
0:00
W PiS-ie trwa obecnie przepychanka o to, czy ludzie związani z Mateuszem Morawieckim sami zrezygnowali z partii, czy z tej partii zostaną jednak wyrzuceni. Okazało się również, że były premier nie dość, że jednak rzeczywiście był doradcą Tuska, to jeszcze nie popierał 500 plus
Dominika Sitnicka
„Trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa" – ogłosił w piątek o godzinie 12.00 Jarosław Kaczyński. „We wtorek odbędzie się posiedzenie Komitetu Politycznego, który przyjmie ten fakt do wiadomości”.
Podczas własnej konferencji o godz. 14.00 Morawiecki udawał lekko zaskoczonego takim obrotem spraw. Podkreślał, że do ostatniej chwili zarówno on, jak i wszyscy jego sojusznicy próbowali ratować sytuację i za wszelką cenę utrzymać jedność partii. Mówił o składanych przez siebie propozycjach – miał m.in. zrezygnować ze stanowiska wicepremiera, by przekonać, że nie zależy mu na politycznych fruktach, a jedynie rozwoju partii. Podkreślał, że był przekonany o tym, że strategia „dwóch płuc”, ustalona zaledwie kilka miesięcy temu przynosi korzyści i powinna była być kontynuowana, bo „prawica jest wielonurtowa” i należy możliwie jak najbardziej poszerzać elektorat.
„Nie możemy się zgodzić na to, żeby przez ultimata, szantaż, uzgodniona niedawno strategia wylądowała w koszu” – stwierdził. „Nie jestem członkiem organizacji podejmujących działalność o charakterze politycznym, nie prowadzę działalności o takim charakterze w ramach takich ciał oraz nie uczestniczę w pracach, spotkaniach, wydarzeniach czy projektach realizowanych przez takie organizacje” – głosiła deklaracja, którą zobowiązani byli złożyć politycy PiS.
Kaczyński co prawda miał nie domagać się całkowitego rozwiązania stowarzyszenia, ale jego zamrożenia do czasu wyborów. Jednak punktem nie do pominięcia było podpisanie przez stronników byłego premiera lojalki.
Na to nie mogło być zgody. Morawiecki i jego środowisko deklaracje traktowali jako „upokorzenie”, o czym mówili wprost. Sam Kaczyński stwierdził, że „wszyscy wiedzieli, jakie są skutki niepodpisania deklaracji". Zatem niezłożenie jej w terminie uznał za „rezygnację” z członkostwa w partii.
Przeciwko takiemu sprawy sprzeciwiają się oczywiście ludzie Morawieckiego, podkreślający, że oni z niczego nie zrezygnowali. Że są częścią PiS od kilkunastu, dwudziestu lat, w niektórych przypadkach właściwie od powstania tego ugrupowania. Morawiecki nie mógł sam zrezygnować z partii i z niej wyjść, choćby uważał, że mu się to opłaca. Musiał doprowadzić, doczekać do momentu, w którym zostanie z niej wyrzucony, żeby nie mieć łatki zdrajcy i burzyciela.
To dlatego obecnie w mediach politycy toczą tak zacięty spór o to, czy z partii są usuwani, czy automatycznie z niej rezygnują.
I chociaż ostatecznym wykonawcą wyroku jest sam Kaczyński, to ludzie Morawieckiego zręcznie ten oczywisty fakt omijają. Kto ich zatem z PiS „wypycha”, jak lubią powtarzać? „Grupa intrygantów” wskazana z imienia i nazwiska – Jacek Kurski, Jacek Sasin, Patryk Jaki. Dobry car został omotany przez złych bojarów.
„Jarosław Kaczyński pozostaje najwybitniejszym politykiem 35 lat, ale Maślarze prowadzą PiS do klęski. Myślę, że nadejdzie taki dzień, gdy Prezes ich pogoni i razem pójdziemy po zwycięstwo” – napisał w social mediach jeden ze „zrezygnowanych” z PiS, Ryszard Terlecki.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.