Informatyk śledczy podkreśla, że współczesne urządzenia, nawet te tak niepozorne jak odkurzacz, mogą zostać wykorzystane do wysyłania wiadomości e-mail. Ta wypowiedź z wywiadu wskazuje na rosnącą złożoność krajobrazu cyberbezpieczeństwa i potencjalne zagrożenia związane z Internetem Rzeczy.
Dodaj komentarz
PAP: Analizował pan telefon prokurator Ewy Wrzosek w głośnej sprawie inwigilacji systemem Pegasus. Co widzi biegły, kiedy dostaje do zbadania urządzenie, na którym mogło działać oprogramowanie klasy wojskowej? Wszystko "świeci na czerwono"?
Waldemar Chodasiewicz: Właśnie nie. Telefon nie wyświetla komunikatu, nie alarmuje użytkownika, z pozoru działa normalnie.
My szukamy skutków działania takiego oprogramowania. Sprawdzamy, czy pojawiły się nietypowe skoki transmisji danych albo inna aktywność odbiegająca od normy. Żaden z tych elementów sam w sobie niczego jednak nie przesądza, bo podobny efekt może wywołać choćby aktualizacja systemu czy synchronizacja danych z chmurą.
Dlatego analizujemy nie tylko okres, w którym właściciel podejrzewa inwigilację, ale także wcześniejszą aktywność urządzenia, żeby wiedzieć, jak wyglądała jego normalna praca.
W informatyce śledczej rzadko mamy jeden niepodważalny dowód. Telefon jest tylko częścią układanki. Równie ważne są dane operatora, logi systemowe, informacje z usług chmurowych czy serwerów. Dopiero zestawienie tych elementów pozwala odtworzyć przebieg zdarzeń.
Paradoksalnie jednak z mojego doświadczenia wynika, że najłatwiej atakuje się nie urządzenia, lecz ludzi. Fałszywy SMS, spreparowany e-mail czy wiadomość podszywająca się pod bank nadal bywają skuteczniejsze niż najbardziej wyrafinowane metody łamania zabezpieczeń.
PAP: Badał pan również nagrania w sporze Roberta Lewandowskiego z Cezarym Kucharskim. Dziś sztuczna inteligencja potrafi niemal perfekcyjnie montować dźwięk. Jak biegły odróżnia zwykłe cięcie techniczne od manipulacji zmieniającej sens wypowiedzi?
W.Ch.: Najtrudniej jest wtedy, gdy do analizy trafia tylko gotowy plik. Dlatego zawsze zależy nam na zabezpieczeniu urządzenia, na którym nagranie powstało. Telefon czy dyktafon zapisują znacznie więcej informacji niż sam dźwięk – metadane, czas nagrania, sposób zapisu, czasem również ślady późniejszych modyfikacji.
W tamtej sprawie badałem zarówno telefony, jak i zapisane na nich materiały. Problem polegał między innymi na tym, że nie udało się zachować ciągłości łańcucha dowodowego. A jeśli pojawiają się wątpliwości dotyczące pochodzenia nagrania albo tego, co działo się z nim po zarejestrowaniu, pełna ocena staje się znacznie trudniejsza.
Rozwój sztucznej inteligencji sprawia, że coraz ważniejsze staje się nie tylko pytanie, czy nagranie jest autentyczne, ale również skąd pochodzi, jak powstało i jaki ślad pozostawiło w środowisku technicznym.
PAP: W jednej z głośnych spraw pańska ekspertyza pomogła wyjść z aresztu dziennikarzowi Leszkowi Kraskowskiemu. Jak realne jest ryzyko, że spreparowany e-mail albo fałszywy cyfrowy ślad sprowadzą na kogoś kłopoty?
W.Ch.: Takie sytuacje zdarzają się częściej, niż większości ludzi się wydaje. Regularnie spotykam się ze sprawami, w których ktoś podszywa się pod inną osobę albo próbuje skierować podejrzenia na niewłaściwego człowieka.
Pamiętam postępowanie dotyczące zgłoszenia o planowanym zamachu bombowym. Na etapie śledztwa badałem telefony i komputery osoby podejrzewanej i nie znalazłem niczego, co wskazywałoby, że to ona wysłała wiadomość. Dopiero kiedy sprawa wróciła do mnie przed sądem i otrzymałem pełniejszy materiał dowodowy, okazało się, że zgłoszenie w ogóle nie zostało wysłane z programu pocztowego. Ktoś skorzystał z formularza na stronie internetowej i po prostu podszył się pod inną osobę.
