Opracowanie
Wydawca Fakt Premium
Przez lata porównywano wojnę Rosji z Ukrainą do I wojny światowej. Okopy, masowe ataki i wyniszczająca walka przywołują obrazy sprzed ponad wieku. Ale zdaniem historyka wojskowości Konstantina Gaivoronsky'ego najważniejsze podobieństwa kryją się nie na froncie, lecz w polityce. Putin miał wyciągnąć z historii zupełnie inne wnioski niż jego poprzednicy.
Putin nie upadnie jak car Mikołaj II? Ekspert analizuje historię Rosji Władimir Putin nie chce powtórzyć błędów cara Mikołaja II ani cesarza Wilhelma II — uważa historyk wojskowości Konstantin Gaivoronsky. Jego zdaniem Kreml dokładnie przeanalizował upadek dawnych imperiów i zrobił wszystko, aby uniknąć sytuacji, w której wojna, kryzys gospodarczy lub bunt elit mogły zagrozić władzy. Dlaczego więc Rosja Putina może wyglądać dziś zupełnie inaczej niż Rosja z 1917 roku?
Putin wyciągnął lekcje z upadku cara. Historyk ujawnia, dlaczego Rosja może przetrwać nawet klęskę wojny
W ubiegłym roku Aleksiej Bayer, redaktor naczelny pisma "The Globalist", opublikował artykuł, w którym twierdził, że prezydent Władimir Putin ignoruje najważniejsze lekcje wyniesione z I wojny światowej.
Jego zdaniem Putin może wkrótce odkryć, że Rosja jest zbyt wyczerpana, aby kontynuować walkę i — podobnie jak cesarz Wilhelm II — może stanąć w obliczu ogólnokrajowego buntu narodu wciągniętego w "zupełnie niepotrzebną, głupią i krwawą wojnę". Bayer zastanawia się, dlaczego Putin, który biegle mówi po niemiecku, nie wyciągnął najważniejszych wniosków z historii Niemiec dotyczących Rosji.
Odpowiedź jest bardzo prosta.
Po pierwsze dlatego, że Putin prawdopodobnie uważa upadek Imperium Rosyjskiego w lutym 1917 roku za ważniejszy niż los Niemiec w okresie międzywojennym.
Po drugie dlatego, że ludzie często wyciągają z historii takie wnioski, jakie chcą. Wygląda na to, że Putin rzeczywiście wyciągnął te lekcje, które uznał dla siebie za najważniejsze. Wystarczy spojrzeć na historię jego oczami.
Lekcja 1: nie mobilizuj zbyt wielu ludzi
Rosja przegrała I wojnę światową częściowo z powodu nadmiernej mobilizacji. Dziś może wydawać się to nieoczywiste, ale sto lat temu taki wniosek jasno formułowali zarówno analitycy, jak i uczestnicy tamtych wydarzeń.
Imperium Rosyjskie zmobilizowało około 15,5 mln ludzi do armii, utrzymując jednocześnie siły zbrojne liczące około 7 mln żołnierzy. Były to liczby ogromne i — zdaniem wielu wojskowych — przekraczające realne możliwości państwa.
I wojna światowa szybko przekształciła się w to, co Niemcy nazywali "Materialschlacht" — bitwę o sprzęt. O zwycięstwie decydowało nie tylko to, ilu żołnierzy można wysłać do okopów, ale przede wszystkim ilość amunicji, artylerii i wyposażenia.
Pod tym względem armia rosyjska przez całą wojnę pozostawała daleko za Niemcami. Różnice w dostępności sprzętu były od dwóch do nawet ośmiu razy większe na korzyść armii niemieckiej.
Według radzieckich specjalistów wojskowych idealna liczebność sił zbrojnych na potrzeby wojny wynosiłaby od 3 do 3,5 mln ludzi. Rosyjscy oficerowie szacowali jednak tę liczbę na 4,2 mln, wierząc, że niedobory pocisków i ciężkiej artylerii można będzie nadrobić "ludzkim materiałem".
Tak ogromna mobilizacja doprowadziła jednak do poważnych problemów. Powołanie milionów ludzi do wojska oraz pozyskanie 5 mln koni dla armii sprawiło, że w kraju zaczęło brakować rąk do pracy i zwierząt pociągowych. Problemy logistyczne narastały, infrastruktura kolejowa zaczęła się załamywać, a brak sprawnego transportu doprowadził do niedoborów chleba w Piotrogrodzie.
