
Olga Drenda, która napisała książkę pt. „Non stop kino” była gościem na spotkaniu autorskim w raciborskim Kinie Bałtyk. Książka traktuje o wszystkich kinach należących do Instytucji Filmowej Silesia Film, która zarządza „Bałtykiem”.
Wiesz coś więcej na ten temat?
Napisz do nas
Bardzo mi zaimponowało to, jak absolutnie niezłomne jest kino Bałtyk i że nie daje się żadnym przeciwnościom losu ani transformacji ustrojowej, ani powodzi. Bardzo go za to podziwiam. Kino Bałtyk to było jedno z dwóch kin, którego nie odwiedzałam regularnie w moim życiu. Książka „Non stop Kino”, do której stworzenia zostałam zaproszona przez Instytucję Filmową Silesia Film, powstała też dlatego, że pochodzę z tego regionu, jestem Mikołowianką, a mieszkałam bardzo długo w Katowicach. Po prostu regularnie przez wiele lat chodziłam i nadal chodzę do przynajmniej trzech z pięciu kin, o których jest mowa w książce. Akurat w tym przypadku chodzi o te kina katowickie: Światowid, Kosmos, Rialto.
Zgadza się. Światowid to jest też kino, które słynęło z bardzo pomysłowych, nieoczekiwanych premier i jest o tym napisane w książce z perspektywy pracowników tego kina i dawnych pracowników oraz regularnych widzów. To było i nadal jest takie miejsce. Różnica z Raciborzem jest taka, że raciborski „Bałtyk” ma taki pewien luksus, ale też wyzwanie bycia po prostu kinem. Kina katowickie muszą wzbogacać repertuar o wydarzenia dodatkowe, dlatego że tam konkurencja jest duża. Oprócz tych trzech kin są też przecież multipleksy, są kina letnie, różnego rodzaju pomysły, więc tam po prostu trzeba w jakiś sposób zwracać na siebie uwagę widza. Natomiast Bałtyk jest takim kinem domyślnym dla Raciborzan.
Jego dokument został zrealizowany z okazji cyfryzacji kina, prawda? Czyli kolejnego takiego przełomu technologicznego w dziejach placówki. Było to dla mnie na pewno bardzo ważne źródło przy pracy. Po prostu zanim mogłam porozmawiać osobiście, przyjechać na miejsce i porozmawiać z ludźmi zaangażowanymi w funkcjonowanie kina Bałtyk. Pojawiają się tam rozmówcy, z którymi już nie ma możliwości porozmawiać. Na przykład pan Paweł Newerla, który miał niesamowitą pamięć i wiedzę jeśli chodzi o historię Raciborza.
Wiem, że nawet była tutaj sala telewizyjna, ponieważ to było takie miejsce spotkań ogólnie. Muszę przyznać jeszcze to, co wyłoniło się ze wszystkich rozmów dotyczących wszystkich kin. Kinooperatorzy to jest najbardziej rozgadana grupa. To jest taki zawód dość samotny. Natomiast jeśli chodzi o dzielenie się anegdotami, taką potrzebę po prostu wygadania się, opowiedzenia tych historii, które się zapamiętało, które się zauważyło, to zdecydowanie jeżeli chodzi o takie różne kategorie rozmówców, kinooperatorzy mówili najwięcej.
O, zdecydowanie to, o czym rozmawialiśmy już wcześniej, czyli po prostu odporność na przeciwności losu i to takie naprawdę bardzo poważne ciosy, dlatego że to kino przetrwało i ten najtrudniejszy okres początku lat 90, kiedy kina miały obowiązek usamodzielnić się, co zakończyło się po prostu końcem działania dla wielu z nich. Natomiast Bałtyk utrzymał się i potem funkcjonował w takiej hybrydowej, trochę osobliwej formie, która właściwie mogła się wydarzyć chyba tylko w Polsce lat 90. To był tak szalony pomysł, bo kino połączono z knajpą i taką salą koncertową, imprezową. Funkcjonowało w ten sposób przez wiele lat. Właśnie jako takie przetrwało też powódź. Ale ciekawe jest to, że właśnie jak ustalił pan Adrian, to był powrót do korzeni w pewnym sensie, dlatego że przecież kino Bałtyk powstało jako kino w restauracji.
Wszystkiego po trochu, bo większość z kin tutaj opisanych, oprócz Kosmosu z Katowic, to wszystkie funkcjonują dłużej niż instytucja która je prowadzi czyli Silesia Film, która ma 80 lat więc jest to całkiem niezły wynik. Natomiast większość kin tutaj o których mowa ma lat ponad 100. Zatem raz że ciągłość działania, dwa że faktycznie też mnie się kręci w głowie filmowa taśma a po trzecie takie non stop kino to było także kino Światowid w latach 60-tych ubiegłego wieku. To znaczy to było kino, które wyświetlało filmy 24 godziny na dobę. Były to filmy polskie. Filmy polskie takie dla młodych ludzi, takie jak na przykład film „Pingwin”, troszeczkę dzisiaj zapomniany, ale bardzo udany, warty przypomnienia. I podobno one gromadziły tak duże tłumy, że sprzedawano bilety nawet na miejsca stojące, więc po prostu o dowolnej godzinie ludzie przychodzili i że było to jakieś absolutne szaleństwo. Było takie zapotrzebowanie po prostu na oglądanie bieżących filmów polskich.
