
Dodaj komentarz
Tym razem nie o Czystym Powietrzu czy innych zawiłościach związanych z różnego rodzaju programami ekologicznymi oraz dofinansowaniami i konkursami, a o… łowieniu rozmawialiśmy z Robertem Gajdą, zastępcą prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Okazuje się, że jest zapalonym karpiarzem. Spotkaliśmy się z nim na brzegu łowiska Korzecznik (na terenie powiatu kolskiego). – Wędkuję od piątego roku życia, czyli już 45 lat. Chodziłem z tatą nad Wartę, gdzie były moje początki – mówi nam. Teraz specjalizuje się właśnie w łowieniu karpi. Rekord to okaz ważący ponad 32 kilogramy.
Robert Gajda związany jest z naszym regionem. W 2019 roku objął stanowisko prezesa Miejskiego Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Kole, a później został wiceprezesem NFOŚIGW. O jego działalności publicznej wiadomo dużo, jednak nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w wolnym czasie jest zapalonym wędkarzem i może pochwalić się wieloma sukcesami. W tę pasję wciągnął swojego syna.
– Od malutkiego miał zacięcie. Zaczęliśmy razem jeździć na zawody. Odnosiliśmy naprawdę dobre rezultaty. Zdobywaliśmy puchary. Czasami jak inni zawodnicy wiedzieli, że przyjeżdżamy, to już nie chcieli brać udziału. Stwierdziliśmy więc, że musimy przejść na trochę wyższy poziom, czyli spróbować z karpiami – opowiada Robert Gajda. I tak stało się 11 lat temu. Pierwszy raz na łowisku pod Kleczewem, gdzie złowił karpia ważącego 4 kilogramy i był przeszczęśliwy.
– Potem zaczęliśmy uzupełniać sprzęt, bo jest potrzebny zupełnie inny niż ten do normalnego wędkowania. To dużo wytrzymalsze wędki, mocne żyłki. Zestawy, duże haczyki. Gdy łowi się na spławik, to przynęta jest na haczyku, a tu jest poza, więc to jest inny sposób wędkowania – opowiada. Nie ukrywa, że łowienie karpia to wyzwanie, także to finansowe, bo sprzęt jest drogi.
Gdy pojawiliśmy się na łowisku Korzecznik i dotarliśmy do stanowiska, które zajął Robert Gajda, byliśmy pod ważeniem. Wyglądało jak profesjonalne centrum dowodzenia. Od razu rzuciło się nam w oczy kilka profesjonalnych wędek na stojakach.
– Moje kołowrotki to „old schoole”. Są 40-letnie, oryginalne japońskie. Uważam, że nie ma lepszych sprzętów, jak te japońskie, a mam wersję bardzo rzadką do dostania, czyli białą perłę. Jest tylko kilkaset na świecie i mam cztery, więc czuję się, że mam coś wyjątkowego – mówi. – Karp to jest najdroższe wyzwanie. Nie ma co się oszukiwać. To jest wszystko bardzo drogie – przynęty, sprzęt, ale to też uczy pokory. W Bośni mieliśmy na przykład 120 godzin bez brania. Tam właśnie złowiłem wielkiego 32-kilogramowego karpia i potem nas odcięło. Dopiero ostatniej doby połapaliśmy pięknych ryb. Łowienie karpia, jak mieliśmy okazję zobaczyć, to jest cały proces. Tutaj nie tylko idzie się nad zbiornik z wędką, ale z wieloma innymi urządzeniami. Robert Gajda pokazuje nam na przykład, jak dzięki echosondzie poznaje ukształtowanie dna, jaka jest głębokość akwenu w konkretnym miejscu, na ekranie można zobaczyć nawet, gdzie pływają ryby. Cały proces rozpoczyna się od wypłynięcia łódką, by poszukać odpowiedniej miejscówki.
