Wenecja szykowała się na przybycie niezwykłego gościa. Do laguny miał wpłynąć "Boardwalk" - 117-metrowy superjacht należący do Tilmana Fertitty, miliardera i ambasadora Stanów Zjednoczonych we Włoszech. Na nabrzeżach czekali jednak nie tylko przedstawiciele włoskich elit i dyplomaci. Na ulice wyszli też mieszkańcy.
Kilkuset protestujących przeszło przez centrum miasta z transparentami: "Venezia non si USA" oraz "No space for billionaires" . Hasło "Venezia non si USA" było grą słów - można je odczytać zarówno jako "Wenecja nie jest USA" , jak i "Wenecja nie jest do wykorzystywania" . Na innych transparentach widniały napisy: "Make America Read Again" czy "Oligarch in saor" , nawiązujący do tradycyjnej weneckiej potrawy z sardynek.
Wenecja protestuje przeciwko wizycie ambasadora na superjachcie
Dla protestujących wizyta amerykańskiego ambasadora nie była kolejnym wydarzeniem z dyplomatycznego kalendarza. Stała się symbolem miasta, które - ich zdaniem - coraz bardziej przypomina luksusowy kurort dla najbogatszych, a coraz mniej miejsce do życia.
DLA CIEBIEWygląda jak pomidor. Na widok tej sałatki goście zaniemówią z wrażenia
Organizatorzy demonstracji, w tym ośrodek społeczny Morion, przekonywali, że Fertitta uosabia politykę administracji Donalda Trumpa.
Protesty wpisały się w szerszy spór o przyszłość Wenecji. Miasto od lat zmaga się z masową turystyką, gwałtownym wzrostem cen nieruchomości i odpływem stałych mieszkańców. Dla wielu Wenecjan przypłynięcie kolejnego superjachtu z miliarderem na pokładzie stało się symbolem problemu, z którym żyją na co dzień.
Fertitta patrzy na swoją podróż zupełnie inaczej. Nazywa ją "dyplomacją przybrzeżną" i przekonuje, że rejs wzdłuż włoskiego wybrzeża ma służyć budowaniu relacji między Stanami Zjednoczonymi a Włochami.
Ambasador odwiedza kolejne porty, spotykając się z politykami, przedsiębiorcami i przedstawicielami lokalnych władz. Plan zakłada wizyty w 13 regionach z okazji 250. rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych.
Sam miliarder wielokrotnie mówił o swoim sentymencie do Włoch, choć nie posługuje się językiem włoskim. W przeszłości bez powodzenia próbował również kupić klub piłkarski AC Milan.
Mimo tych deklaracji wielu Włochów pozostaje sceptycznych. Zwraca uwagę, że goście zapraszani na pokład luksusowego jachtu reprezentują przede wszystkim polityczne i biznesowe elity, a nie zwykłych obywateli.
Kto płaci za "dyplomację przybrzeżną"?
To jednak dopiero początek kontrowersji. Znacznie większe emocje we Włoszech wywołało pytanie, kto płaci za bezpieczeństwo ambasadora podróżującego prywatnym superjachtem.
Prywatny rejs megajachtem szybko stał się przedmiotem politycznego sporu. Najostrzej zareagował Angelo Bonelli, poseł Sojuszu Zielonych i Lewicy (AVS) oraz współrzecznik partii Europa Verde, który zapowiedział interpelację parlamentarną.
Jak podkreślił, ambasador korzysta z ochrony odpowiadającej najwyższemu poziomowi ryzyka. Oprócz funkcjonariuszy z wyspecjalizowanej jednostki eskortowej z Rzymu w zabezpieczenie jego podróży zaangażowane są służby morskie, lotnicze oraz lokalne władze portowe.
W praktyce oznacza to również czasowe zamykanie fragmentów włoskiego wybrzeża. W Le Castella w Kalabrii akwen o promieniu jednej mili morskiej pozostawał wyłączony z żeglugi, postoju, kotwiczenia, pływania i połowów przez dwa dni.
Bonelli przekonuje, że skala zabezpieczeń jest nieproporcjonalna.
Dlaczego bezpieczeństwo ambasadora USA płynącego na swoim prywatnym megajachcie miałoby być gwarantowane przez włoskie siły morskie i powietrzne z włoskich zasobów państwowych? Dlaczego amerykańskie służby bezpieczeństwa nie są wysyłane? Ilu ludzi i sprzętu odrywa się od ochrony wybrzeża? I ile to wszystko kosztuje włoskich obywateli? - pytał.
Rząd musi wyjaśnić porozumienia zawarte z ambasadą USA i przesłać rachunek Trumpowi. Włochy nie mogą stać się bezpłatną eskortą prywatnego megajachtu ambasadora USA - podsumował. Fertitta nie wzbudził większych emocji w Waszyngtonie. Jego nominacja wpisywała się w amerykańską tradycję powierzania prestiżowych placówek dyplomatycznych zamożnym darczyńcom prezydentów. Miliarder przekazał około milion dolarów na kampanię Trumpa w 2024 r. za pośrednictwem różnych podmiotów, a Senat zatwierdził jego kandydaturę przy zaledwie 14 głosach sprzeciwu.
Po objęciu stanowiska Fertitta zacumował swój luksusowy jacht na północ od Rzymu. Przez pierwszy miesiąc urzędowania mieszkał właśnie na pokładzie i - według medialnych doniesień - "dojeżdżał" do ambasady helikopterem, podczas gdy oficjalna rezydencja ambasadora przechodziła remont. Ambasada podkreślała wówczas, że koszty modernizacji pokrył z własnych środków.