Tak. To jest książka przede wszystkim, o byciu w kinie i byciu na fotelu widza i pracy i zarządzaniu kinem na przykład, więc po prostu z każdej perspektywy i od takiej strony organizacyjnej i od strony bycia po prostu regularnie kimś, kto do tego kina przychodzi i ma związane z nim wspomnienia. Więc zależało mi, żeby jak najwięcej głosu tutaj przekazać ludziom, którzy jak najwięcej po prostu pamiętają, mogą się podzielić różnymi historiami, żeby jak najwięcej było takiej historii mówionej.
Przyznam: pisanie to nie jest przyjemna czynność, moim zdaniem. Nie, nie sprawia mi przyjemności. Natomiast przyjemne jest poszukiwanie informacji, rozmawianie z rozmówcami. To jest duża satysfakcja, więc jakoś to się tam balansuje.
Jak długo trwała praca nad tą książką?
Z przerwami dwa lata. Trzeba było jednak odsiedzieć swoje na przykład w Bibliotece Śląskiej, przeglądać archiwa. Kupiłam sobie dużo książek, które które były potrzebne źródłowo. To było dużo takiej kwerendy historycznej. Ja ją pisałam w takich trudnych dla mnie zdrowotnie i rodzinnie okolicznościach, więc po prostu to nie mogła być praca ciągła. Cieszę się, że mamy happy end.
Czy któreś z kin ma odpowiednik filmu jak pan Szczypiński stworzył w Raciborzu?
Jest dokument o kinie Rialto - Teatr niknących obrazów. Tam można zobaczyć w jaki sposób doszło do rekonstrukcji tej przedwojennej fasady kina. Ogólnie dwa kina mają, ale pozostałe czekają. Krótkometrażowy jest materiał o kinie Janosik, które cały czas szuka dowodu na piśmie innego niż notatka na pocztówce, że jest jednym z najstarszych kin na świecie.
Każde z kin Instytucji Silesia jest inne. Bałtyk na pograniczu, Janosik - taki turystyczny, bo w górskim Żywcu.
Właśnie to jest ciekawe, że mówi pan, że jest dla turystów, ale ono jest też bardzo dla miejscowych, ponieważ ono zostało założone jako marzenie miejscowego przedsiębiorcy pana Kasztelnika i po prostu człowieka, który miał fantazję. On też na przykład umieścił ogłoszenie w krakowskiej prasie, że oferuje nagrodę dla wynalazcy syntetycznego pożywienia, które zakończy głód na świecie. Więc to był taki Edison trochę tamtych czasów na pewno ktoś kto chciałby takim Edisonem być. Zresztą taką nazwę przez pewien czas to kino nosiło, więc po prostu to jest człowiek tam pamiętany, którego rodzina cały czas mieszka bardzo blisko i też w tym kinie bywa i później zarządzane przez przyjaciela tej rodziny i właśnie w tej chwili też bardzo takie powiązane z tą żywieckością, bo to jest taka miejscowość, która na Śląsku nie jest, pomimo tego, że jest w województwie śląskim i że kino jest w Silesii Film, ale bardzo pielęgnuje tą swoją odrębność, pielęgnuje tą swoją tradycję, która nie jest śląska, nie jest góralska, tylko właśnie jest żywiecka i też mówią, że to jest nasze kino
Mikołów jest tak naprawdę przyzwoicie skomunikowany, więc nie ma takiej potrzeby. Sam Mikołów w tej chwili ma kino tylko sezonowo w Domu Kultury, tak jak to się w wielu innych miejscowościach Śląska niestety wydarzyło, ale może doczekamy się kina stałego. Biblioteka jest w tej chwili w dawnej Adrii.
Ja lubię stare polskie filmy po prostu. Tak myślę, że bardzo jeżeli chodzi o taką klasykę polską, chyba jak chodzi o całą historię polskiego kina, no to wydaje mi się, że jeżeli chodzi o klimat, o muzykę, a ja lubię kino gatunkowe też, więc tutaj wszystkie te jakości mieści w sobie taki absolutny klasyk, czyli „Prawo i pięść”.
Świetny film. Z piękną piosenką Edmunda Fettinga. A pamięta pani swój pierwszy film w kinie?
Tak, bo to była, można powiedzieć, że to była prawie zła wróżba, bo to był zły film. To był film „Latające machiny kontra pan samochodzik”, taki już teraz zapomniany. Tak naprawdę no nieudana produkcja mogła zniechęcić, ale godny uwagi ze względu na to, że Krystyna Feldman tam jedzie na deskorolce. Ja jestem ogromną wielbicielką deskorolki, sama jeżdżę i po prostu z tego względu właśnie to jest taki kawałek historii też mojego ulubionego sportu, ale oglądałam go w kinie Bajka w Katowicach Ligocie, która bardzo szybko zmieniło swoje funkcjonowanie na tryb również związany z filmem, ale ja wtedy tam bywałam już częściej, to znaczy w wypożyczalni wideo, która była w przestrzeni kina. Bardzo duża. Ten kinowy charakter po prostu z zasłoniętym ekranem był tam zachowany, ale regularnie jeździłam z moim tatą i wypożyczaliśmy filmy.
Czy coś zobaczyła pani w tych ostatnich tygodniach, co byłoby godne polecenia?
Miałam przyjemność być na dwóch festiwalach, które bardzo mnie ucieszyły. To był Timeless i Millenium Docs, więc odświeżałam sobie trochę starszych filmów właśnie przy okazji Timeless. Często wracam, różne sytuacje mi się kojarzą z takim dość znanym filmem „Wystarczy być”. To była chyba ostatnia rola Petera Sellersa. To jest według Janusza Kosińskiego, podobno modelowany na karierze Nikodema Dyzmy. Wspaniały Sellers, historia taka bardzo na dziś, warta przypomnienia po prostu.
1 komentarz
Komentarz został usunięty z powodu naruszenia regulaminu