To pokazuje, jak ważna jest kompletność materiału dowodowego. W informatyce śledczej nie można opierać się na jednym urządzeniu czy jednym pliku. Dopiero zestawienie danych z wielu źródeł pozwala z dużym prawdopodobieństwem ustalić, kto rzeczywiście wykonał określone działanie.
Najtrudniejsza jest tzw. atrybucja, czyli odpowiedź na pytanie, kto faktycznie siedział po drugiej stronie i podjął decyzję o wysłaniu wiadomości.
PAP: Na sądowe wokandy trafiają już materiały przygotowane przy użyciu sztucznej inteligencji? Deepfake stał się nowym wyzwaniem dla biegłych?
W.Ch.: Tak i takich spraw będzie coraz więcej. Nawet perfekcyjnie przygotowany deepfake nie bierze się znikąd. Ktoś musiał go wygenerować, zapisać, przesłać i wykorzystać, a każde z tych działań pozostawia ślady.
Dlatego nie analizujemy wyłącznie obrazu czy nagrania. Równie ważne jest ustalenie, skąd materiał pochodzi, z jakich urządzeń korzystano i co działo się z nim, zanim trafił do akt sprawy. Sztuczna inteligencja niewątpliwie komplikuje pracę biegłych, ale jednocześnie jeszcze bardziej zwiększa znaczenie klasycznej pracy śledczej. O wartości dowodu coraz rzadziej decyduje sam plik, a coraz częściej cały kontekst jego powstania.
PAP: Jak zmienił się profil działalności cyberprzestępców? Nadal chodzi przede wszystkim o spektakularne ataki na wielkie firmy, czy dziś celem są raczej zwykli ludzie?
W.Ch.: Dzisiaj najbardziej opłacalne nie są największe ataki, lecz drobne oszustwa prowadzone na ogromną skalę. Jeżeli przestępca wyłudzi od jednej osoby kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, wiele takich spraw nigdy nie doczeka się szczegółowego śledztwa.
Drugim bardzo dochodowym obszarem są oszustwa inwestycyjne. Fałszywe platformy oferujące inwestowanie w kryptowaluty czy akcje wyglądają niezwykle profesjonalnie. Ludzie wpłacają oszczędności, a nawet zaciągają kredyty, przekonani, że trafili na życiową okazję.
Wbrew pozorom najważniejsza nie jest tu technologia, ale emocje: chciwość, strach i presja czasu. To działało dwadzieścia lat temu i działa również dzisiaj.
PAP: Może to pytanie zabrzmi brutalnie, ale skoro ludzie tak łatwo dają się oszukać, dlaczego im przeszkadzać?
W.Ch.: Od tego są organy ścigania i prawo, żeby chronić słabszych.
PAP: Sztuczna inteligencja pozwala dziś sklonować głos bliskiej osoby z krótkiego nagrania. Czy oszustwa „na wnuczka" albo „na policjanta" wchodzą właśnie w nową erę?
W.Ch.: Jeszcze niedawno oszust musiał przekonać ofiarę wyłącznie słowami. Dzisiaj może zadzwonić głosem łudząco przypominającym głos córki, wnuka czy współpracownika. Coraz łatwiej wygenerować również obraz.
Największy problem polega na tym, że człowiek odruchowo ufa swoim zmysłom. Jeżeli słyszy znajomy głos albo widzi twarz bliskiej osoby, automatycznie zakłada, że ma do czynienia z rzeczywistością.
Dlatego nie wystarczy już odpowiedzieć sobie na pytanie: „czy to wygląda prawdziwie?". Trzeba zapytać: „czy potrafię to zweryfikować?". Najprościej oddzwonić do osoby, która rzekomo prosi nas o pomoc. Kilka minut może uchronić przed utratą oszczędności.
PAP: Coraz częściej słyszymy, że szpiegować mogą nas już nie tylko smartfony, ale również telewizory, kamery czy roboty sprzątające. To realne zagrożenie?
W.Ch.: Niedawno pracowałem przy sprawie, w której jedną z analizowanych hipotez było to, że wiadomość związana z alarmem bombowym została wysłana za pośrednictwem... inteligentnego odkurzacza.
