
Electronic Arts przez lata kojarzyło się wszystkim z potężnym wydawcą gier. Dziś spółka ląduje w rękach prywatnych inwestorów za sprawą gigantycznej transakcji na kredyt.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że rachunek za ten wykup zapłacą nie szefowie korporacji, ale gracze wyciągający portfele. Po jednej stronie mamy rekordowe miliardy i kosmiczne zadłużenie. Po drugiej - firmę, która od dawna żyje z wyciągania drobnych z naszych kieszeni i ma mocno poobijaną reputację.
Od licencji sportowych po tabelki w Excelu
Na początku EA rozwijało się w prosty i bezpieczny sposób. Sukces przyniósł im wykup wyłącznych licencji na gry sportowe, coroczne serie FIFA oraz Madden, a także gigantyczny sukces The Sims.
Do tego doszło kupowanie cenionych studiów, takich jak BioWare czy DICE. To właśnie te ekipy dały światu kultowe marki Mass Effect, Dragon Age czy Battlefield.
Z czasem podejście firmy mocno się jednak zmieniło. Dla wielu graczy EA stało się wręcz symbolem chciwej korporacji. Miejsce odważnych pomysłów i ryzyka zajęło ciągłe klepanie sequeli oraz chłodna kalkulacja zysków w arkuszach kalkulacyjnych.
Kura znosząca złote jaja i wizerunkowe katastrofy
Prawdziwym przełomem okazał się zwrot w stronę tak zwanych gier-usług. Wdrożenie cyfrowych paczek, sezonów, wirtualnych walut oraz trybu Ultimate Team stworzyło potężną maszynkę do robienia pieniędzy.
Już wokół 2020 r. EA zgarniało z samych mikropłatności około 4 miliardów dolarów rocznie, co stanowiło dwie trzecie ich całkowitego przychodu. Największe zyski przestały płynąć ze sprzedaży samych gier, a zaczęły z ciągłego dopłacania przez osoby, które dany tytuł miały już na dysku.
Agresywne sięganie do kieszeni graczy doprowadziło w końcu do potężnych wizerunkowych wpadek typu afera z lootboxami w Star Wars Battlefront II czy klapie dekady w postaci Anthem (chociaż sama gra była przyjemna).
Do tego dochodziły nieudane premiery kolejnych odsłon serii Battlefield (pamiętacie 2042?), kontrowersje wokół monetyzacji gier sportowych oraz zamykanie mniejszych projektów. Jak tam Burnout? Śpi z rybkami? Owszem.
Electronic Arts przynosiło świetne zyski, ale w środku było wypalone kreatywnie i kompletnie odcięte od własnych fanów. Dodatkowym ciężarem stała się presja giełdy i inwestorów patrzących wyłącznie na kwartalne wykresy.
Rekordowy wykup na kredyt z udziałem Saudyjczyków
W takich okolicznościach po spółkę zgłosiło się inwestycyjne konsorcjum łączące pieniądze z Bliskiego Wschodu i Wall Street.
Wydawca zgodził się na sprzedaż za około 55 miliardów dolarów w gotówce, a za transakcją stoją trzy podmioty:
saudyjski państwowy fundusz PIF (Public Investment Fund),
fundusz inwestycyjny Silver Lake,
firma Affinity Partners, należąca do Jareda Kushnera (zięć obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych).
Po zamknięciu umowy Electronic Arts znika z giełdy i przechodzi w ręce prywatne, a Andrew Wilson zachowuje stanowisko szefa firmy (CEO).
Miliardowe odsetki i gigantyczna pętla długu
Najważniejszy w całej tej operacji jest sposób, w jaki zostanie ona sfinansowana. Z wyceny sięgającej 55 miliardów dolarów, około 36 miliardów to wyłożone pieniądze inwestorów, a aż 20 miliardów to dług w postaci kredytów i obligacji organizowanych między innymi przez bank JPMorgan. Około 18 miliardów z tego kredytu zostanie wypłacone w momencie domknięcia transakcji.
Sprawia to, że przejęcie EA staje się jedną z największych transakcji na kredyt w historii gier. Analitycy finansowi wyliczają, że przy tak wielkim długu same roczne odsetki od pożyczek mogą wynosić kilka miliardów dolarów.
To ogromna kwota, zwłaszcza że firma generowała dotąd około 1,5 miliarda dolarów zysku operacyjnego rocznie. Nowi właściciele będą musieli zapewnić stały i wysoki dopływ gotówki każdego miesiąca.
Co ta decyzja oznacza dla graczy?
Sytuacja ta wywołuje uzasadnione obawy. Ogromne długi na pewno wymuszą na zarządzie szukanie oszczędności, zamykanie nierentownych studiów, zwolnienia oraz bezwzględne wyciskanie wszystkich marek, które przynoszą stały dochód.
Na pierwszy ogień pewnie pójdą gry-usługi i mikropłatności - dla banków to najbezpieczniejsze źródło pieniędzy, oparte na powtarzalnych opłatach i systemach progresji, które EA stosuje od lat.
W krótkiej perspektywie fani nie odczują drastycznych zmian. Seria EA Sports FC, Apex Legends, The Sims czy Battlefield nie znikną z rynku, a konta i serwery będą działać normalnie.
Problem pojawi się wtedy, gdy konieczność spłaty rat kredytu zacznie bezpośrednio dyktować decyzje deweloperów. Według mnie należy spodziewać się następujących rzeczy (w dowolnej kolejności):
podnoszenie cen przepustek bojowych oraz pakietów wirtualnej waluty,
nasilenie mechanik opartych na sztucznej presji czasu podczas wydarzeń w grach,
projektowanie rozgrywki w sposób zmuszający do kupowania ułatwień,
stawiania wyłącznie na znane marki i wydawania remake'ów, remasterów oraz wersji mobilnych napakowanych mikro(makro?)transakcjami,
całkowitego rezygnowanie z małych, ryzykownych projektów oraz nowych marek.
Przejęcie Electronic Arts przynosi ogromne zyski dotychczasowym akcjonariuszom i funduszom.
Dla samych graczy oznacza jednak wejście w erę jeszcze mocniejszego wyciskania pieniędzy ze znanych tytułów, żeby uregulować rachunek za rekordowy dług.
Dziennikarz Spider's Web, redaktor działu technologie i nauka oraz twórca krótkich treści wideo na platformach TikTok, Reels oraz YouTube Shorts. W 2016 roku rozpoczął swoją karierę na growym portalu How2Play.pl. W 2020 roku dołączył do zespołu tworzącego i rozwijającego jeden z największych serwisów dla Generacji Z w Polsce - Vibez.pl, gdzie był częścią zespołu redakcyjnego. Tam zajmował się pisaniem newsów, produkcją krótkich filmów oraz przeprowadzaniem interwencji dziennikarskich. Z wykształcenia związany z ekonomią, ale interesuje się niemal wszystkim - od najnowszych filmów z uniwersum Marvela (#toteżkino), poprzez dramy ze świata influencerów, aż po jakikolwiek temat, który ma w sobie odrobinę technologii.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.