
Nazywam się Duàn Diào i jestem wieśniakiem . Nuda, nie? Wypada dodać, że świat, w którym przyszło mi żyć jest światem Wulin , światem, w którym rządzi siła, a ci, którzy stoją na szczycie nazywani są mistrzami sztuk walki. Pewnie niektórzy pomyślą sobie, że to świetna okazja, żeby osiągnąć szczyt udowadniając swoją biegłość w sztukach walki. Oczywiście, to dobra metoda, jeśli ktoś ma pieniądze, talent, znajomości albo chociaż w miarę ładną gębę. Niestety, jak już wspomniałem, byłem wieśniakiem, przeciętnej urody zresztą.
Trzeba powiedzieć, że ciężko jest być wieśniakiem, gdy średnio co miesiąc banda wkurzonych mistrzów sztuk walki rozwala ci wiochę. W czasie jednej z takich bitek zginęła moja matka, a niedługo potem ojciec ogolił głowę na łyso i dołączył do mnichów z Szaolin… Nie, aż tak to nie. Właściwie to po prostu zaczął chodzić do burdelu, zaraził się kiłą i zmarł, bo nie było go stać na leczenie, bo całą kasę, która nie poszła na odbudowę chaty przepuścił w burdelu. Ubezpieczenia też nie miał, bo nie wynaleziono jeszcze lokalnego odpowiednika ZUS-u.
Tak zostałem sierotą. Miałem wtedy jakieś piętnaście lat i brak pomysłu na życie, bo kto ma wtedy pomysły na życie? Niemniej jeść coś trzeba było, więc wymyśliłem, że będę zbierał zioła w pobliskich lasach i sprzedawał jako środki na przeziębienie czy kaca kolegom ze wsi . Co prawda nie bardzo odróżniałem wtedy jedno zielsko od drugiego, więc kilku wieśniaków rzygało dalej niż widziało, ale to tylko przyniosło mi więcej klientów. Z czasem nawet się nauczyłem jak unikać takich potknięć.
Teraz także siedziałem w lesie, modląc się, żeby nie zeżarł mnie niedźwiedź albo inna duchowa bestia. Wtedy to zobaczyłem jego. Długowłosego, siwego starca o szlachetnych rysach ubranego w białą szatę do kostek zdobioną niebieskim ornamentem. Starzec miał miecz u boku, a jego ruchy mimo wieku były płynne i sprężyste, więc byłem pewien, że mam przed sobą mistrza sztuk walki. Jako że w tym zawodzie amatorzy nie żyją zbyt długo, starzec musiał być raczej z górnej półki.
Co gorsza zwrócił na mnie uwagę i patrzył mi prosto w oczy. Wiedziałem, że nie mogłem odwrócić wzroku, gdyż uznałby to za moją porażkę i jednocześnie sygnał, że powinien mnie zabić jako bezwartościowego nikczemnika. Patrzyliśmy więc na siebie, nawet nie mrugając. On na mnie, ja na niego. Ja na niego on na mnie. I tak nam zleciał dzień. Gdy zrobiło się ciemno, wojownik odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Ja zresztą także wróciłem do wsi, nie zebrawszy żadnych ziół. W domu zrobiłem sobie okłady z lipy na wysuszone oczy.
Następnego dnia ponownie poszedłem do lasu. Niestety mistrz sztuk walki czekał tam już na mnie. Znów spędziliśmy dzień patrząc na siebie nawzajem. On na mnie, ja na niego. Ja na niego, on na mnie. A moje oczy błagały wręcz o okłady z lipy.
Trzeciego dnia nie miałem już ani lipy ani pieniędzy. Niestety starzec znów czekał na mnie w lesie i niemo wezwał do rozpoczęcia pojedynku. Tym razem jednak po krótkiej wymianie spojrzeń odważyłem się zapytać:
— Kim jesteś i dlaczego mnie prześladujesz?
— Jestem Mistrzem Dziewięciu Ścieżek i cię nie prześladuję. Z własnej woli wyzwałeś mnie na pojedynek. Jesteś zresztą całkiem potężnym przeciwnikiem.
Właśnie dotarło do mnie, że stoi przede mną największy mistrz sztuk walki. Był znany wśród wieśniaków z tego, że jednym ciosem był w stanie zrównać z ziemią kilka wsi albo małe miasteczko, takie na pięć milionów Chińczyków. W swoim życiu zaś przegrał podobno tylko jeden pojedynek, z poprzednim największym wojownikiem znanym jako Jeden z dziesięciu , gdy ten nie był jeszcze zupełnie zgrzybiały.
— Byłbym jednak wdzięczny gdybyś uznał swoją porażkę — podjął Mistrz Dziewięciu Ścieżek. — Umówiłem się tutaj na walkę z jednym z generałów Demonicznego Kultu. Od trzech dni czeka w krzakach na zakończenie naszego pojedynku, gdyż przerywanie pojedynków uchodzi za niehonorowe nawet wśród nich. Sugerowałbym też żebyś jutro się tu nie pojawiał.
— Oczywiście, Mistrzu Dziewięciu Ścieżek — odpowiedziałem, kłaniając się najniżej jak mogłem.
Tego dnia również nie zabrałem ziół na sprzedaż, ale przynajmniej nie musiałem robić sobie okładów z lipy.
Zgodnie z zaleceniem nie pojawiłem się w lesie następnego dnia, a jedynie zająłem się wyprzedażą zapasów na czarną godzinę. Poszedłem tam dopiero kolejnym rankiem, zastanawiając się czy las jeszcze istnieje. Niestety na miejscu znalazłem tylko dopalające się zgliszcza drzew oraz, w niewielkim kraterze, truchło pokonanego wojownika Demonicznego Kultu. Tym samym moje jedyne źródło dochodów poszło w drzazgi.
