Polityczny skandal, strach przed Służbą Bezpieczeństwa i teczki pełne zakazanych rysunków. Po publikacji satyrycznego rysunku, który wywołał burzę w Lublinie i trafił na biurko generała Jaruzelskiego, młody autor usłyszał ostrzeżenie: „Mogą po ciebie przyjść”. Wtedy podjął decyzję, by ukryć swoje najbardziej ryzykowne prace głęboko pod ziemią. Wiele pytań i jedna decyzja Czy przyjdzie po mnie Służba Bezpieczeństwa ? Czy wyrzucą mnie z liceum? Te i inne pytania zadawałem sobie po tym, jak mój rysunek z Jaruzelskim wywołał polityczną burzę w Lublinie i (jak się wkrótce dowiedziałem z dobrze poinformowanego źródła) trafił na biurko samego generała. Pocieszałem się, że moje antysocjalistyczne rysunki są bezpieczne. Ukryte kilka metrów pod ziemią, kilkanaście metrów od ulicy, po której codziennie przejeżdżały setki samochodów. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Ale zanim to się stało… Pieczątki cenzury na odwrocie rysunków Szczepana Sadurskiego, 1983-1985. Kilkadziesiąt jego rysunków nie dostąpiło tego zaszczytu. Dopóki była cenzura i PRL – nie mogły ukazać się w prasie „Mogą po ciebie przyjść” Gdy usłyszeliśmy szkolny dzwonek na przerwę i dobiegła końca lekcja francuskiego i wszyscy ruszyli na korytarz, podeszła do mnie nauczycielka, pani Halina i powiedziała spokojnie: – Muszę z tobą porozmawiać, grozi ci niebezpieczeństwo. Tą sprawą żył cały Lublin, a na pewno środowisko dziennikarskie. Naczelny „Kuriera Lubelskiego” żegnał się z posadą, cenzor który nieopatrznie puścił do druku z pewnością miał poważny problem (o ile jeszcze pracował), a Kazimierz Pawełek , autor Szopki którą zilustrowałem też przeżywał rozterki. Do tego ja – najmłodszy w tym towarzystwie, autor skandalu, nieświadomy konsekwencji które mają nastąpić. W każdej chwili wszystko mogło nastąpić i cokolwiek by to było – nie była do pozytywna wizja. A ja nic nie mogłem zrobić, nikogo przeprosić, wytłumaczyć się. Ale za co? Że miałem tak mało oleju w głowie, że zrobiłem rysunek, który każdy inny bałby się zrobić? – Na pewno masz podobne rysunki. Nie możesz ich trzymać w domu. Musisz je głęboko schować albo oddać najbardziej zaufanej osobie do przechowania. W każdej chwili mogą po ciebie przyjść, będziesz miał wielkie nieprzyjemności. Możesz dostać wilczy bilet i nigdy nie skończysz szkoły. Uważaj na siebie. Zanim usłyszane słowa doszły do mojej świadomości, była już kilka metrów dalej. Nie, takich słów nie mówi nauczyciel uczniowi z byle powodu. A ona wiedziała więcej niż ja. I chyba bała się tego co może nastąpić, nie mniej niż ja. Szczepan Sadurski, 1987. W tym miejscu powstały setki rysunków, także te w stanie wojennym. Foto: Ivan G. Rysunki dla gazety i Solidarności Alojzego Leszka Gzellę poznałem w 1981 roku, miałem 16 lat. Był sekretarzem redakcji „Kuriera Lubelskiego”, doświadczonym redaktorem. Chyba już wtedy pisał Leksykon dziennikarzy lubelskich. Wszystkich znał. I go poznałem, bo chciałem rysować i publikować, więc wziąłem trochę moich rysunków i poszedłem do „Kuriera Lubelskiego”. Zresztą poszedłem też do redakcji Wprost – ukazującego się poza cenzurą Biuletynu Związkowego NSZZ Solidarność Regionu Środkowo-Wschodniego. Mieściła się blisko Bramy Krakowskiej, a równocześnie też miejsca, gdzie mieszkałem. Wystarczył przejść pod górę Żmigrodem, a potem Królewską – kilka minut spacerem. Przed stanem