowlanego, bo wtedy jeszcze hali sportowej nie ma. Trenerem jest Adam Chudziński, który mnie do Raciborza ściąga. W drużynie oprócz mnie gra wtedy Wojciech Kawalec, Mieczysław Zobek, Józef Kuźmiński i Franek Witkowski. Oni wszyscy są po raciborskim SN-ie. Potem przychodzi Mieczysław Skorupa, który jest absolwentem Politechniki Gdańskiej i zostaje po Adamie Chudzińskim naszym trenerem - tłumaczy pan Władysław.
W latach 80. pan Dereń zaczyna trenować siatkarzy juniorów. - Mam bardzo dobrą klasę z Technikum Mechanicznego w Raciborzu. Fajne chłopaki. Zdobywam z nimi Mistrza Powiatu Raciborskiego, a w finałach wojewódzkich w Opolu zajmujemy trzecie miejsce. Praca z młodzieżą jest dla mnie wielką satysfakcją. Jest wśród nich Janusz Piszek, który studiuje potem w Wojskowej Akademii Technicznej ale po powrocie jeszcze gra i Jan Nowakowski. Jestem jeszcze wtedy zawodnikiem i przygotowuję też milicjantów do mistrzostw województwa katowickiego. Oni się dziwią jak moja żona to wytrzymuje, bo o 6.00 zaczynam pracę, o 16.00 trenuję juniorów, dwie godziny później mam trening ze swoją drużyną siatkarzy, a o 20.00 trenuję milicjantów. Jak wracam do domu o 23.00 to już mi się nic nie chce. Mówię o sobie, że ze mnie jest chłop małorolny, bo duży chłop ale pełniący małą rolę - wspomina ze śmiechem pan Władysław.
Kiedy Stal awansuje do II ligi działacze klubu zaczynają ściągać zawodników z Katowic. Przychodzi trzech nowych siatkarzy, którzy chcą się skupić na karierze sportowej i oczekują, że reszta też zrezygnuje z pracy zawodowej. - Mówię im, słuchajcie, ja mam rodzinę, dwójkę dzieci i pracy nie porzucę. Jeżeli będziecie trenować rano, a mnie załatwią zwolnienie, to przyjdę na trening i z powrotem wrócę do zakładu. Okazuje się że tylko ja tak myślę, więc musimy się rozstać - tłumaczy pan Władysław, który za namową Zbigniewa Hryckiewicza jeszcze przez pewien czas kieruje sekcją piłki nożnej, ale potem już do sportu nie wraca. Ma wreszcie czas dla rodziny i stara się go spożytkować jak najlepiej potrafi. - Wie Pani, jest taka sentencja, że życie rodziców to księga, którą dzieci czytają. I my z żoną całe życie staraliśmy się napisać mądrą książkę. Mam nadzieję, że nam się udało - podsumowuje Władysław Dereń.
Katarzyna Gruchot
Autorka tekstu prosi osoby, które chcą się podzielić swoimi wspomnieniami z pracy w fabryce w czasach PRL-u o kontakt mejlowy: [email protected]