The article delves into the extraordinary world of Sławomir Krasuski, exploring his unique journey from serendipitous beginnings to becoming associated with or creating 'icons'. It aims to uncover the remarkable aspects of his life and career, showcasing how chance played a role in shaping his significant contributions.
Maluje obrazy, pisze ikony, gra na instrumentach, gotuje i projektuje ogród. Jego prace trafiły nie tylko do różnych zakątków Polski, ale również m.in. do Portugalii, Brazylii czy Francji. Sławomir Krasuski przekonuje, że w życiu wiele może zacząć się od przypadku. Później potrzebne są jednak pasja, cierpliwość i ciężka praca.
Pan Sławomir kończy w tym roku 70 lat. Obecnie mieszka wraz ze swoją partnerką, panią Aldoną, w jednej z miejscowości w gminie Powidz. Jego rodzinnym miastem jest jednak Łódź, gdzie uczęszczał do liceum plastycznego. Od najmłodszych lat miał codzienny kontakt ze sztuką.
– W moim domu rodzinnym muzyka była cały czas, ponieważ mój tata i jego cała rodzina, wszyscy grali na różnych instrumentach. Akordeonów chyba z pięć w domu było. Ojciec grał, jego rodzeństwo również – wszyscy grali. A to na skrzypcach, a to na akordeonie. Mieli jakiś taki dar – wspomina.
W ciągu swojego życia prowadził wiele działalności – od krawiectwa, przez motoryzację, aż po budownictwo.
– Do sztuki wróciłem dopiero, jak wyjechałem z Łodzi. Dwa lata po rozwodzie byłem, zostawiłem wszystko. Tak wyszło, że poznaliśmy się w Łodzi z Aldoną. Przez jakiegoś wspólnego znajomego żeśmy się poznali w kawiarni. Coś zaiskrzyło – mówi nasz bohater.
Po przeprowadzce do Wrześni pan Sławomir wrócił do tworzenia. Początkowo malował obrazy i eksperymentował z różnymi technikami.
Powrót do sztuki
W opowieściach pana Sławomira często powraca jedno słowo – przypadek. Dzięki kolejnym zbiegom okoliczności jego twórczość rozwijała się w coraz to nowych kierunkach.
Jednym z takich „przypadków” była wizyta duszpasterska. – Pewnego dnia dzwonek do drzwi. Otwieram, a tu ksiądz, a za nim ministranci. Po kolędzie przyszli. Głupio nam było zamknąć te drzwi, więc ksiądz wszedł do środka – wspomina Pan Sławek.
Duchowny rozejrzał się po mieszkaniu. Zauważył sztalugę i porozstawiane obrazy. Zaciekawiony zapytał pana Sławomira, czy mógłby namalować dla niego Matkę Boską Częstochowską na szkle.
Po namowach pani Aldony pan Sławomir wziął się do pracy. – Wziąłem się za malowanie na szkle, a ono jest bardzo trudne. Minęły chyba trzy tygodnie po tym malowaniu. Mówię do Aldony: idę do sklepu czy coś i wejdę do tego księdza. (…) Uchylam drzwi, łeb wstawiłem. Dzieciaki siedzą, on stoi – i to będę pamiętał zawsze – „Matka Boska Częstochowska!” i tak wystawił palec, jak spojrzał na mnie – wspomina pan Sławomir.
Później pojawiło się jeszcze kilka zleceń na obrazy malowane na szkle.
Jak zaczęło się pisanie ikon?
I nastąpił kolejny „przypadek”. Pan Sławomir i pani Aldona mają wielu znajomych. Zbieg okoliczności sprawił, że przez pewien czas mieszkał z nimi zaprzyjaźniony muzyk. Podczas tego pobytu wszyscy bardzo się ze sobą zżyli. Z Portugalii przyleciała nawet matka artysty, którą oprowadzali po Polsce.
– Któregoś pięknego dnia mówimy: co jej jeszcze pokazać? A ja mówię: „Ej, pokażemy jej Licheń”.
Po zakończonym zwiedzaniu trafili na stoiska z dewocjonaliami. Portugalce spodobała się kopia ikony Matki Boskiej Licheńskiej. Pan Sławomir zaproponował, że sam stworzy dla niej podobną ikonę.
– Chyba ze trzy stówy za taką ikonkę Matki Boskiej Licheńskiej chcieli. Ja mówię: daj spokój, ja ci taką namaluję i przywieziemy. Ona mieszka w pobliżu Porto. I tę ikonę jej zawieźliśmy. I od tego zaczęły się jaja. Zaraz było kolejne zamówienie w Porto – mówi nasz rozmówca.
Tak rozpoczęła się jego przygoda z pisaniem ikon. Przez kolejne lata prace pana Sławomira trafiały do Portugalii, Hiszpanii, Francji, Anglii, Brazylii i wielu innych krajów.
Własna droga pana Sławomira
– Żeby zająć się ikonami, trzeba było najpierw całą teorię poznać – mówi bohater naszego artykułu.
