
Sytuacja na polsko-białoruskiej granicy po zmianie władzy wcale się nie poprawiła, nowi rządzący przejęli zaś retorykę poprzednich. Teatr chce na to odpowiadać, czego dowodem spektakl „Czekając na barbarzyńców” w krakowskiej Łaźni Nowej. Przedstawienie Bartosza Szydłowskiego nie jest jedynie manifestacją możliwości szybkiego reagowania na rzeczywistość, ale probierzem społecznych nastrojów. Wraz z poprzednim przedstawieniem szefa Łaźni – „Procesem Eligiusza Niewiadomskiego” – wpisuje się w wyraźny w jego nowej twórczości nurt obywatelskiego oporu.
Na granicy zmieniła się władza, nie polityka
Nie tak miało być. Kiedy machina państwa PiS rozpoczęła operację nienawiści przeciw Agnieszce Holland z powodu jej filmu „Zielona granica” , stając po stronie reżyserki czuliśmy się wśród swoich. Minęły lata, a sytuacja na granicy się nie zmieniła. Nowa ekipa rządząca zapomniała o obietnicach, za to poczuła koniunkturę w powtarzaniu narracji poprzedników, czasem w celowo ostrzejszej jeszcze formie. Symbolicznym tego aktem było czasowe zawieszenie prawa do azylu. Odnawiamy zatem po wielokroć przerabianą lekcję obserwując, jak wiele musi się zmienić, aby w istocie nie zmieniło się nic.
Myślałem o tym, oglądając w krakowskiej Łaźni Nowej dwa ostatnie przedstawienia Bartosza Szydłowskiego . Do „Procesu Eligiusza Niewiadomskiego” oraz „Czekając na barbarzyńców” przylgnęło określenie „teatr obywatelski”, szef Łaźni Nowej się od niego delikatnie odżegnuje, podkreślając, że w swych pracach zawsze szuka metafory. Tyle że jedno nie przeszkadza drugiemu, siła politycznego przekazu nie unieważnia wycieczek ku sprawom ponadczasowym, szukania motywacji postaci w mechanizmach społecznego nacisku i skomplikowanej, choć to określenie niewiele konkretnego znaczy, ludzkiej naturze.
Po tym spektaklu nie należy spodziewać się wiernej adaptacji książek J.M. Coetzeego . Jakiś czas temu w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu powstał szlachetny w intencjach spektakl Marka Fiedora, ale kłuł w oczy archaiczną formą dawnej alternatywy, a przede wszystkim pokazał, że „Czekając na barbarzyńców” przetłumaczyć na język sceny w wymiarze jeden do jednego chyba zwyczajnie się nie da. Wychodzi z niej wówczas natrętna dość retoryka, w lekturze przykrywana przez wyrafinowaną literacko formę. Postaci zdają się nośnikami racji, trudno tchnąć w nie prawdziwe życie, dać im bolesny konkret, mocno związać z ziemią.
Sędzia przeciw aparatowi państwa
Dlatego w Łaźni Nowej powstało przedstawienie jedynie inspirowane powieścią noblisty, czerpiące z niej zarys konfliktu między postaciami, ale na nowo definiujące ich relacje. W scenariuszu Krzysztofa Szekalskiego i Łukasza Drewniaka Sędzia stała się kobietą. Gra ją olśniewająco Marta Zięba, wspaniale łącząc w swojej roli temat prawa oraz uczuć i słabości.
W nieubłaganych starciach z prokuratorem (Krzysztof Zarzecki) jest twarda, ale i krucha, jakby nie była gotowa na bezwzględność adwersarza. Za nim stoi mechanizm i aparat państwa, zestaw restrykcyjnych obwarowań prawnych, a jakby było trzeba – aparat odpowiednich służb. Po jej stronie są powracające senne koszmary, miłosne zapomnienia, ale przede wszystkim ciche, aczkolwiek pewne swego człowieczeństwo.
„Czekając na barbarzyńców” z Łaźni Nowej ustawia w centrum walkę postaw Sędzi i Prokuratora. Gra go z zimnym metalicznym spokojem Krzysztof Zarzecki, uosabiając wszystkie dane z góry przywileje silniejszego, przyznane przez państwo, zagwarantowane przez prawo i miejsce na społecznej drabinie. Zarzecki jest jak zręczny manipulator, cyniczny orator bez sumienia, pewny swych przewag polityk, gotów rzucać najcięższe oskarżenia bez jakichkolwiek konsekwencji dla samego siebie.
