
Właśnie skończyłem "The Girl Next Door" Jacka Ketchuma i chyba pierwszy raz w życiu muszę przyznać, że horror prawie mnie pokonał. Przez lata przeczytałem chyba wszystko co można było od Kinga, Mastertona czy Barkera. Filmowo też siedzę w ekstremie – "Nekromantik", "Melancholie der Engel", "Men Behind the Sun", "Aftermath" i całą masę innych eksploatacyjnych czy transgresyjnych rzeczy mam na domowych nośnikach i nie robią już na mnie większego wrażenia. Mogę je oglądać do śniadania. A tutaj... było mi fizycznie źle. Nie przez ilość przemocy ani opisy. Przez świadomość, że to wszystko jest takie... kretyńsko wręcz zwyczajne. To nie jest historia o demonach, potworach czy psychopacie z nadludzkimi zdolnościami. Największym horrorem tej książki jest to, jak zwyczajni ludzie krok po kroku przyzwyczajają się do zła. Jak przemoc staje się normą, a świadkowie zamieniają się we współsprawców. A najgorzej, że główny bohater przez większość czasu po prostu... patrzy. To chyba pierwszy horror, przy którym kilka razy miałem ochotę książkę odłożyć, bo zwyczajnie źle się czułem. A jednocześnie nie potrafiłem przestać czytać. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że tę książkę "polecam". Bardziej uważam, że to doświadczenie, którego długo nie zapomnę. Jestem ciekaw, czy ktoś z Was miał podobną reakcję, czy jednak uważacie, że legenda tej powieści jest przesadzona? submitted by /u/BattleaxeAlDente [link] [komentarze]
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.