Brzmi absurdalnie, ale nie jest niemożliwe. Coraz więcej urządzeń w naszych domach należy do internetu rzeczy. Nie są to już zwykłe sprzęty AGD, lecz niewielkie komputery podłączone do sieci.
Problem zaczyna się wtedy, gdy użytkownik nie zmienia fabrycznego hasła albo nie aktualizuje oprogramowania. Wówczas takie urządzenie może stać się furtką dla przestępcy.
Dlatego śledztwo coraz rzadziej kończy się na analizie laptopa czy smartfona. Komputerem może być dziś praktycznie każde urządzenie podłączone do internetu. Mówiąc półżartem, ale zgodnie z prawdą – maila zawsze wysyła człowiek. Tyle że czasami... za pośrednictwem odkurzacza.
PAP: Wiele osób wzrusza ramionami i mówi: "No dobrze, skoro tyle urządzeń zbiera dane, to dlaczego miałoby mnie to obchodzić? Nie mam nic do ukrycia”.
W.Ch.: To jeden z najczęściej powtarzanych argumentów. Tyle że prywatność nie polega na ukrywaniu sekretów.
Edward Snowden wiele lat temu zwrócił uwagę na znaczenie metadanych i miał rację. Często ważniejsze od treści wiadomości jest to, kto do kogo dzwonił, kiedy się kontaktował, gdzie przebywał i z jakich usług korzystał.
Na podstawie takich informacji można zbudować bardzo dokładny profil człowieka – poznać jego przyzwyczajenia, relacje, zainteresowania czy sposób podejmowania decyzji. To wiedza cenna nie tylko dla biznesu, ale również dla przestępców przygotowujących precyzyjne ataki socjotechniczne.
PAP: Jest jednak taki rodzaj spraw, którym – mimo że praca biegłych w Polsce nie należy do najlepiej wynagradzanych – nigdy pan nie odmawia.
W.Ch.: Tak. Chodzi o sprawy dotyczące wykorzystywania seksualnego dzieci.
Jeżeli policja dzwoni do mnie o szóstej rano i mówi, że potrzebna jest pomoc przy zatrzymaniu albo zabezpieczeniu materiału dowodowego, po prostu jadę. Nie zastanawiam się, ile to będzie trwało ani czy finansowo będzie mi się to opłaci.
PAP: To chyba jedne z najbardziej obciążających psychicznie postępowań...
W.Ch.: Kiedy zaczynałem pracę, bardzo często oznaczało to konieczność ręcznego przeglądania ogromnej liczby materiałów przedstawiających krzywdę dzieci. Tego nie da się obejrzeć i zapomnieć.
Dzisiaj coraz większą pomocą jest sztuczna inteligencja. Potrafi wyszukiwać i grupować określone materiały, dzięki czemu człowiek nie musi oglądać wszystkiego od początku do końca.
AI nie zastępuje biegłego, bo ostateczna ocena zawsze należy do człowieka. Ale jeżeli technologia pozwala ograniczyć kontakt funkcjonariuszy i ekspertów z najbardziej drastycznymi treściami, to jest to jedno z najlepszych zastosowań sztucznej inteligencji.
PAP: Uważa pan, że w świecie cyfrowym można popełnić zbrodnię doskonałą?
W.Ch.: Z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze. Dzisiaj ślady pozostają nie tylko na komputerze czy telefonie, ale również w chmurze, komunikatorach, systemach operatorów telekomunikacyjnych, monitoringu czy urządzeniach internetu rzeczy.
Ludzie często są przekonani, że wystarczy usunąć wiadomość albo wyrzucić telefon. Tymczasem informacja pozostawia ślady w wielu miejscach, często takich, o których użytkownik nawet nie ma pojęcia.
Oczywiście są sprawcy bardzo dobrze przygotowani, którzy potrafią znacząco utrudnić pracę śledczym. Po tylu latach mogę jednak powiedzieć jedno: ludzie przeceniają skuteczność zacierania śladów. Najczęściej dlatego, że całą uwagę poświęcają technologii, zapominając o człowieku. A człowiek prędzej czy później popełnia błąd.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kcz/
Co sądzisz na ten temat?
Źródło: Myszkow365.pl
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.