Efektem były masowe zamieszki i upadek monarchii. Podpułkownik Wierchowski doszedł wówczas do wniosku, że jedynym sposobem na kontynuowanie wojny będzie częściowa demobilizacja, choć sam przyznawał, że brzmi to "absurdalnie". W 1917 roku kilku wojskowych przedstawiło taki plan Rządowi Tymczasowemu.
Pomysł nie został jednak zrealizowany z powodów politycznych. Wszyscy rozumieli, że taka armia mogłaby po zakończeniu wojny zwrócić się przeciwko swoim tymczasowym przywódcom.
Dziś Putin nie ma takich ograniczeń politycznych. Jesteśmy świadkami realizacji właśnie idei, że Rosja ma armię ochotniczą, walczącą w stosunkowo niewielkich liczbach.
Niewielkich, ponieważ rosyjskie dowództwo prowadzi działania bojowe na ściśle ograniczonej linii frontu. Nie próbuje jej znacząco rozszerzać — właśnie po to, aby uniknąć konieczności kolejnej mobilizacji.
Pierwsza próba mobilizacji jesienią 2022 roku okazała się dotąd ostatnią. Co znamienne, nawet gdy Ukraina otworzyła nowy front w obwodzie kurskim latem 2024 roku, Putin wolał zwrócić się o pomoc do Korei Północnej, niż rozwieszać w rosyjskich miastach billboardy wzywające obywateli do obrony ojczyzny.
Możliwe, że Kreml będzie musiał przeprowadzić nową rundę mobilizacji w takiej czy innej formie. Na razie jednak rosyjskie działania mobilizacyjne — zarówno obecne, jak i te z 2022 roku — są nieporównywalne ze skalą I wojny światowej.
Lekcja 2. Władza ustawodawcza może odwrócić się w najgorszym momencie
Rewolucja lutowa w Rosji nie rozpoczęła się w chwili, gdy żołnierze wysłani na ulice Piotrogrodu, by stłumić zamieszki, zastrzelili swoich oficerów i przyłączyli się do demonstrantów. Prawdziwy przełom nastąpił wtedy, gdy Tymczasowy Komitet Dumy Państwowej ogłosił się nową władzą w stolicy.
Duma nadała buntowi żołnierzy w całym kraju polityczną legitymację. W momencie, gdy to się wydarzyło, naczelne dowództwo armii rosyjskiej na krótko stało się niezależnym aktorem politycznym. Generałowie musieli wybrać między lojalnością wobec dwóch ośrodków władzy: ustawodawczej, reprezentowanej przez rewolucyjną Dumę, oraz wykonawczej, której symbolem był car.
Ostatecznie uznali legitymację Dumy. Mikołaj II otrzymał ultimatum, którego nie był w stanie odrzucić, i podpisał manifest abdykacyjny.
Jeszcze przed lutym 1917 roku Duma Państwowa posiadała coś, co politologia określiłaby jako własną polityczną sprawczość. Innymi słowy: jej znaczenie i poparcie społeczne były większe niż w przypadku Mikołaja II. W chwili kryzysu okazało się to wystarczające — przy wsparciu części wojska — aby odebrać władzę carowi.
"Zwycięstwo zostało skradzione przez tych, którzy wzywali do klęski własnej armii, siali niezgodę w Rosji, rzucili się do władzy i zdradzili interesy narodowe" — powiedział Putin 1 sierpnia 2014 roku podczas odsłonięcia pomnika bohaterów I wojny światowej w Moskwie. Również Putin wyciągnął własne wnioski z tej historii.
Dziś wszelka opozycja, która mogłaby "rzucić się ku władzy", została zniszczona lub wypchnięta poza granice Rosji. System polityczny został oczyszczony z potencjalnych rywali do tego stopnia, że przypomina Kolumnę Aleksandrowską: samotna postać na szczycie, bez nikogo nie tylko obok, ale nawet w zasięgu wzroku.
Żadna instytucja państwa nie pozwala sobie na choćby najmniejszy sprzeciw wobec głównej linii Kremla. Nie sposób wyobrazić sobie dzisiejszej Dumy, która publicznie pyta: "Czy to głupota, czy zdrada?". Realna władza skupiona jest wyłącznie w rękach prezydenta.