Przyjrzałem się leżącym zwłokom wojownika. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy okradanie zwłok mieści się w moich standardach moralnych, ale przypomniałem sobie, co mówił w takich sytuacjach mój ojciec: moralność jest dla bogatych. Sięgnąłem po pękatą sakiewkę wiszącą przy pasie trupa. Nagle ów chwycił mnie za rękę i odrzucił kilka metrów w tył.
Podniosłem się, przeklinając pod nosem i jeszcze raz przyjrzałem się zwłokom . Delikwent nie oddychał, skórę miał siną i w ogóle był tak martwy jak tylko człowiek być może. Dla pewności kopnąłem go jeszcze pod żebra, ale nie wykazał żadnych oznak życia. Sięgnąłem ponownie po sakiewkę i po chwili znów leżałem na ziemi kilka metrów dalej. Zanim zwłoki ponownie taktycznie znieruchomiały usłyszałem jeszcze:
— Co za tępy chuj.
Tego już było za wiele. Nie zamierzałem już tak łatwo się poddawać woli przemocowych i do tego jeszcze chamskich zwłok. Wziąłem w dłoń nóż, którego używałem do wycinania korzonków i podciąłem zwłokom gardło oraz dla pewności zadałem kilka ciosów w serce. Gdy ponownie sięgnąłem po sakiewkę, zwłoki uniosły dłoń, ale ta zatrzymała się i opadła.
W środku znalazłem więcej złota niż widziałem w całym swoim życiu oraz dwa okrwawione oraz prawdopodobnie oślinione zęby jakiegoś zwierzaka, które wyrzuciłem z obrzydzeniem. Nie wiadomo wszakże, gdzie to bydlę się szlajało.
Zadowolony z siebie wróciłem do wioski. Z taką ilością pieniędzy mogłem nie tylko poprawić swoje życie, ale nawet wyprowadzić się z podupadającej wiochy do miasta na wybrzeżu, daleko od wszelkiej maści mistrzów sztuk walki. Wiedziałem, że wreszcie w moim życiu wszystko się ułoży, a cierpienia się zakończą.
Wieczorem, gdy szykowałem się powoli do snu, rozległo się łomotanie do moich drzwi.
— Idę, kurde. Czego tak wali bez sensu? Konia by tym obalił — krzyknąłem, zmierzając w ich kierunku. Na zewnątrz czekało na mnie dwóch brodatych facetów od których wionęło potem i tanim winem. Od razu rozpoznałem w nich wojowników z Demonicznego Kultu.
— Co z nimi zrobiłeś?
— Z czym? — zapytałem, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi. — Jeśli chodzi o złoto, to…
Nie dokończyłem, gdyż jeden z kultystów załadował mi petardę w nos, aż usiadłem z wrażenia.
— W dupę se wsadź złoto! — warknął ten bardziej nerwowy. — Gdzieś schował kły osiemsetletniego chomika szablozębnego?
— Ach, to… Wyrzuciłem gdzieś za miastem, bo wyglądały obrzydliwie — odpowiedziałem.
Wojownicy spojrzeli po sobie.
— Albo kłamie albo to faktycznie debil — stwierdził spokojniejszy. — Trzeba go będzie potorturować przed śmiercią.
— Ale jak to potorturować? Jaką śmiercią? — próbowałem protestować.
Rzecz jasna, na kultystach nie wywarło to większego wrażenia. Właśnie dlatego nigdy nie cierpiałem mistrzów sztuk walki. Nigdy, ale to nigdy nie słuchali, co się do nich mówi. bo ważniejsza była dla nich tak zwana intuicja niż to, co byle wieśniak ma do powiedzenia.
Jeden ze zbirów przytrzymał mnie w pozycji siedzącej, a drugi wydobył zza pasa nóż i, pośliniwszy go, pochylił się nade mną jak kat nad dobrą duszą… Bo przecież jestem dobrą duszą, co do tego nie ma wątpliwości, to świat się sprzysiągł przeciwko mnie, jak w tym przypadku.
Jeszcze zanim ostrze noża dotknęło mojej skóry rozdarłem się ze strachu wniebogłosy. Potem był już tylko ból i cierpienie, bo taki jest los wieśniaka w świecie mistrzów sztuk walki. Wraz z moją cieknącą krwią powoli odpływałem w niebyt. Pocieszałem się, że może w przyszłym życiu będę miał więcej szczęścia i odrodzę się jako szlachcic albo inny czarodziej .
A propos czarodziejów to ponoć oni nigdy nie przybywają za wcześnie, ani za późno, w przeciwieństwie do mistrzów sztuk walki, którzy zawsze przybywają za późno. Uczą ich tego chyba w tych ich sektach… Nawet teraz, gdy moja dusza prawie już wyrwała się na wolność, na razie niepewnie jak cielak przed wejściem do rzeźni, w ostatnim błysku oka przed utratą świadomości zobaczyłem Mistrza Dziewięciu Ścieżek.
Starzec wparował do mojej chaty i zanim moi oprawcy zdążyli cokolwiek zrobić, pościnał ich głowy najpiękniejszymi i pełnymi gracji cięciami, jakie kiedykolwiek widziałem. I zapewne też ostatnimi przed śmiercią, bo wolał się popisywać, zamiast przyjść o czasie. Ale kto by się tam przejmował biednym wieśniakiem, nie?
Mądrość ze Słownika
Czarna marchew – odmiana marchwi, która po ugotowaniu jest mniej słodka, niż czerwona.
Czy nie wiesz…
Kto wygrał wojnę kebabową ?
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.