Superjacht zamiast ambasady. Nowy styl dyplomacji Fertitty
Włoskie media szybko ukuły określenie "dyplomacja przybrzeżna", opisując nietypowy styl pracy amerykańskiego ambasadora. Zamiast prowadzić większość spotkań w Rzymie, Fertitta odwiedza kolejne porty i przyjmuje gości na pokładzie wartego setki milionów dolarów superjachtu.
Dla jednych to świeże spojrzenie na dyplomację, dla innych - demonstracja bogactwa i oderwania od codziennych problemów Włochów.
Szczególnie ironicznie do pomysłu odniósł się pisarz Michele Masneri na łamach "Il Foglio".
"Jeśli Trump zamienił Biały Dom w cyrk Togni, dlaczego jego przedstawiciel we Włoszech nie miałby zamienić ambasady w statek wycieczkowy?" - pisał. Komentując zapowiedź wielotygodniowego rejsu ambasadora, dodał z przekąsem:
"Ambasador Tilman Fertitta zapowiedział długi rejs państwowy. 'Dyplomacja przybrzeżna'? No weź…". Podróż rozpoczęła się 24 czerwca w Neapolu. W planie znalazły się wizyty w 13 włoskich regionach oraz spotkania z politykami, przedsiębiorcami i przedstawicielami wojska. Oficjalnym celem jest wzmacnianie relacji między Stanami Zjednoczonymi a Włochami.
Według "The New York Times" włoskie władze muszą jednak niekiedy błyskawicznie dostosowywać się do planów ambasadora. Gazeta przywołuje sytuację, gdy podczas rejsu Fertitta wraz z żoną zauważyli nadmorskie miasteczko Acciaroli w Kampanii.
Dla krytyków takie sytuacje są dowodem, że prywatna podróż ambasadora zaczyna wpływać na funkcjonowanie państwowych instytucji.
Analityk polityczny Giovanni Orsina, kierownik katedry nauk politycznych Uniwersytetu Luiss w Rzymie, przyznaje, że trudno znaleźć podobny przykład we współczesnej dyplomacji.
To właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że podróż Fertitty wywołuje tak wiele emocji. Dla jego zwolenników jest dowodem zaangażowania ambasadora, który zamiast ograniczać się do gabinetów w Rzymie, odwiedza kolejne regiony i spotyka się z lokalnymi środowiskami. Z kolei krytycy widzą w niej przede wszystkim manifestację ogromnego majątku i stylu życia miliardera.
Ambasador Trumpa płynie, Meloni lawiruje
Rejs Fertitty odbywa się w momencie, gdy relacje między Waszyngtonem a Rzymem przestały być tak bliskie, jak na początku drugiej kadencji Trumpa. Jeszcze niedawno premier Giorgia Meloni uchodziła za jedną z najbliższych europejskich sojuszniczek amerykańskiego prezydenta. Dziś włoskie media coraz częściej piszą o wyraźnym ochłodzeniu tych relacji.
Seria publicznych nieporozumień między Trumpem a Meloni - zwłaszcza sytuacja podczas szczytu G7, gdy włoska premier stanowczo zaprzeczyła słowom prezydenta USA, jakoby "błagała" go o wspólne zdjęcie - nadwyrężyła dotychczasowy wizerunek ich politycznej bliskości.
Dodatkowym źródłem napięć okazała się polityka zagraniczna. Meloni otwarcie zdystansowała się od stanowiska Trumpa w sprawie wojny z Iranem. We Włoszech, gdzie większość społeczeństwa sprzeciwiała się zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych w konflikt, taka postawa została dobrze przyjęta.
Paradoksalnie nawet opozycja stanęła w tej sprawie po stronie premier. Choć nadal krytykowała ją za wcześniejsze zbyt bliskie relacje z Trumpem, jednocześnie broniła jej przed personalnymi atakami amerykańskiego prezydenta.
Fertitta konsekwentnie odrzuca jednak sugestie o kryzysie w relacjach między oboma przywódcami.
Dla krytyków jego rejs jest więc nie tylko kwestią stylu dyplomacji. Staje się także elementem szerszej dyskusji o tym, jak powinny wyglądać relacje między Stanami Zjednoczonymi a ich europejskimi sojusznikami w czasie rosnących napięć politycznych.
Dla Fertitty odpowiedź jest prosta: zamiast siedzieć w ambasadzie, trzeba być blisko ludzi i odwiedzać kolejne regiony Włoch. Problem w tym, że jego "dyplomacja przybrzeżna" odbywa się z pokładu 117-metrowego superjachtu, a jego podróży towarzyszą państwowe służby.
W Wenecji, która od lat zmaga się z masową turystyką, rosnącymi kosztami życia i odpływem mieszkańców, taki obraz stał się wyjątkowo wymowny.
Dla Fertitty rejs jest "dyplomacją przybrzeżną". Dla jego krytyków - symbolem świata, w którym miliarder może przypłynąć do włoskiego miasta na własnym superjachcie, a państwowe służby mają zadbać o jego bezpieczeństwo.
Protesty pokazały więc, że spór dawno przestał dotyczyć wyłącznie jednego ambasadora. W Wenecji chodzi o coś większego: o pytanie, dla kogo właściwie jest dziś miasto - dla jego mieszkańców, turystów czy najbogatszych ludzi świata?
Czytaj cały artykuł u źródła — Wirtualna Polska — Wiadomości
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.