Nawet blogerzy popierający wojnę, którzy coraz częściej krytykują decyzje wojskowych i dają upust frustracji w swoich kanałach na Telegramie, nie stanowią realnego zagrożenia dla systemu.
Parafrazując głównego ideologa rosyjskiej autokracji, Konstantina Pobiedonoscewa, dzisiejsza Rosja jest polityczną pustynią. Każdy potencjalny rywal próbujący przejechać przez ten krajobraz — nawet ktoś taki jak Jewgienij Prigożyn — nie znajdzie alternatywnego źródła legitymacji w promieniu tysięcy kilometrów.
W porównaniu ze współczesną Rosją sytuacja przed lutym 1917 roku wyglądała niemal jak polityczny ogród. Istniała Duma, działały komitety wojskowo-przemysłowe, Zemgor i inne struktury, wokół których mogła skupić się systemowa opozycja.
Lekcja 3. Nie pozwól narodzić się charyzmatycznemu rywalowi
Gdyby Putin analizował upadek cesarza Wilhelma II, zobaczyłby trzy czynniki, które doprowadziły do kryzysu: nadmierną mobilizację, parlament, który obudził się w najgorszym możliwym momencie, oraz trzecie zagrożenie — pojawienie się potężnego i popularnego dowódcy wojskowego.
Zwycięstwo w bitwie pod Tannenbergiem, odniesione pod formalnym dowództwem Paula von Hindenburga, natychmiast uczyniło z feldmarszałka narodową ikonę. Formalnie Wilhelm II nadal pozostawał głównodowodzącym, ale w oczach społeczeństwa to Hindenburg zaczął symbolizować siłę niemieckiej armii.
Jego poprzednik na stanowisku szefa Sztabu Generalnego, generał Falkenhayn, ostrzegał cesarza: "Jeśli Wasza Wysokość zgodzi się mianować Hindenburga na to stanowisko, Wasza Wysokość przestanie być cesarzem".
Wilhelm II nie miał jednak już wyboru. Społeczeństwo pokładało wszystkie nadzieje w Hindenburgu i widziało w nim gwarancję zwycięstwa. Cesarz rozumiał, że stopniowo przekształca się ze źródła władzy w jej ceremonialny symbol, ale nie był już w stanie zmienić kierunku wydarzeń.
Kraj pozostał wierny swojemu idolowi niemal do końca. W listopadzie 1918 roku mało kto zastanawiał się, co stanie się z Wilhelmem. Wszystkie oczy były zwrócone na Hindenburga.
Czy feldmarszałek pozostałby na czele naczelnego dowództwa? Tak. A skoro był Hindenburg, wielu uważało, że nadal istnieją Niemcy.
Lekcja dla każdego autokraty była jasna: z czasem popularny dowódca może przestać być atutem, a stać się zagrożeniem. Nie jest nawet oczywiste, co jest bardziej niebezpieczne — zwycięstwo odniesione z takim Hindenburgiem czy porażka bez niego.
Dlatego w Rosji Putina nie będzie nowych Hindenburgów w postaci Surowikina, Pietrowa czy innych wojskowych, których nazwisk być może nigdy nie poznamy. Nie będzie nowych Brusiłowów ani Kornilowów.
Biorąc pod uwagę skalę współczesnego aparatu represji, system Putina raczej nie jest zagrożony przez ludowe powstanie. Jeśli istnieje dla niego zagrożenie, najprawdopodobniej pochodzi ono z wnętrza samego systemu.
Tylko bardzo pobieżny obserwator mógłby pomylić bunt Jewgienija Prigożyna z prawdziwym powstaniem społecznym.
Putin wyciągnął lekcję z upadku imperiów
I właśnie tutaj sam Putin powinien nakazać swoim elitom dokładnie przeanalizować jeszcze jeden element historii I wojny światowej: sposób, w jaki Niemcy próbowały ograniczyć konsekwencje klęski i uniknąć całkowitego potępienia po przegranej wojnie.
Pod koniec I wojny światowej cesarz stał się dla niemieckiego establishmentu ciężarem. W oczach zwycięskich aliantów Wilhelm II był symbolem wojny i człowiekiem odpowiedzialnym za katastrofę, która pogrążyła Europę w latach krwawego konfliktu.
