Każda dyscyplina nauki ma własną specyfikę. Nie wierzę, że da się stworzyć uniwersalne rozwiązanie finansowe równie dobre dla wszystkich. Ten artykuł jest eksperymentem intelektualnym: gdyby udało się zwiększyć finansowanie z budżetu i przeznaczyć na konkretną dyscyplinę dodatkowe 20 mln zł rocznie, to jak wydać je, aby maksymalnie podnieść jakość badań? Zapraszam przedstawicieli innych dziedzin do własnych odpowiedzi. Sam przedstawiam propozycję dla sztucznej inteligencji. Rozmowa o nauce zwykle zaczyna się od postulatu zwiększenia nakładów. To potrzebne, ale spróbujmy przesunąć dyskusję o krok dalej: przyjmijmy, że dodatkowe pieniądze już zdobyliśmy. Nie pytajmy, jak podzielić je między istniejące instytucje, lecz jaki mechanizm zamieni 20 mln zł w największy wzrost potencjału konkretnej dyscypliny. W przypadku AI proponuję cztery elementy: osobną dyscyplinę, finansowanie po uzyskaniu wyniku, wsparcie trzech etapów kariery oraz automatyczne granty za najlepsze publikacje. AI jest już osobną dyscypliną – poza urzędową klasyfikacją W polskiej klasyfikacji nauki znajdują się informatyka oraz informatyka techniczna i telekomunikacja. Nie ma sztucznej inteligencji. Tymczasem współczesna AI łączy teorię uczenia maszynowego, statystykę, optymalizację, widzenie komputerowe, przetwarzanie języka, robotykę, bezpieczeństwo modeli i badania nad ich oddziaływaniem. Ma własny obieg publikacyjny, wielkie potrzeby obliczeniowe i rynek pracy nieporównywalny z większością nauki. Rozproszenie badaczy między dwie dyscypliny utrudnia ocenę potencjału, projektowanie adekwatnych kryteriów i tworzenie szkół doktorskich. Dlatego pierwszą zmianą powinno być uznanie AI za osobną dyscyplinę. Nie oznacza to przejmowania każdego badania, w którym użyto sieci neuronowej. Jej rdzeniem byłyby prace, których przedmiotem jest tworzenie, rozumienie lub ocena metod sztucznej inteligencji. Nie kolejny konkurs obietnic Narodowe Centrum Nauki finansuje projekty wyprzedzająco: badacz opisuje pomysł, przyszłe eksperymenty i spodziewane wyniki. Taki mechanizm jest potrzebny. Obok niego warto jednak stworzyć system działający odwrotnie: najpierw badacz osiąga wynik, a następnie otrzymuje środki na kolejny krok. Wniosek zawierałby dorobek z poprzedniego okresu, opis rzeczywistego wkładu, kod lub dane będące częścią rezultatu oraz informację o samodzielności badawczej. Bez wielostronicowej obietnicy przyszłych odkryć i harmonogramu udającego, że badania da się przewidzieć co do miesiąca. Eksperci porównywaliby osiągnięte wyniki osób na podobnym etapie kariery. Podział 4+4+4+8 Po 4 mln zł przeznaczyłbym na trzy kolejne etapy kariery. Pozostałe 8 mln zł trafiłoby bezpośrednio za najlepsze publikacje.
