![„Dzisiaj” przeminie, a „wczoraj” utonie we mgle [FELIETON]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn2.nowiny.pl%2Fim%2Fv1%2Fnews-900-widen-wm%2F2026%2F07%2F07%2F249740_1783411033_55827600.webp&w=1920&q=75)
„Trzy pogrzeby i spektakl” – tak, parafrazując tytuł znanego filmu w reżyserii Mike’a Newella, mogłabym podsumować ostatnie dwa miesiące mojego życia. W tym okresie zmarły bowiem trzy bliskie mi osoby i wystawiłam na scenie autorską sztukę teatralną. Dlatego aktualnie moją uwagę zajmują tematy upływającego czasu i... mgły, która go spowija. Myślę sobie mianowicie, że przyszłość jest niczym film – możemy jej się bać lub nie móc się doczekać, ale zachowujemy do niej dystans jak do fikcji, którą oglądamy na szklanym ekranie. Z tej pozycji jeszcze można zmienić kanał i obejrzeć coś innego.
Wiesz coś więcej na ten temat?
Napisz do nas
„Dzisiaj” przeminie, a „wczoraj” utonie we mgle [FELIETON]
Potem nadchodzi teraźniejszość, której trzeba stawić czoła, bez względu na to, czy jest to coś dobrego, czy złego. Nie da się od niej uciec do przyszłości ani wrócić do przeszłości. Jednak „teraz” nie zatrzymuje się na zawsze, w końcu przemija, zostawiając po sobie mgliste wspomnienie minionych dni niczym wakacyjny kochanek. Stopniowo słabnie i ekscytacja, i ból.
W samotności słowa natarczywie brzęczą
Życie to kino akcji, w którym wszyscy gramy główne role. Gdy kariera nam się rozwija, dom pełen jest kochających i kochanych ludzi, a światła reflektorów skierowane są wprost na nas, to tak jakby być w oku kamery, za którą stoi sam Bóg. W tej części filmu możemy wszystko – wspiąć się na szczyt góry, przebiec maraton, zrealizować inne najbardziej wymagające projekty, ograć wrogów i mieć poczucie, że jesteśmy niepokonani. W którymś momencie jednak kariera mija, ludzie odchodzą – zresztą nie tylko ludzie, ukochane zwierzęta też – a niektórzy bez powrotu. I nagle zostajemy sami, poza zasięgiem oka, które tak błyszczało.
W tym miejscu jest już tylko cisza i pustka. A co z uczuciem niepokonania? Odchodzi tam, gdzie reszta tego, co czyniło z nas zwycięzców.
Spoglądam na swoje życie i drżę, że jeśli długo pożyję, to przyjdzie taki moment, gdy będę używała czasu przeszłego w odniesieniu do tego, co jest teraz, mówiąc: byłam, miałam, robiłam... Słowa towarzyszą samotności. I choćby bardzo chcieć się ich pozbyć z głowy, w ciszy będą brzęczeć nad uchem natarczywie jak komary. Myślę więc o tym, jak trudna może być teraźniejszość.
Wyjdź z domu, a spotkasz swoje nowe plemię
Samotność bywa pojęciem abstrakcyjnym dla kogoś, kto jej nie doświadczył. Możemy się domyślać, czym jest, albo intuicja nam to podpowiada, ale tak naprawdę termin ów definiuje życie każdego z nas. Gdy zostajemy sami, podświadomie wiemy, że kontaktów z drugim człowiekiem nie zastąpią żadne pasje uprawiane w samotności, dlatego w którymś momencie dobrze jest zacząć budować swoje nowe plemię. Prawdopodobnie będzie ono oparte na innych zasadach i relacjach, ale jeśli nie wyjdziemy znów „do ludzi”, ból nie ulotni się razem z mgłą jak ukochany jednej z bohaterek mojej sztuki zatytułowanej „Mglisty skarb Tutanchamona”, którą 11 czerwca wystawiliśmy z Amatorskim Teatrem Dorosłych „Apteczka” na scenie Kina Na Starówce. Cztery kąty są bezpieczne, ale przecież to nie one tworzą dom, lecz ludzie – i tu wyłania się paradoks: żeby znaleźć dom, trzeba z niego wyjść.
Nowe gniazdo może nie przypominać już tego, do którego przywykliśmy, ale, jak wiadomo, wszystko podlega zmianom, warto więc zaryzykować. Ludzi, którzy mówią tym samym językiem, można spotkać w domach kultury, bibliotekach, muzeach, kościołach (na szczęście w Żorach funkcjonują wszystkie te miejsca). Czasem wystarczy zapukać do drzwi, by świat znów nabrał barw. Każda zmiana zaczyna się od podjęcia decyzji, choć to bywa właśnie najtrudniejsze.