Dla niemieckich elit pojawił się więc problem: skoro nie udało się pozbyć piętna, które spadło na głowę państwa, być może można było przynajmniej zmienić jego formę.
Narodził się plan przekształcenia Drugiej Rzeszy w coś przypominającego brytyjską monarchię konstytucyjną. Demokracje przecież — jak wtedy argumentowano — nie prowadzą ze sobą wojen.
Na zewnątrz wyglądało to jak przekazanie realnej władzy Reichstagowi, którego partie większościowe utworzyły nowy rząd. Eksperyment szybko jednak wymknął się spod kontroli i przerodził się w prawdziwą rewolucję listopadową.
Co najważniejsze, nie przyniósł też oczekiwanego rezultatu. Warunki pokoju przedstawione Niemcom w Wersalu pozostały dokładnie takie same, jak gdyby Wilhelm II nigdy nie abdykował.
Prawie słyszę, jak Putin wskazuje rosyjskim elitom, że jeśli zwrócą się przeciwko niemu, same poniosą konsekwencje.
Dla autokraty najważniejsza jest kontrola, nie sama wojna
Jeśli historia I wojny światowej w odniesieniu do imperiów rosyjskiego i niemieckiego czegokolwiek uczy autokratów, to tego, że przegrana wojna sama w sobie nie jest największym zagrożeniem.
Znacznie groźniejsze jest dopuszczenie do powstania niezależnych ośrodków legitymizacji władzy. Wszystko inne — niedobory chleba czy benzyny, problemy gospodarcze, porażki na froncie — jedynie przyspiesza moment, w którym władza może zacząć przepływać z jednego centrum do drugiego.
Triumfy militarne są więc korzystne, ale kontrola nad instytucjami politycznymi okazuje się znacznie bardziej niezawodnym zabezpieczeniem.
Sama porażka wojskowa rzadko obala autorytarne reżimy. Tworzy jedynie warunki, w których elity zaczynają się dzielić i zwracać przeciwko sobie. Dopóki ten moment nie nadejdzie, system może pozostać stabilny.
Już na pierwszy rzut oka widać dwa wyraźne przykłady.
W październiku 1941 roku sytuację na froncie radziecko-niemieckim można było opisać jednym słowem: katastrofa. Niemcy znajdowali się pod Moskwą, Armia Czerwona ponosiła ogromne straty, a istnienie państwa sowieckiego było zagrożone. A jednak Związek Radziecki nie upadł.
Z kolei na początku 1945 roku Niemcy znajdowały się w sytuacji znacznie gorszej niż jesienią 1918 roku. Miasta były niszczone przez bombardowania, armie aliantów nacierały z zachodu i wschodu, a klęska była nieunikniona.
Mimo to III Rzesza walczyła aż do całkowitego fizycznego rozpadu.
Imperium Rosyjskie rozpadło się wcześniej — jeszcze zanim żołnierze Ententy pojawili się na jego terytorium. Cesarstwo Niemieckie upadło, zanim przeciwnicy wkroczyli na jego ziemie.
Dlaczego?
Ponieważ oba reżimy dyktatorskie — sowiecki i nazistowski — stworzyły później znacznie bardziej skuteczne mechanizmy kontroli: rozbudowany aparat represji oraz system indoktrynacji społeczeństwa. Nie pozostawiły przy tym miejsca dla żadnego alternatywnego centrum politycznej legitymizacji.
Putin nie ignoruje historii. On wyciągnął z niej własne wnioski
Wbrew opinii Aleksieja Bajera Putin nie tylko wyciągnął lekcje z I wojny światowej. On je także wdrożył.
Nie oznacza to oczywiście, że rosyjski system jest wieczny ani że wojna nie może doprowadzić do kryzysu. Historia nie powtarza się w identyczny sposób, a każdy autorytarny system ma własne słabości.
Jednak nie będzie prostego odpowiednika lutego 1917 roku w Rosji ani listopada 1918 roku w Niemczech. Nie będzie powtórki z historii, w której car traci władzę dlatego, że istnieje parlament gotowy ją przejąć, generałowie wybierają inną stronę, a społeczeństwo wychodzi na ulice. Dzisiejszy Kreml zrobił wszystko, aby takie scenariusze stały się jak najmniej prawdopodobne.