wojennym zdążyli wydrukować kilka moich rysunków, na szczęście bez mojego nazwiska i celowo narysowanych kreską, nie za bardzo podobną do moich innych rysunków. Dwie wersje rysunku Szczepan Sadurskiego: na potrzeby wydawnictw niezależnych oraz wszystkich innych Jaruzelski z rogami i Wałęsa jako kocur Ale teraz wszyscy wiedzieli. Jaruzel w czarnych okularach z fajfusem między nogami, kilka słynnych postaci opozycji, na czele z kotem – Wałęsą. Każdy wiedział, że autorem rysunku który wywołał burzę, jest Szczepan Sadurski. Ale nie wiedzieli, że to niepełnoletni uczeń liceum plastycznego. Przed kioskami w Lublinie ustawiały się kolejki. Niektórzy kupowali po kilka egzemplarzy bo poszła plotka, że mają wycofać z kolportażu. Tym co nie zdążyli, koniki sprzedawali egzemplarz z dużą przebitką cenową. Tylko dlatego, bo był tam mój rysunek – winieta Szopki Noworocznej . Zrobiony na ostatnią chwilę, więc nikt w redakcji ani w siedzibie lubelskiej cenzury dokładnie nie sprawdzał, co to za ludki są na tym obrazku. 2016. Szczepan Sadurski w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku jako przewodnik – świadek historii Schowek, którego nie miała znaleźć SB Nie wiem, jak wytrzymałem do końca innych lekcji jakie były tego dnia, wiem jedno: kombinowałem, gdzie ukryć rysunki. Najlepsze co wymyśliłem, to piwnica w moim domu. W wiekowej kamienicy w centrum Lublina, na Bernardyńskiej, w której mieszkałem od zawsze. I którą odwiedzałem głównie zimą, bo tu był węgiel, którym piecami węglowymi ogrzewaliśmy mieszkanie. Wystarczyło wziąć klucz, zejść trzy kondygnacje niżej, wysokimi, krętym schodami. Otworzyłem kłódkę i rozejrzałem się wokół niemal ciemności. Już miałem wymyślone, gdzie schowam paczuszkę: między wielkie deski ułożone na wielkiej półce, nad sufitem. Rysunków było trochę i te „niebezpieczne” odkładałem oddzielnie, do dwóch szarych, tekturowych skoroszytów A4, zawiązywanych brzegami białymi tasiemkami. Kilkaset kartek i kartoników z rysunkami i komiksami, dwa wypełnione skoroszyty, opatuliłem dookoła zwykłymi gazetami. Nawet nie pomyślałem, żeby włożyć w folię czy coś solidniejszego, ale chciałem to zrobić, zanim po mnie przyjdą. I ocalić. Obecnie rysunki Szczepana Sadurskiego można spotkać w publikacjach na temat stanu wojennego Rysunki nadgryzione przez myszy Skończyło się na strachu. Jaruzelski (jak się potem dowiedziałem) obejrzał rysunek i chyba nawet mu się spodobał. W każdym razie nie dał przyzwolenia na wyciąganie dalekosiężnych konsekwencji w stosunku do mnie, redakcji i innych, którzy przyczynili się do skandalu. Generał był fanem karykatury, zresztą Eryk Lipiński któregoś razu zaprosił go do Muzeum Karykatury i osobiście oprowadzał. Nigdy nie było okazji, abym Erykowi opowiedział tę historię. Kilka lat po ukryciu rysunków w piwnicy doszedłem do wniosku, że wystarczy. Przyniosłem na górę paczuszkę nagryzioną lekko przez myszy i z zaciekawieniem oglądałem swoje dawne prace. Drukowałem już w „Szpilkach” i innych znanych czasopismach polskich. W „Kurierze Lubelskim” też nadal drukowałem. A w redakcji wszyscy patrzyli na mnie inaczej niż na chłopaczka, który kilka lat wcześniej pokazał tu swoje pierwsze rysunki. I uważniej przyglądano się, co jest na rysunkach. Służba Bezpieczeństwa: (c) Szczepan Sadurski / Historia . Sadurski.com
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.