
Na Plac Tiananmen dostaliśmy się dopiero za trzecim podejściem.
Za pierwszym razem strażnicy cofnęli nas pod pretekstem braku rezerwacji. Na nic zdały się tłumaczenia, że mieliśmy bilet do Zakazanego Miasta – zabytkowego kompleksu cesarskich pałaców w centrum Pekinu – i że zgodnie z naszą najlepszą wiedzą uprawnia on także do wejścia na plac tego samego dnia.
Chyba nasza wiedza nie była aż taka dobra, bo policjant pokazał nam przetłumaczony na angielski tekst zaczynający się od słów „ from this year... ”. Wyszliśmy z kolejki i – idąc za radą kolejnego strażnika – postanowiliśmy załatwić wejściówkę w hotelu.
W drodze powrotnej zaczepiali nas „sprzedawcy biletów”, którzy „za drobną opłatą” mogli ułatwić życie. „Drobna opłata” okazała się nie tak drobna, tym bardziej że wejście jest darmowe, więc oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, by wezwać didi , chiński odpowiednik naszego Bolta czy Ubera.
WeChat: aplikacja do inwigilacji
Nazajutrz recepcjonistka, choć niechętnie, pomogła nam zarejestrować się na bieżący dzień – przynajmniej tak nam powiedziała. Będąc obcokrajowcem, nie możesz tego zrobić samodzielnie – chyba że posiadasz chiński numer telefonu komórkowego i komunikator WeChat, czyli chińską aplikację od wszystkiego. Niestety, również od inwigilacji .
Z dumą na twarzach pokazaliśmy więc wieczorem strażnikom przy wejściu południowo-wschodnim nasze wejściówki. Tymczasem zamiast akceptacji, beznamiętna strażniczka stwierdziła bezwzględnie, że wejściówki są na jutro i nie wejdziemy. Nie mogliśmy uwierzyć w błąd recepcjonistki, ale strażniczka pokazała datę na zgłoszeniu: rzeczywiście, data była jutrzejsza. Ale na jutro to my już mieliśmy bilety na Wielki Mur.
Zatem znów to samo: w tył zwrot i wycofanie się wzdłuż kolejki Chińczyków, patrzących z miksem politowania i ciekawości. Byliśmy zrezygnowani, gotowi odpuścić ten plac. Utyskiwaliśmy, że będąc w Chinach dwadzieścia kilka lat temu, wchodziło się na niego wprost z ulicy, bez wejściówek, kontroli, ceregieli.
Plac Tiananmen 37 lat po masakrze
Dziś Plac Tiananmen to chyba najbardziej zabezpieczona przed dostaniem się na nią atrakcja turystyczna na świecie – i panoptykon chińskich cyfrowych systemów bezpieczeństwa (czy też raczej: totalnej kontroli).
Żeby zrozumieć tego przyczynę, trzeba cofnąć się do 4 czerwca 1989 r. Dokładnie tego samego dnia, gdy Polska szła do pierwszych po II wojnie światowej częściowo wolnych wyborów , na Tiananmen miała miejsce masakra. Na zgromadzonych na placu i wokół niego Chińczyków – w dużej mierze ludzi młodych, studentów, protestujących przeciw wszechobecnej korupcji, ograniczaniu wolności słowa i żądających prawa do zgromadzeń – najechały czołgi i transportery opancerzone.
Rząd chciał zakończyć trwające od ponad miesiąca protesty, które wybuchły po śmierci Hu Yaobanga, byłego sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin. Nieco ponad dwa lata wcześniej, w 1987 r., Hu Yaobang został odwołany za zbyt liberalne poglądy.
Po pekińskim 4 czerwca 1989 r. w świat poszły więc zdjęcia rannych, wiezionych do szpitali na trójkołowcach, a także czołgów miażdżących wszystko na swojej drodze. Oraz stojącego naprzeciw nich samotnego bezbronnego człowieka z reklamówką .
Chiński system: dobrobyt zamiast wolności
Choć w chińskich podręcznikach do historii nie ma dziś słowa o tym wydarzeniu , to ówczesny przywódca Państwa Środka , Deng Xiaoping, wyciągnął z niego odpowiednie wnioski. Zrozumiał, że czołgi i cenzura nie wystarczą do utrzymania porządku, a jedynym sposobem na zachowanie monopolu partii komunistycznej na władzę jest dać ludziom to, czego najbardziej potrzebują: dobrobyt, awans społeczny i wygodne życie.
