
Zaliczyli potężną wtopę? Kulisy ostatniego incydentu na Lubelszczyźnie obnażyły fakt, że system ostrzegania jest do poprawy. Fot. Flickr.com /Kancelaria Premiera Porażka – tak po czwartkowym incydencie, gdy na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta, mówi się dziś o systemie syren alarmowych. Tamtego poranka w 10 z 17 powiatów nie rozległy się żadne sygnały. Nowe ustalenia obnażyły niedociągnięcia w organizacji. Okazuje się, że jeden z dyżurnych wcale się nie obudził, a kolejny nie zdążył nawet dojechać.
Poranek 30 lipca przyniósł chwile grozy na wschodzie kraju. Trwał zmasowany atak Rosji na terytorium Ukrainy, dlatego polscy wojskowi też zostali postawieni w stan najwyższej gotowości. Przełomowa okazała się godz. 3:45, gdy na pole w Tarnawie-Kolonii spadł jeszcze wtedy niezidentyfikowany obiekt latający i pozostawił po sobie 10-metrowy krater. Ukraińskie MSZ donosi, że była to rosyjska rakieta Ch-101 .
Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale po całym tym incydencie mówi się o jednym: katastrofie systemu wczesnego ostrzegania. – Jeśli chodzi o system wczesnego alarmowania i ostrzegania zdajemy sobie sprawę, że nie do końca zadziałało wszystko tak, jak powinno – przyznał nawet sam wojewoda lubelski Krzysztof Komorski na konferencji prasowej.
Wojewoda powiedział otwarcie, że aż 10 z 17 powiatów w regionie nie włączyło tej nocy syren alarmowych, mimo że powinny. Wśród Polaków frustracje narodził też fakt, że zaledwie kilka dni wcześniej testowano te syreny w całym kraju .
System alarmowania zawiódł. Zaskakujące kulisy
A jakie były kulisy i powody braku alarmu? Jak ustalili dziennikarze Wirtualnej Polski w powiecie biłgorajskim, gdzie rakieta Ch-101 spadła ostrzeżenie o konieczności nasłuchu dotarło do starosty o 3:44, czyli minutę przed uderzeniem. A dyżurujący tego dnia strażak dostał polecenie włączenia syreny mailem, cztery minuty po wszystkim.
Z kolei w powiecie tomaszowskim (kilkanaście kilometrów od granicy z Ukrainą) dyżurny nie zdążył dojechać do radiostacji, bowiem urządzenie stoi w budynku starostwa, a pracownik czuwał z domu.
W powiecie puławskim sytuacja wyglądała jeszcze inaczej, bo dyżurny nawet się nie obudził – dzień wcześniej pracował przy skażeniu wody w Kazimierzu Dolnym. Przedstawiciele władz z powiatu kraśnickiego wyjaśnili z kolei, że dyżurujący tego dnia urzędnik, który miał przekazać dalej polecenie o alarmie, próbował jeszcze wcześniej dodzwonić się do przełożonego. WP doniosła, że osoby odpowiedzialne za włączenie syren w Chełmie i Zamościu nie wyjaśniły im, dlaczego tamtego poranka było u nich cicho.
System alarmowania do poprawki
Choć wydawać by się mogło, że system włączania alarmów jest prosty, to w praktyce zupełnie tak nie jest. Jak podaje WP, radiostacje stoją w budynkach urzędów, a dyżurni pracownicy mieszkają czasem kilkanaście kilometrów dalej. Przepisy dają im 15 minut na dojazd, ale jak widać komplikacji po drodze może być sporo.
– To musi być uregulowane przepisami odgórnymi. I albo obsługa systemu będzie w rękach wojewody centralnie, albo w straży pożarnej, dlatego że jest tą instytucją, która działa całodobowo – zwróciła uwagę starosta puławski Teresa Gutowska w rozmowie z portalem.
Wojewoda zapowiada, że będą zmiany. Problem jednak w tym, że z 364 syren w regionie tylko 164 da się uruchomić zdalnie, czyli do pozostałych 200 ktoś musi fizycznie dojść. Ponoć przetarg na 200 nowych syren może zostać rozstrzygnięty jeszcze w tym tygodniu. Na razie zmiany pozostają tylko w sferze zapowiedzi.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.