![„Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. Marvel wpadł we własną sieć? [RECENZJA]](https://etbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co/storage/v1/object/public/article-imports/wire/wire-spider-man-calkiem-nowy-dzien-marvel-wpadl-we-wlasna-siec-recenzja/0bd4a806564d7686.png)
Fani na całym świecie czekali na 4. część filmowych przygód Spider-Mana z twarzą Toma Hollanda 5 lat. Co prawda po drodze pojawiały się alternatywne wersje tego herosa w animacjach Marvel Studios , ale nie oszukujmy się - te produkcje to tylko dodatek do aktorskiego uniwersum kinowo-serialowego. Ocz
Film "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" - najnowsza produkcja Marvela, w końcu trafiła na kinowe ekrany. Czy warto udać się do kina na najnowsze przygody pajęczego herosa?

Fot. Sony Pictures Entertainment/materiały prasowe
Fani na całym świecie czekali na 4. część filmowych przygód Spider-Mana z twarzą Toma Hollanda 5 lat. Co prawda po drodze pojawiały się alternatywne wersje tego herosa w animacjach Marvel Studios, ale nie oszukujmy się - te produkcje to tylko dodatek do aktorskiego uniwersum kinowo-serialowego. Oczekiwania były o tyle duże, że poprzednia część zakończyła się poważną zmianą w życiu Petera Parkera.
I właśnie ta zmiana miała być najbardziej interesująca. Fanom komiksów miała dawać nadzieję, że w końcu zobaczą w MCU "TEGO" Spider-Mana - samodzielnie działającego, bardziej przyziemnego superbohatera, kierowanego przytłaczającym poczuciem odpowiedzialności. Reszta miłośników pajęczego herosa liczyła na powiew świeżości w smym świecie MCU. W końcu już tytuł: - "Spider-Man: Całkiem nowy dzień", to zapowiada.
Na wstępie zaznaczę, że należę do grona osób mieszczących się w pierwszej grupie - wychowywałem się na kultowej kreskówce emitowanej na Fox Kids w latach 90., czytałem komiksy wydawane u nas przez TM-Semic (jeden z numerów "Spider-Mana" był moim pierwszym komiksowym kontaktem z Marvelem), a z wiekiem miłość do Spidey'ego się nie zmniejszyła - wręcz przeciwnie. Przez kilkanaście lat poszerzałem swoją wiedzę na jego temat, czytając zarówno klasyczne historie z lat 60. - 80., jak i bardziej współczesne opowieści z jego udziałem. W tym wypadku nie ma więc mowy o obiektywizmie, bo komiksowej perspektywy nie da się tak po prostu odłożyć na bok.

