Wojsko zdało egzamin, cywilna część państwa go oblała - tak eksperci, z którymi rozmawiała Wirtualna Polska, oceniają noc, gdy na Lubelszczyźnie spadł rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Syreny zawyły, ale za nimi nie poszła żadna informacja. - Tego się nie da odzobaczyć - mówi WP prof. Daniel Boćkowski o konferencji premiera i ministrów.
W nocy ze środy na czwartek na Lubelszczyźnie zawyły syreny. Nie poszła za nimi żadna informacja - ani co się dzieje, ani co ludzie mają robić. Rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 spadł na pole pod Tarnawą-Kolonią, a mieszkańcy w zasadzie do rana nie wiedzieli, dlaczego obudził ich alarm. Eksperci pytani przez Wirtualną Polskę mówią zgodnie: to nie wojsko zawiodło, tylko komunikacja strategiczna państwa.
O pocisku wiedzieli wojskowi - obiekt był widoczny na radarach. Nie wiadomo natomiast, czy i kiedy strona polska dostała ostrzeżenie z Ukrainy, że coś leci w stronę naszego kraju. Tymczasem mieszkańcy do rana nie wiedzieli co się właściwie stało.
Mejza zakpił z Tuska w Sejmie. Tak zareagował premier. Jest nagranie
Alertu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa o zagrożeniu powietrznym mieszkańcy nie dostali. Wirtualna Polska zapytała RCB, dlaczego system powiadomień nie zadziałał tej nocy i jak Centrum ocenia własną reakcję. Do publikacji tego tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Szef MSWiA Marcin Kierwiński bronił działań służb. - Będziemy przyglądać się tej procedurze, ale od strony procedur każdy obywatel był poinformowany, co się stało - przekonywał.
Poradnik miał pomóc, a serwery padły
Dzień po tym, jak system alertów nie wysyłał ostrzeżeń, RCB już odezwało się do Polaków SMS-em. W piątek rano mieszkańcy dostali wiadomość z linkiem do rządowego poradnika bezpieczeństwa - jak przygotować się na zagrożenie, co spakować na wypadek ewakuacji, jak się zachować.
Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Zainteresowanie poradnikiem okazało się na tyle duże, że serwery padły i nie dało się go pobrać. Kto odpowiada za przygotowanie strony do takiego ruchu — na razie nie wiadomo.
Brak alertu w nocy, poradnik nie do pobrania dzień później. Ale najlepszym podsumowaniem tych dwóch dni są słowa samego premiera, który podczas czwartkowej konferencji prasowej przyznał z rozbrajającą szczerością, że nie zna sygnałów alarmowych. - Biję się w piersi, też nie czuję się wybitnie przeszkolony, jeśli chodzi o syreny - stwierdził premier.
Procedury sprawdzone. Wypadły źle
Eksperci pytani przez Wirtualną Polskę mówią wprost: państwo nie ma pomysłu, jak rozmawiać z obywatelami o zagrożeniu.
Dr Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego mówi WP, że do zrobienia jest bardzo dużo, a wpadki przyszły dwie, jedna po drugiej. - Najpierw zawyły, prawidłowo, syreny, ale nie było za tym żadnej komunikacji, co się wydarzyło - ocenia. Drugą była historia z poradnikiem. Na słowa premiera o sygnałach alarmowych ekspert reaguje krótko. - Nie chcę tu komentować. To komentuje się samo - mówi.
Piekarski zwraca uwagę, że taka noc jest sprawdzianem dla procedur i nawyków bezpieczeństwa. Ten sprawdzian pokazał, gdzie państwo ma dziury.
Ekspert zastrzega, że polityczna nawalanka niczego nie wnosi - nazywa ją wylewaniem krokodylich łez. Zamiast tego proponuje przegląd procedur. - Musimy sprawdzić, co zadziałało, a co nie. O dziwo, tym razem wszystko po stronie wojskowej zadziałało. A po stronie cywilnej nie - ocenia. I dodaje, że jedynym wyjściem są ćwiczenia. - A potem i tak wszystko zweryfikuje kolejna taka sytuacja. Bo ona się zdarzy, prędzej czy później - wskazuje.