Roczne stypendium doktoranckie wymagałoby rezygnacji z pracy poza uczelnią lub instytutem badawczym. Nie chodzi o karanie za aktywność zawodową, lecz o kupienie najrzadszego zasobu młodego badacza – czasu. Stypendium wynosiłoby łącznie 48 tys. zł, czyli 4 tys. zł miesięcznie; 4 mln zł wystarczą dla 83 osób. Dwuletni grant do czterech lat po doktoracie wynosiłby łącznie 200 tys. zł, a w okresie od 4 do 10 lat – 300 tys. zł. Połowa mogłaby być dodatkiem do wynagrodzenia, połowa służyłaby zespołowi na sprzęt, obliczenia i wyjazdy. Daje to 40 i 26 aktywnych grantów, łącznie około 149 osób. Świadomie nie przewiduję wsparcia dla osób ponad dziesięć lat po doktoracie. Po dekadzie samodzielnej kariery naukowiec powinien sięgać po większe źródła: granty European Research Council (ERC) i inne programy europejskie, granty Narodowego Centrum Nauki i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz współpracę z przemysłem. Mały krajowy fundusz ma pomóc dojść do pozycji pozwalającej skutecznie konkurować o takie środki, a nie tworzyć stały dodatek dla seniorów. Grant powinien przy tym podążać za badaczem, jeżeli przechodzi on do innej polskiej jednostki. Pieniądze mają wzmacniać ludzi, a dopiero za ich pośrednictwem istniejące struktury. Osiem milionów za najlepsze prace W uczeniu maszynowym konferencje są pełnoprawnym, recenzowanym obiegiem publikacyjnym. Za jego ścisłą czołówkę uznaję NeurIPS, ICML, ICLR i CVPR. Wszystkie mają w rankingu ICORE najwyższą kategorię A*. Lista jest świadomie krótka. Nie oznacza, że poza nią nie ma znakomitych wyników; oznacza, że reguła ma być prosta, stabilna i odporna na coroczne negocjacje. Na podstawie publicznych list z 2025 roku szacuję, że na czterech konferencjach łącznie było około 25 prac z pierwszym autorem zatrudnionym w polskiej jednostce. To nieoficjalne dane, mogłem części publikacji nie doliczyć, ale skala jest właśnie tego rzędu. Około 50 prac miało dowolnego autora z polską afiliacją. Program uwzględniałby tylko autorów wiodących, w tym oznaczonych wprost jako równorzędni. Autor wiodący zakwalifikowanej pracy otrzymywałby automatycznie elastyczny grant na kolejne badania, a jego jednostka dodatkowo 20%. Kwotę wyznaczałby wzór:
gdzie N oznacza liczbę kwalifikujących się udziałów. Przy około 25 udziałach badacz otrzymałby około 267 tys. zł, a jednostka 53 tys. zł. Przy 30–40 udziałach, po uwzględnieniu autorów równorzędnych, byłoby to 167–222 tys. zł dla badacza oraz 33–44 tys. zł dla jednostki. Finansowany byłby najwyżej jeden wynik danej pracy i nie więcej niż dwóch autorów równorzędnych. Uprawniona osoba musiałaby być zatrudniona w pełnym wymiarze albo kształcić się jako doktorant w polskiej uczelni, instytucie PAN lub instytucie badawczym. Pieniądze nie byłyby nagrodą prywatną, lecz grantem na następny eksperyment, współpracownika lub zasoby obliczeniowe. Radykalne, ale sprawdzalne Program świadomie koncentruje środki. Jego celem nie jest podzielenie pieniędzy równo między ośrodki, lecz stworzenie większej liczby grup zdolnych konkurować na światowym poziomie. Stypendia i granty etapowe budują drogę dojścia, a finansowanie publikacji pozwala najlepszym natychmiast wykonać kolejny krok. Instrument nie zastępowałby grantów na ryzykowne pomysły, lecz je uzupełniał. Najbardziej oczywisty zarzut brzmi: jest to finansowanie „bogatych”, czyli zespołów już odnoszących sukcesy. W części publikacyjnej tak, świadomie. Jej celem jest zwiększenie liczby grup konkurujących na najwyższym poziomie, podczas gdy 12 z 20 mln zł buduje drogę dojścia dla młodszych badaczy. Drugi zarzut jest naukometryczny: jedna publikacja nie może być miarą wartości badacza. Nie powinna decydować o zatrudnieniu ani awansie, może jednak uzasadniać ograniczony grant na kontynuację pracy. Lista konferencji powinna być stabilna i publicznie przeglądana na przykład raz na cztery lata. Procedura mogłaby zmieścić się na jednej stronie, bez nowej agencji i ponownego recenzowania tych samych wyników. Jawne powinny być osoby, kwoty, jednostki i rezultaty. Po czterech latach można ocenić program i zmienić proporcje. Po kilku latach łatwo byłoby go ocenić: ilu doktorantów pozostało w nauce, ile powstało samodzielnych młodych grup i ile prac prowadzonych z Polski trafiło do najważniejszego światowego obiegu. To może być użyteczniejszy początek rozmowy niż kolejna dyskusja o podziale środków między istniejące instytucje. Załóżmy, że pieniądze już leżą na stole. Co dokładnie chcemy za nie kupić?
prof. Jacek Tabor kierownik Grupy Metod Uczenia Maszynowego (GMUM) Uniwersytet Jagielloński
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.