„Nieważne, czy kot jest czarny, czy biały – mawiał Deng Xiaoping. – Ważne, aby łapał myszy”. Tak oto w Chinach narodziła się „socjalistyczna gospodarka rynkowa”.
Być może przejawem tej ideologiczno-systemowej odwilży było utrzymanie otwartego dla przestrzeni publicznej Placu Tiananmen przez lata 90. i początek XXI stulecia. Ale już podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2008 r. dookoła placu pojawiły się barierki. Później było już tylko gorzej. Obecnie dostać się obcokrajowcom na Tiananmen jest trudniej, niż kupić wejściówkę na Super Bowl, mecz o mistrzostwo w amerykańskim futbolu.
Przez bramki chińskiej kontroli
Nie odpuściliśmy jednak. Z każdą porażką nasza determinacja rosła. Czuliśmy, że nie zobaczywszy placu, wyjedziemy z Chin z niedosytem. Dlatego znów udaliśmy się do recepcji i znów poprosiliśmy pracownika, lekko zniecierpliwionego, o przysługę. Wstukał nasze dane z paszportów. Udało się zarezerwować wejściówki na niedzielę, nasz ostatni wieczór w Pekinie, i to na przedział czasowy od 18.30 do 20.30.
To swoisty prime time : codziennie o zachodzie słońca na placu jest uroczyście spuszczana chińska flaga. Moment ten uchodzi za wyjątkowo podniosły. Zastanawialiśmy się, co zrobić, by tym razem nie odejść z kwitkiem. A może jechać metrem? Didi podjeżdża jedynie w pewne okolice placu, potem trzeba iść pieszo i przechodzić liczne kontrole... Wybraliśmy metro. Nic to jednak nie zmieniło.
Już po wyjściu z metra kontrola numer jeden. To tylko wstęp, weryfikacja, czy mamy paszport. Poszło gładko: rzut oka strażnika i idziemy dalej. Potem kontrola numer dwa. Tu strażnicy sprawdzają, czy przybysz ma rezerwację. Z bijącym sercem pokazałem zrzut z ekranu. Czy się do czegoś przyczepią? Jednak nie: padło krótkie „Ok, go”. Idąc dalej, kątem oka widziałem w tyle odchodzących z kwitkiem turystów.
Zielone światło dla wybranych
Ale to nie był koniec. Następna kolejka – i kolejna bramka do przejścia. Długi ogonek chińskich rodzin w kilku pokoleniach i niedobitki obcokrajowców, którzy z różnych powodów – łut szczęścia, determinacja, błąd systemu, znajomości, cokolwiek jeszcze – dostali się aż tutaj. Wśród nich: grupa pijanych Rosjan, wyglądających, jakby wybrali się do Pekinu na wieczór kawalerski. Skąd się tu wzięli? Jeden z walizką wielkości lodówki. Jak on chce z tym czemodanem wejść dalej?
Dominują więc Chińczycy. Dzieci w kuckach, w oczekiwaniu bawiące się papierkami na chodniku. Dorośli żywo gestykulujący, chłodzący się wachlarzami. Pijany Rosjanin tłumaczy coś Chińczykowi za pomocą translatora w telefonie. Ten śmieje się i kiwa głową. Babcia krzyczy na wnuczka, a może go chwali?
Kolejka idzie wolno. Choć jest blisko dziewiętnastej, gorąco jak w piekle. Każdy krawężnik, każda płyta chodnikowa oddają nagromadzony przez cały dzień żar, potęgowany jeszcze przez cisnący się tłum.
Wreszcie nasza kolej. Skanowanie paszportów, chwila niepewności i zielone światło.
Strażnicy sprawdzają każdy drobiazg
Przed nami, jak się okazuje, ostatni i najbardziej wszechstronny punkt programu: kontrola bagaży.
Na taśmie ląduje plecak, rozkładany później na czynniki pierwsze. Każda koszulka z napisem jest podejrzana. Strażnik tłumaczy teksty za pomocą translatora, czy aby nie przemycamy prowokacyjnych i obraźliwych treści. Podejrzany staje się również notatnik z zapiskami, co chcemy w Chinach zobaczyć. Potem przebłysk człowieczeństwa w postaci szerokiego uśmiechu strażniczki, gdy ogląda kupione chwilę wcześniej na targu koszulki z napisem „I love Beijing”.
Na rozkaz ściągam etui z telefonu, aby pokazać, czy i tu nie kryje się jakaś niepożądana notatka czy zapisek.
Przypomniał mi się Rosjanin z walizką. Wyobraziłem sobie kontrolę zawartości jego bagażu. Obróciłem się za siebie, ale już go nie było. Musiał polec na poprzedniej bramce.
