Żadne schrony podczas bombardowania. Podążasz za narracją, że schrony to bezpieczeństwo, ale zostały one zaprojektowane na zupełnie inne warunki
Zwróć uwagę, jak bardzo rozmija się to, czego uczą przepisy i podręczniki, z realiami współczesnej wojny. Schrony przeciwlotnicze, które wciąż pojawiają się w narracjach o „ochronie ludności”, projektowano na zupełnie inne typy bombardowań niż te, które dziś widzimy na nagraniach z Ukrainy, Gazy czy Syrii.
Schron – w rozumieniu technicznym – to budowla ochronna o konstrukcyjnie zamkniętej, hermetycznej obudowie, zapewniająca ochronę przed „założonymi czynnikami rażenia” ze wszystkich stron.[18][10] Projektuje się go na określone nadciśnienie fali uderzeniowej oraz z odpowiednim współczynnikiem osłabienia promieniowania jonizującego.[17] W dokumentach wygląda to dobrze: jest lista norm, parametrów, wytrzymałości, podział na schrony odporne na bezpośrednie uderzenie bomby burzącej, na pośrednie skutki, szczeliny przeciwlotnicze itd.[3][1]
Problem w tym, że większość „schronów”, którymi się dziś straszy albo pociesza ludzi, to albo przestarzałe, nieutrzymywane budowle, albo w praktyce zwykłe piwnice, garaże czy „ukrycia”, czyli obiekty niehermetyczne, chroniące tylko od części kierunków rażenia.[18][6] Najwyższa Izba Kontroli wprost pisze: „W schronie się nie schronisz” – większość istniejącej infrastruktury nie spełnia wymagań nowoczesnej ochrony ludności.[6]
Współczesne bombardowanie to nie zrzucanie kilkukilogramowych bomb burzących z wysokości kilku tysięcy metrów w rozproszonej zabudowie. To:
Schron projektowany na „nadciśnienie P ≥ 0,02 MPa”[17] może wyglądać dobrze w tabelce, ale czy faktycznie ma sens, gdy cały wielokondygnacyjny blok nad nim składa się jak domek z kart? Teoretycznie „pełnoprawny schron powinien przetrwać zawalenie się na niego budynku”[4], mieć awaryjne wyjście, filtrowentylację, własne źródła wody i prądu itd. – tylko że takich obiektów jest skrajnie mało, a to, co większość ludzi uważa za „schron”, to piwnica albo garaż podziemny.
Garaż podziemny „będzie stanowił lepsze ukrycie niż przebywanie na otwartej przestrzeni podczas bombardowania”[5], ale to wciąż nie jest schron. Podobnie jak piwnica bloku – nie można jej rozpatrywać jako schronu przeciwlotniczego.[4] To raczej „miejsce doraźnego schronienia”, jak określają strażacy – przydatne na krótkotrwałe ekstremalne zjawiska pogodowe lub ograniczoną ochronę „przed czynnikami rażenia oddziałującymi z określonych stron (czyt. podczas bombardowania)”.[20]
Do tego dochodzi kwestia gazów, ognia, zadymienia, zawaleń i uwięzienia ludzi w środku. Hermetyczność, która w teorii chroni przed środkami chemicznymi i pyłem promieniotwórczym, w praktyce bywa iluzją – bo instalacje są nieszczelne, drzwi nie mają odpowiednich parametrów, systemy filtrowentylacji nie działają albo nie istnieją.[18][4]
Właśnie dlatego wiele nowoczesnych opracowań o ochronie ludności zaczyna od brutalnego stwierdzenia: prawdziwy schron to nie piwnica i nie garaż, a większość dostępnej infrastruktury NIE spełnia standardów, które sugeruje narracja o „bezpiecznym zejściu do schronu”.[6][18]
Paradoks polega na tym, że jednocześnie nadal powtarza się ludziom stare zalecenie: „po ogłoszeniu alarmu lotniczego należy bezwzględnie zejść do schronu – to jedyne rozwiązanie gwarantujące przeżycie nalotu”.[4] Tymczasem realnie:
Narracja o schronach jako gwarancji bezpieczeństwa jest więc w dużej mierze psychologicznym placebo – ma dać ludziom poczucie, że „państwo się nimi zajęło” i że „gdzieś tam są schrony”. Tymczasem:
Z politycznego i propagandowego punktu widzenia schrony są świetnym narzędziem: można pokazać mapę, uchwalić rozporządzenie, użyć technicznych definicji, ogłosić program „modernizacji”, a społeczeństwo uwierzy, że „jest plan” i „jest system”. Ale w momencie faktycznego bombardowania liczy się coś innego:
Bez tego „schron” pozostaje w dużej mierze pojęciem z dokumentów – a nie gwarancją przetrwania.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.