– Największy błąd, jaki robi większość wędkarzy, i sam też go przez długi czas popełniałem, to przyjechanie nad wodę , by jak najszybciej zarzucić wędkę. To się zmieniło. W tej chwili trzeba popływać i znaleźć najlepsze miejsca – mówi Robert Gajda.
Mamy też okazję zobaczyć, jak działa mała łódka zanętowa! Dzięki pilotowi do zdalnego sterowania sama wypływa na zbiornik. Ma specjalny pojemnik, gdzie wrzuca się odpowiednio skomponowaną zanętę. Trzeba wyczuć, na co ryba ma akurat ochotę. – Jak ludzie – czasami masz ochotę na naleśnika a czasami na kurczaka – mówi Robert Gajda. O to nieduże pływające urządzenie zaczepia się także haczyki, które wywozi się na wodę i zostawia w miejscu, które sterujący wskaże.
– W tym roku mam już złowionych 36 karpi. Niektórzy przez całe życie tyle nie złowią. Mi zależało, żeby zobaczyć jak one żerują. Tutaj wszyscy mają prawie te same sprzęty, może trochę innych firm i innej jakości, ale wydawałoby się, że wszyscy mamy te same szanse. Ale okazuje się, że ja łowię, a oni nie. To wynika z doświadczenia! Duże ryby nie wpływają w żerowisko, przyglądają się tym małym, jak żerują. A one pływają sobie po okręgu i się przyglądają. Są sprytne. Ja swoim sprytem muszę je przechytrzyć – mówi Robert Gajda. Dodając, że ma po prostu patent, jak nie tracić ryb. – Ewidentnie nauczyłem się dużo, ale chyba dla mnie największym sukcesem i zadowoleniem jest to, że wciągnąłem w to syna. Ma 25 lat i nadal wędkuje, już teraz niestety rzadziej ze mną, a częściej z kolegami. Jeżeli chodzi o podejście do wody, to cały czas uczę od niego. Ma chłopak niesamowitą intuicję, wiedzę, podziwiam też jego zaangażowanie – mówi Robert Gajda.
Jak na zastępcę prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przystało, zwraca też uwagę na wątek ekologiczny. W trakcie łowienia kieruje się zasadą catch & release, czyli „złów i wypuść”, która stawia na pierwszym miejscu odpowiedzialność wobec przyrody.
– Każda ryba złowiona jest odkażona, przyglądamy się, w jakim ona jest stanie. Czy nie ma żadnych problemów, zadrapań, czy nie jest chora. Jeżeli są choroby, to czekamy na właściciela i wzywany jest biolog. Jesteśmy trochę takimi lekarzami wód – mówi Robert Gajda. – Każdy z nas ma też worki na śmieci, więc absolutnie nie zostawiamy ich nad wodą.
A dlaczego spotykamy się nad zbiornikiem Korzecznik? Jak nam zdradza, ma do tego miejsca sentyment. – Niedaleko, bo dwa kilometry stąd mieszkali moi dziadkowie. My tu więc zawsze chodziliśmy. Tu się też kąpaliśmy, wędkowaliśmy – mówi Robert Gajda, który swoją pasją wspiera również Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Już od kilku lat można wylicytować naukę karpiowania właśnie na zbiorniku Korzecznik. Zwycięzca aukcji spędzi dwie doby na łowisku, skorzysta ze sprzętu i przynęt zapewnionych przez Roberta Gajdę, czyli zapalonego karpiarza. W tym roku padła rekordowa kwota, bo 14.750 złotych. Tegoroczny zwycięzca w lekcji ma wziąć udział jesienią tego roku, może we wrześniu. A jak to wyglądało w poprzednich latach? Wcześniej licytację w większości wygrywali amatorzy tego sportu, ale było też dwóch wędkarzy.
– Jeden mnie posłuchał. Zrobił po mojemu i połowił. Drugi stwierdził, że ma swoje patenty i nie połowił. Wszystko zależy więc od podejścia – dodaje Robert Gajda. Co sądzisz na ten temat?
Źródło: Przegląd Koniński
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.