fot. Spider-Man Całkiem nowy dzień Tom Holland - kadr z filmu Marvela / Spider-Man Całkiem nowy dzień Tom Holland - kadr z filmu Marvela
I być może z tego powodu uważam, że "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" to jedno z największych rozczarowań nie tylko filmów MCU z ostatnich kilku lat, ale całej pajęczej serii. Wspominam o tym, bo biorę pod uwagę, że istnieje spora część odbiorców, którzy będą mieć odrębne zdanie. Przed seansem miałem bardzo wiele obaw. Po seansie byłem zaskoczony, że to, czego się najbardziej bałem, czyli potwierdzenie pewnych plotek krążących na temat fabuły filmu, to w zasadzie tylko wierzchołek góry lodowej problemów, które mam z tą produkcją. Ale niestety większość wcale nie wynika z tego, że twórcom nie udało uchwycić się esencji komiksowego Spider-Mana, czy innych postaci występujących w tym tytule.
Być może to kwestia nadmiernych oczekiwań. W końcu przez 5 lat można sobie wyobrazić bardzo dużo na temat kontynuacji całkiem udanej serii filmów. "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" rozczarował mnie jednak na bardzo wielu poziomach - nie tylko pod względem wierności papierowemu pierwowzorowi, chociaż trzeba zaznaczyć, że dotychczasowe odstępstwa od komiksów w MCU - o ile miały uzasadnienie fabularne i światotwórcze, zawsze przyjmowałem z entuzjazmem. Ta recenzja nie jest więc tylko jęczeniem memowego nerda mówiącego "Ackchyually".
Problemy filmu "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" widać już w samej strukturze. Jest niesamowicie chaotyczna i upchana wątkami do granic możliwości. Najwidoczniej twórcy nie słyszeli o zasadzie "mniej znaczy więcej" albo po prostu ją całkowicie zignorowali**. Ilość postaci, wątków i elementów różnych gatunków filmowych upchniętych mało umiejętnie w jednej stosunkowo prostej, jeśli nie prostackiej historii, jest przytłaczająca.** Najgorsze jest to, że twórcy powierzchownie ślizgają się po tym nadmiarze elementów, nie dając żadnemu z nich w pełni wybrzmieć.
Do tego dodajmy liczbę scen walk. Doskonale wiem, że mamy do czynienia z filmem superbohaterskim, gdzie tego typu momenty pojawiają się często, ale w tej produkcji większość z nich jest sztuką dla sztuki - nie wnoszą kompletnie nic poza trącącymi tandetą przesadzonymi sekwencjami w slow motion i przeciąganiu w nieskończoność przewidywalnej opowieści, udającej głęboką historię. Wielokrotnie też zmienia się ton produkcji, co zdecydowanie nie jest jej plusem.
Paradoksalnie najlepszym elementem filmu "Spider-Man: Całkiem nowy dzień", jest relacja między Peterem i MJ (Zendaya) z pojawiającym się sporadycznie Nedem (Jacob Batalon). Ta część uzmysławia, że zepchnięcie tych bohaterów na dalszy plan, działa zdecydowanie na niekorzyść fabuły. Nie oznacza to, że wątek romantyczno-przyjacielski stoi na super wysokim poziomie i nie stosuje kliszowych zagrywek, ale jest zdecydowanie najbardziej angażującą emocjonalnie częścią filmu.

fot. Sony Pictures Entertainment/mayeriały prasowe / Spider-Man Całkiem nowy dzień - TomHolland - kadr z filmu Marvela
Mimo to pod względem wzbudzanych emocji film również nie powala. Są momenty, które działają, ale przez większą część czasu mamy do czynienia z przekazywaniem przez bohaterów w dialogach tego, co powinna czuć dana postać, mimo że nie wynika to wcale z wydarzeń pokazanych w filmie. Szczególnie tyczy się to Spider-Mana i jego problemów natury egzystencjalnej. Mimo że Spidey słynie z poczucia humoru, komediowe wstawki w filmu "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" też nie sa walorem. Występują, ale niekiedy mogą bardziej drażnić niż śmieszyć - szczególnie momenty interakcji Spider-Mana z Punisherem (Jon Bernthal).
Cała historia jest na wskroś sztampowa. Scenariusz nie zaskakuje praktycznie niczym, bo wykorzystanie oczywistej figury strzelby Czechowa pojawia się w filmie nad wyraz systematycznie. To samo tyczy się przeciwnika - widzieliśmy już te motywy wiele razy i bardzo często wykonane były o wiele lepiej nawet w samym MCU. Generalnie film sprawia wrażenie, jakby był kierowany do mało doświadczonych widzów - i tak, wiem, że to tylko kino rozrywkowe, ale ostatnie lata udowodniły, że nawet blockbustery można tworzyć w bardziej zaskakujący, kreatywny sposób.