Artykuł powstał na podstawie tłumaczenia tekstu z serwisu The Moscow Times. Jego autorem jest Konstantin Gaivoronsky, który jest historykiem wojskowości. TUTAJ możecie wesprzeć najstarszy niezależny portal medialny w Rosji.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Co myślisz o Fakcie?
Masz ciekawy temat? Napisz do nas list!
Upał niszczy twoje leki! Mogą przestać działać, a ty nawet tego nie zauważysz
Sprzedali wszystko i zamieszkali na statku wycieczkowym. "Jest taniej"
Patrzył Putinowi prosto w oczy. Po trzech latach w Moskwie ujawnia, co naprawdę dzieje się za murami Kremla
Wiele kobiet robi to regularnie. Badanie pokazuje związek z rakiem piersi
36 lat temu Elton John był na dnie. Kokaina, alkohol i gniew niszczyły jego życie. Dziś zdradza kulisy swojej walki
Putin tego się nie spodziewał. Strach wrócił do Rosji. Jedna rzecz wywołała panikę wśród ludzi
Miał żyć 3 miesiące. Wtedy wydarzył się przełom. Rak trzustki zaczął ustępować
Najpierw fala migrantów, potem przyjazd radykałów. Ceuta eksploduje od napięć. Kulisy kryzysu u bram Europy
Upały zmienią ceny mieszkań? Ekspert wskazuje lokale, które mogą stracić najbardziej
PKP Intercity chwali się przygotowaniami do upałów. Ekspert wskazuje na najsłabszy punkt
Upał zabija, ale nie znajdziesz go w akcie zgonu. Kardiolożka wyjaśnia, co naprawdę dzieje się z organizmem
Po śmierci zaczyna się chaos. Ekspert radzi przygotować "czerwoną teczkę"
Wybuch czołgu zamienił ulicę w rzeźnię. Potem przyszła gehenna kanałów. Wstrząsające wspomnienia sanitariuszki Powstania
"Wszystko lepiło się od krwi". Powstanie Warszawskie oczami sanitariuszek. Kulisy pierwszych godzin tragedii
Możesz spalić skórę głowy i zniszczyć włosy. Dermatolog ujawnia częsty letni błąd Polaków
Gwiazdy rodzą po czterdziestce. Lekarze ostrzegają: to może dawać kobietom złudną nadzieję
Rosjanie uciekają z plaż. Strach i ceny niszczą wakacyjny raj Putina. "Latają tam drony i wyją syreny alarmowe"
Zapłacili mniej, stracili bezpowrotnie. Dermatolog ostrzega przed modą na tanie przeszczepy. "Turecka linia włosów"
Lekarz błagał ją, żeby tego nie robiła. Sharon Stone zaryzykowała wszystko po udarze
Polskie wesela w latach 90. Zamiast luksusowych sal była "budka", kiełbasa z własnej maszynki i sąsiedzi do pomocy
Cała prawda o przekopie Mierzei Wiślanej. Mamy dane, które jasno to potwierdzają
Tak namierzyli zamachowca z Berlina. Pomogła rodzina
Tajny plan rządu Niemiec. W tle obawa o bezpieczeństwo Polski
"Artykuł 207, czyli Peugeot". Co w więzieniu czeka najgorszych katów? Były osadzony ujawnia
Dawali dzieciom mniej cukru z konieczności. Po latach odkryto zaskakujący efekt
Wszyscy chcą schudnąć, ale robią jeden błąd. Profesor metabolizmu ujawnia, co naprawdę dzieje się z ciałem
Myśleli, że takie miejsca istnieją tylko w legendach. Nolan zabrał tam ekipę "Odysei"
Putin ukrywa prawdę o gospodarce? Kulisy finansowej pułapki, w którą wpada Rosja
SPF 100 to hit czy pułapka? Dermatolog mówi, czego producenci nie pokazują na opakowaniach
Za siłą Arnolda Schwarzeneggera kryje się dramat. Ta sama choroba zabrała jego matkę i babcię
Trump zmienił front? Jeszcze niedawno zapraszał Putina, dziś daje Ukrainie Patrioty i grozi Rosji
Dorota R. ma kolejne zarzuty, ale reklamodawcy się od niej nie odwracają. "Pozytywny wzorzec czy promocja patologii?"
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.