Tym razem, jak tłumaczy dr Piekarski, mieliśmy szczęście, bo pocisk spadł na pole. - A co się stanie w sytuacji, gdy pocisk spadnie na dom mieszkalny, blok, szkołę czy sklep? Jak będziemy się komunikować ze społeczeństwem? - pyta wrocławski akademik.
Jeżeli procedury się nie poprawią, to w kryzysowych sytuacjach będzie, jak mówi ekspert, pojawiać się panika, dezinformacja, a nawet chęć ucieczki z zagrożonych obszarów. I - zastrzega - musimy być na to przygotowani.
Piekarski wskazuje na deficyty po stronie odporności cywilnej i stawia kolejne pytania. Jak na zagrożenie przygotowane są uczelnie? A szpitale? Szkoły, żłobki, przedszkola? - Co miałbym powiedzieć studentom? Co mieliby zrobić np. kolejarze w pociągach? W ich instrukcjach o zagrożeniach na czas konfliktu nie ma nic, a niektóre procedury zostały metodą kopiuj-wklej przeniesione z czasów PRL - krytykuje.
"Tego się nie da odzobaczyć"
Ostrzej ocenia to prof. Daniel Boćkowski z Uniwersytetu w Białymstoku. Pytany o spójność przekazu polityków i o czwartkową konferencję premiera z ministrami, odpowiada krótko: - Tego się nie da odzobaczyć.
Z kolei o rozesłanym SMS-em linku do poradnika mówi równie zwięźle: nie tak powinno to wyglądać.
Boćkowski nie ma wątpliwości, że temat bezpieczeństwa i sygnałów alarmowych rozmija się z ludźmi. - Generalnie między rządzącymi a obywatelami kwestie bezpieczeństwa, sygnałów alarmowych, przygotowań, mówiąc kolokwialnie, "nie żre". Dla mnie to, co się wydarzyło, jest załamujące - mówi.
Najmocniej uderza w premiera. - Jest z pokolenia, które uczyło się sygnałów, powinien je znać. A mówi do ludzi: "nie przejmujcie się, ja też tego nie znam" - dodaje.
Boćkowski przypomina, że zaledwie tydzień wcześniej w całym kraju odbyły się ćwiczebne uruchomienia syren. Jego zdaniem powinny za nimi pójść informacje: jakie są sygnały, co oznacza włączenie alarmu, a co jego odwołanie. I komunikat do ludzi co robić, gdzie się skryć, choćby odejść od okien. Tak się nie stało. - W efekcie te ćwiczenia niczemu nie służyły. Zrobiono to zgodnie z polską jakością, a ona brzmi "jakoś to będzie" - złości się.
Zachód nauczył się na własnych kryzysach
Boćkowski nie ma złudzeń: na sygnały alarmowe ludzie zaczynają zwracać uwagę dopiero wtedy, gdy zagrożenie przestaje być teoretyczne. Tak było na Zachodzie, gdzie alerty pojawiały się częściej, choćby ze względu na zagrożenie terrorystyczne. Dopiero kolejne kryzysy sprawiły, że mieszkańcy zaczęli słuchać komunikatów.
Pamięć jest krótka i Boćkowski nie ma złudzeń, że tym razem będzie inaczej. Wnioski z czwartkowej nocy prędzej czy później trafią, jak przewiduje, do szuflady.
— Ale po co denerwować ludzi, po co się wystawiać na strzał opozycji? Po co uczyć ich reagowania kryzysowego? - pyta gorzko.
Zainteresowany problematyką bezpieczeństwa: wewnętrznego i międzynarodowego. Najczęściej pisze o mundurowych z wojska i policji oraz służbach specjalnych. Zajmował się problematyką przez siedem lat w "Fakcie" i "Super Expressie", a od 2021 r. w Wirtualnej Polsce. Współautor kilku książek. Zakochany w Juventusie ale to miłość bez przyszłości.
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.