Choć punktem wyjścia były tradycyjne ikony, pan Sławomir szybko zaczął tworzyć je na własny sposób. Jego znakiem rozpoznawczym stały się charakterystyczne wypukłości. Niektórzy pytają, czy do obrazu zostały doklejone dodatkowe elementy.
– Nie, to jest farba. Tysiące warstw – odpowiada. Zapytany, czy wypracował własny styl, mówi, że nikt na świecie w ten sposób ikon nie robi. Dopytuję, czy każdy może tworzyć ikony. W odpowiedzi słyszę, że tak. Tak samo, jak każdy może nauczyć się malować obrazy.
Jak powstaje ikona?
Pierwszym krokiem jest przygotowanie drewna. Jak się okazało, już na tym etapie pojawiły się problemy. – Podczas robienia pierwszej ikony miałem problem. Mówię: skąd wziąć takiej szerokości deskę? Bo w oryginale jest drewno lipowe. Wysłano mnie do Witkowa, do producenta trumien. Gadamy, a on mówi: dobra, mam akację . Na to – jak wspomina Pan Sławek – odparła wówczas jego partnerka – Aldona: – Sławek, to waży z dziesięć kilo. Odpada. Nie takie drewno .
Deski, z których obecnie korzysta pan Sławomir, są klejone i wykonane z drewna iglastego. Samo malowanie to dopiero końcowy etap pracy. Najpierw drewno trzeba zaimpregnować i zagruntować.
Tradycyjnie ikony nie są malowane farbami akrylowymi, jednak artysta wypracował własny sposób tworzenia. Na koniec każda ikona zabezpieczana jest werniksem.
– Z biegiem lat może deska się lekko wygiąć, ale to rzadko się zdarza – zaznacza.
Pan Sławomir tworzy ikony od około 15 lat. Jego prace znajdują swoje miejsce zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Najpierw trzeba poznać historię
Przygotowanie do stworzenia ikony zaczyna się na długo przed pierwszym pociągnięciem pędzla. Pan Sławomir poświęca wiele czasu na poznanie postaci, którą ma przedstawić. Kluczowe są także jej atrybuty i historia. – To nie jest tak, że się maluje, bo się maluje. Najpierw muszę całą historię poznać danej świętej, kto to był. Masę czasu poświęcam, żeby ją poznać – wyjaśnia bohater naszego artykułu.
Do tworzenia ikon potrzebne są również ogromne pokłady cierpliwości i zaangażowania. Jeden drobny błąd może oznaczać kolejne godziny pracy. – Z ikonami tak jest. Już wszystko gotowe, kropeczka przy ustach, a tu grymas wychodzi.
Co wtedy? – dopytuję Pana Sławka. – Poprawiam. Zamalowuję całość, całe usta. Odczekam, aż wszystko wyschnie. To nie jest takie hop-siup – odpowiada.
Do każdej swojej ikony pan Sławomir dołącza certyfikat potwierdzający, że została namalowana współcześnie, a jej autor jest znany. Dokument przydaje się szczególnie podczas wysyłania prac za granicę.
Ikony wędrują po świecie
Większość prac pana Sławomira powstaje na zamówienie.
– Wszystko, co robię, to w większości na zamówienia – przyznaje. Siostra wspomnianego wcześniej muzyka mieszka w Brazylii. Pewnego dnia zadzwoniła do pana Sławomira z nietypową prośbą. – Mówi: „Sławek, przylatuje córka i chciałabym w prezencie dać ikonę”. Ja mówię: dobra, namaluję. Namalowałem jej ikonę. Z tym że wymaganie było takie, że ona chciała ikonę, ale nie typową. Przysłała mi zdjęcie metaloplastyki, wytłoczonej w metalu. I mówię: kurczę, jak to namalować? – wspomina.
Zadanie udało się zrealizować. A ponieważ córka kobiety prowadzi klinikę stomatologiczną, ikona szybko zwróciła uwagę kolejnych osób. – Jak ktoś u niej zobaczył tę ikonę – chciała się pochwalić, że od mamy – no to zaczęły się znowu zamówienia tam .
Co roku pan Sławomir tworzy również ikonę, którą przekazuje do domu kultury. Praca trafia na licytację na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Człowiek wielu pasji
Pan Sławomir nie ogranicza się tylko do ikon. Maluje obrazy, gra na instrumentach, gotuje i projektuje swój ogród. Pasjonują go także spontaniczne podróże samochodem do miejsc, których próżno szukać w typowych przewodnikach.
To człowiek wielu pasji, który nie boi się nowych wyzwań. Wręcz przeciwnie – chętnie szuka kolejnych i staje z nimi twarzą w twarz. Jego historia pokazuje, że sukces wynika nie tylko z talentu, którego z pewnością mu nie brakuje, ale także z zaangażowania, cierpliwości i ciężkiej pracy.
– Po prostu ja uważam, że coś jest takiego, że albo człowiek chce i ma taką pasję… Bo to nie jest tak, że samo przyjdzie – podsumowuje Sławomir Krasuski.
Martyna Kamińska
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.