Spektakl Szydłowskiego, choć utopiony w tu i teraz i przez to w jakimś stopniu interwencyjny, unika dosłownych odniesień do ludzi z pierwszych stron gazet, ale Stroll Zarzeckiego znalazłby intelektualnych i duchowych braci wśród polityków głównego nurtu, dobrze znanych z imienia i nazwiska. Wszystkich, którzy bezdusznie grają dramatem na granicy, wykrzykując jeden przez drugiego nośną formułę „murem za mundurem”.
Zabójca Narutowicza wchodzi do struktur siły
Świetna rola Zarzeckiego zdaje się rewersem jego potężnej tytułowej kreacji w „Procesie Eligiusza Niewiadomskiego”. Jako zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza miał w tamtym przedstawieniu wiernie odtworzoną z archiwalnych zapisów mowę obronną, przeradzającą się w podszyty brunatnym szaleństwem atak na państwo z tektury oraz jego obywateli.
Przywołanie zdarzeń sprzed wieku zaowocowało widowiskiem piorunująco aktualnym, bowiem w chorym, ale przerażająco logicznym występie Eligiusza łatwo rozpoznawaliśmy hasła z niedawnych kampanii, programy zyskujących na znaczeniu polityków, odpowiedzialnych za postępujące faszyzowanie Polski. A przy tym Zarzecki pokazywał to wstrząsająco.
Bez krzyku, mocnych gestów, akcentowania wewnętrznej maligny bohatera. Cichym, przeszywającym głosem, lekko wilgotnymi oczami, ukradkiem ocierając czoło i kąciki ust. Od doświadczania jego Eligiusza po plecach szedł zimny dreszcz. A teraz – w „Czekając na barbarzyńców” nowy Eligiusz wszedł w struktury siły. Sam sądzi, ale nie jest sądzony.
Od wielkich widowisk do moralnego osądu
Ciekawe, że przed „Procesem Eligiusza Niewiadomskiego” zrealizował Szydłowski adaptację „Czerwonego i czarnego” Stendhala , wracając w ten sposób do teatru wielkiej skali spod znaku swych dawnych inscenizacji – „Konformisty 2029” i „Śniegu”.
Dla rekonstrukcji procesu zabójcy Narutowicza znalazł jeszcze inną formę, mieszając dokument (wszystkie słowa są wzięte z autentycznych zapisów) z frenetycznym epilogiem, w którym dochodzi do ekstatycznego „przebóstwienia” Niewiadomskiego, z oskarżonego stającego się nowym bohaterem, ludowym trybunem zza grobu, bratem i przewodnikiem w ideologii.
Mimo że proces sądowy jest dla teatru (i kina) materią wymarzoną, a powieść Coetzeego wraz ze współczesnym kontekstem układa się w dojmującą całość, ostatnie przedstawienia Szydłowskiego zdecydowanie ciążą ku ascezie, skupiając się nie na inscenizacyjnych atrakcjach, a moralnej wykładni działań postaci.
Nie bez przyczyny ważnym odniesieniem w nowym krakowskim spektaklu jest historia Issy Jerjosa, 24-letniego Syryjczyka, zmarłego z wycieńczenia podczas kryzysu uchodźczego w polskiej strefie przygranicznej. Issa to Jezus, stąd tytuł książki Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”. I stąd cicha konsekracja jeszcze jednego człowieka, który za swoją walkę zapłacił cenę życia.
Małgorzata Szydłowska na scenie Łaźni zbudowała tratwę i tam umieściła postaci wzięte od autora „Hańby”. Tratwa jest prawdziwa, ale i metaforyczna, nie wiadomo, dokąd wszyscy nią płyniemy. Jesteśmy nielegalni czy legalni, czekamy na barbarzyńców, czy odkrywamy ich w sobie. Przed laty zrobił Bartosz Szydłowski własną wersję „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego . Teraz, z ostatnimi swymi przedstawieniami, odwraca gest Filipa Mosza z „Amatora” – kieruje oko kamery na nas, każe nam przejrzeć się w tych obrazach.
I zamiast kina mamy nowy teatr moralnego niepokoju. Na nasze czasy.
Autor jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny. 30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy. Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę
Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo
Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
TP Online: dostęp roczny online
Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2026
Inne artykuły tego autora
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.