fot. Sony Pictures Entertainment/mayeriały prasowe / Spider-Man Całkiem nowy dzień - Tom Holland, Zendaya - kadr z filmu Marvela
I chociaż przekaz filmu i jego morał jest jak najbardziej trafny, szczególnie w dzisiejszych czasach, to "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" podchodzi do nich najbardziej oczywistą i łopatologiczną metodą. Z tego powodu trudno oprzeć się wrażeniu, że ogląda się dziwny miks współczesnego kina superhero z szablonową produkcją tego typu sprzed ery MCU. Można więc poczuć się momentami, jakby oglądało się tytuł sprzed 20 lat.
Nawet tyłówka i scena po napisach (jest jedna, na samym końcu, więc jeśli nie chcecie jej przegapić, musicie poczekać, aż przeleci cała lista płac), są po prostu słabe. Do tej pory nowa seria o Spider-Manie charakteryzowała się barwnymi i przykuwającymi oko animacjami prezentującymi obsadę filmu z dopełniającą całości muzyką Ramones. Tym razem mamy randomowe ujęcia Nowego Yorku, które mają się do całości, jak pięść do nosa. Scena po napisach natomiast... po prostu jest i gdybyście ją przegapili, w zasadzie nic byście nie stracili.
Najgorsze jednak jest to, że jakakolwiek zmiana dziejąca się w filmie "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" mogłaby się zawrzeć w 40 minutach speciala puszczonego na Disney+. Cała reszta nie zmienia zbyt wiele w życiach postaci. To co mogłoby być najciekawsze zamyka się w interakcjach Petera, MJ i Neda oraz dynamicznie zmontowanych sekwencji scen wprowadzających widza do świata przedstawionego w pierwszych 20 minutach filmu. Finał też nie powoduje, że mamy poczucie, iż protagonista przebył jakąś drogę i cała przygoda odmieniła jego los. Nie pomagają też kiczowate sceny, które w zamyśle twórców miały poruszać widzów, a wywołują uśmiech politowania i kręcenie głową z niedowierzaniem, że w 2026 roku takie rzeczy wciąż przechodzą.

fot. Sony Pictures Entertainment/mayeriały prasowe / Spider-Man Całkiem nowy dzień - kadr z filmu Marvela
Teoretycznie w filmie "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" pojawia się bardzo wiele elementów, które są składowymi przepisu na sukces we współczesnym kinowym superhero. Mamy lubiane postacie, wielkie gwiazdy Hollywood, odniesienia do komiksów, które wyłapią największe nerdy (chociaż w tym wypadku lepsze by było słowo "umiarkowane", bo komiksy nie są szczególnie istotne dla twórców, mimo to smaczków nie zabrakło), stare postacie, zupełnie nowe postacie (w tym wyczekiwane od dawna), akcja i szczypta romansu. Najnowsza produkcja MCU jednak udowadnia, że same składniki to nie wszystko, jeśli brakuje sensownej wizji.
To zaskakujące, że Destin Daniel Cretton - twórca bardzo przyzwoitej mieszanki kina superbohaterskiego i kina sztuk walki w postaci "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni", także genialnego serialu "Wonder Man", którym pokazał, że superhero nie musi być ciągłą nawalanką laserami z tyłka, tylko głębszą, uniwersalną opowieścią, odpowiada za film tak miałki, do którego bezduszne słowo produkt pasuje idealnie.
Bo "Spider-Man: Całkiem nowy dzień" taki właśnie jest - to zachowawcza, obliczona na zysk produkcja, która nie daje widzowi nic świeżego i interesującego - co jest w gruncie rzeczy sztuką, biorąc pod uwagę, jak lubianym i popularnym bohaterem dysponuje. Czy jednak ten tytuł wniósł do serii coś nowego? W pewnym sensie tak, bo ta część wyraźnie różni się od trzech poprzednich. I być może są osoby, którym ta zmiana się spodoba. Autor powyższych słów zdecydowanie do nich nie należy.
Źródło: Antyradio
Dziękujemy za przeczytanie artykułu do końca! Po więcej informacji zachęcamy do odwiedzenia naszego Facebooka, , TikToka i . Żeby posłuchać, co teraz gramy, kliknij w poniższy baner!
Tematy:
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.