A my byliśmy wolni. Nagle zrobiło się luźno, szeroko i przestrzennie. Tłum z kolejki rozproszył się na powierzchni sześćdziesięciu boisk piłkarskich, dołączając do szczęśliwców, którzy dostali się na plac wcześniej lub innymi wejściami.
Portret Mao nad placem Tiananmen
Byliśmy odurzeni tą przestrzenią, jakbyśmy wyszli z ciemnego lasu na odkrytą górską grań. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę iść, gdzie patrzeć. Intuicyjnie skierowaliśmy się w stronę flagi Chin. Z każdym krokiem tłum gęstniał, aż dotarliśmy do muru kilku, może kilkunastu tysięcy ludzi, wpatrujących się w wiszący na Bramie Niebiańskiego Spokoju ogromny portret Mao Zedonga. Wysoki na sześć metrów i szeroki na cztery i pół.
Żeby zrozumieć, kim dla zwykłego Chińczyka jest Mao, trzeba wniknąć w chińską historię i mentalność. Powiedzieć, że Mao jest dla niego tym, kim Jan Paweł II dla Polaka, to nic nie powiedzieć. Urodzony w 1893 r., Mao pozostaje dla wielu Chińczyków ojcem narodu i symbolem wielkiego odrodzenia. W ich oczach to on zjednoczył państwo, rozbite wojnami z zachodnimi mocarstwami i Japończykami; podniósł społeczeństwo z kolan; tchnął w nie nowego socjalistycznego ducha.
Oczywiście, jak każdy człowiek Mao popełniał błędy i partia się tego nie wypiera. Obliczyła, że Mao miał rację w siedemdziesięciu procentach, a w trzydziestu jej nie miał. W jaki sposób to policzono, nikt nie wie.
Na pewno nie miał jej, nakazując chłopom zamiast orki budować piece do produkcji stali, przez co zginęło z głodu prawie 50 mln Chińczyków. Nie miał jej też pewnie wtedy, gdy podczas tzw. rewolucji kulturalnej nakazał unicestwić wszystko, co mogło być uznane za „stare i tradycyjne”; to kosztowało życie kolejne miliony.
Ale, jak to pięknie wykłada partia, były to „naturalne błędy Mao na trudnej drodze do budowania sprawiedliwych i komunistycznych Chin”. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – chciałoby się rzec.
Flaga opada, pamięć milczy
I sądziła tak zapewne większość zgromadzonych na placu Chińczyków, zadzierających głowy i czekających na spuszczenie flagi. Ta miała zejść na dół o 19.46, dokładnie o zachodzie słońca.
Zostało jeszcze 20 minut. Rozglądałem się po twarzach. Kilka osób gapiło się na nas, jak na stwory z innej planety. Pewien mężczyzna taksował nas wzrokiem w taki sposób, że poczuliśmy się zobowiązani zmienić miejsce. Większość jednak nie zwracała na nas uwagi, zajęta robieniem selfie z portretem Mao w tle. Dzieci siedziały na ramionach rodziców, niektóre ubrane w białe koszule i czerwone chusty. Las selfie-sticków chwiał się nad głowami, gęstniejąc w miarę zbliżania się godziny zero.
A potem, punktualnie niczym chiński pociąg, flaga zjechała gładko na dół, uwieczniona na tysiącach telefonów. Po czym tłum zaczął się szybko rozpraszać. Nadchodziła dwudziesta, ostatni moment dla zebranych, by udać się na szybką kolację i zakupy w którymś z domów handlowych na Wangfujing, prestiżowej ulicy Pekinu, opływającej we wszelkie dobra konsumpcyjne tego świata.
Nie byliśmy pewni, czy to naprawdę koniec. Spodziewaliśmy się czegoś wielce spektakularnego, jakiegoś hymnu, zbiorowej chińskiej pieśni, spływających po policzkach łez. Ale nic takiego nie nastąpiło.
A może właśnie tak do tych odwiedzin na placu podchodzą Chińczycy? Byliśmy, zobaczyliśmy, oddaliśmy hołd, zrobiliśmy zdjęcia... Wszystko jest normalne, dzieje się w swoim rytmie, na wszystko jest odpowiednia pora. Nie ma czołgów na Tiananmen. Flaga zjechała, słońce zaszło, a jutro jest poniedziałek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny. 30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy. Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę
Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo
Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
TP Online: dostęp roczny online
Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2026
Inne artykuły tego autora
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.