Rozdrapywanie ran szkodzi
W samotności przypominamy sobie fragmenty rozmów bez dodatkowych filtrów. Wspomnienia po prostu nasuwają się same – raz dobre, raz złe. Wtedy rodzi się myśl: „Po co mi było to całe przejmowanie się tym, co ktoś o mnie powiedział?”. Danej osoby już nie ma w naszym życiu, a wypowiedziane przez nią zdania i emocje z nimi związane wbiły się w pamięć jak igła z tuszem w skórę. Szkoda czasu na rozdrapywanie ran – ta prawda dociera do nas czasem zbyt późno.
Słowa uderzają, gdy się tego nie spodziewamy. Ktoś rzuca nimi w naszym kierunku, a potem odchodzi i zapomina o sprawie, ale jego opinie wczepiają się w ciało jak kleszcze i wypijają krew. W chwilach zwątpienia odtwarzamy to, co do nas powiedziano, pamiętając szczególnie te momenty, w których poczuliśmy się dotknięci, zawstydzeni, w których nie umieliśmy jeszcze radzić sobie z krytyką. Mózg zapewne broni się w ten sposób, by nie popełnić kolejnego błędu, ale w jego karcie pamięci lepiej przechowywać dobre i wspierające wypowiedzi, niż te, które wywołały w nas poczucie wstydu lub bólu.
Złe doświadczenia zostawmy w przeszłości
Ostatnio obrzucił mnie obelgami wędkarz, któremu przeszłam przed nosem, przerywając tym samym niewidzialną linię łączącą jego oko z punktem na wodzie. Przeprosiłam mężczyznę, że tak bezczelnie, aczkolwiek niezamierzenie, zaburzyłam mu proces skupienia, i poszłam dalej, nie pozwalając, by jego frustracje przyczepiły się do mnie. Pomyślałam: „To już za mną, zostawiam te bluzgi tam, skąd wyszły – żegnam się z państwem”. Do domu przyniosłam tylko kojący widok zieleni i stawu, po którym beztrosko pływały kaczuszki. Uważam bowiem, że psychika jest jak pole uprawne i w związku z tym należy oddzielać ziarno od plew – zbierać i przechowywać wspomnienia dobre, a złe wyrzucać z pamięci. I jeśli czasem zaatakują mnie dawno przeżyte, nieprzyjemne sytuacje, myślę sobie: To już było – zdarzyło się „wczoraj” i niech tam zostanie. To, co minęło, tak naprawdę nie ma znaczenia, o ile nie wpłynęło na mój światopogląd.
W tej grze zwycięstwo nie przynosi szczęścia
Ciągle na coś czekamy: na wyniki konkursu, egzaminu lub badań, na diagnozę, wakacje, premierę spektaklu... Niecierpliwość w parze z niepewnością wypełnia dni, po których przychodzi radość lub rozczarowanie. W tych wszystkich uczuciach zanurzamy się jak w rzece. A w międzyczasie spada na nas coś nieoczekiwanego – coś, czego nie życzylibyśmy najgorszemu wrogowi. I nie wiadomo, gdzie się przed tym schować – jak odwrócić proporcje zdarzeń, by zamiast parafrazy „Trzy pogrzeby i spektakl” nasze dni opisywał oryginalny tytuł filmu Newella: „Cztery wesela i pogrzeb”, najlepiej bez pogrzebu. Jednak los, ślepy czy nie, nie pyta o pozwolenie, tylko ustala własny ciąg zdarzeń. I strata staje się częścią naszego życia, jakby trzeba było składać ofiarę za swoją obecność na tym świecie bądź było ono grą, w której zwycięzca wcale nie jest szczęśliwy. O nadciągającej tragedii nie da się przeczytać w gazecie, by zapobiec temu, co ma nastąpić (tak jak w amerykańskim serialu „Zdarzyło się jutro”).
Nowy sens jest w tym, co pomiędzy
Wesela i pogrzeby tworzą ważne punkty na osi czasu człowieka. Aby unieść zarówno chwile radosnej ekscytacji, jak i rozpaczy, ważne jest też to, co pomiędzy. Dlatego warto wybaczać sobie i innym ludziom drobne przewinienia. Nikt przecież nie jest idealny – wszyscy miewamy chwile słabości i nie zawsze panujemy nad emocjami. Zdarza nam się coś „palnąć” bez zastanowienia i wczepić się słowami w czyjąś skórę. Na szczęście można wtedy powiedzieć sobie: „To już było, feralne momenty teraźniejszości trafiły do przeszłości i niech tam zostaną”.
Wydarzenia – dobre czy złe – wszystkie kiedyś wpadną do worka oznaczonego etykietą „wczoraj”. „Dzisiaj” pochłonie mgła i coraz trudniej będzie przypomnieć sobie twarze oraz sytuacje, których już nie ma. Pielęgnujmy więc dobre wspomnienia, pełne wypowiedzianych z życzliwością i miłością słów – one dodadzą siły i chęci do tego, by stworzyć sobie nowe plemię, odzyskując sens życia.