
Azyl dla dzikich zwierząt pod Opolem
W ostatnim czasie sarny i zające wysypały się jak grzyby po deszczu. Zające często padają ofiarami kotów domowych. Jeśli taki osobnik przeżyje i ma odrobinę szczęścia, poraniony trafia do nas. Zagrożeniem dla nich są też prace ogrodnicze czy likwidacje terenów zielonych, w trakcie których dochodzi do zniszczenia gniazda. Dla saren z kolei śmiertelnym zagrożeniem często są puszczane swobodnie psy – relacjonuje właścicielka azylu. Wśród leczonych tu obecnie pacjentów jest m.in. trzytygodniowy koźlak sarny, w którego gałkach ocznych wytworzyły się ropnie. Ślepe młode zostało odrzucone przez matkę.
Nie wiemy, co dokładnie mu się przydarzyło. Być może uciekając przed drapieżnikiem gałki oczne zostały zakłute na przykład trawą i doszło do zakażenia. Pewne jest natomiast, że taki osobnik nie przeżyłby bez pomocy człowieka – mówi Marta Węgrzyn. – Ta samiczka trafiła do nas z Kotliny Kłodzkiej w dosyć nietypowych okolicznościach. Osoba, która ją znalazła, zabrała ją do domu i wygłaskała jak domowego pupila. Dowiedziała się o tym inna pani, która wiedziała, że taki wygłaskany maluch nie ma szans wrócić do natury, dlatego zaczęła szukać dla niego azylu. W ten sposób trafiła do nas. Początkowo wnioskowaliśmy ze zgłoszenia, że mamy do czynienia z młodym niepotrzebnie zabranym od matki. Teraz już wiemy, że problem jest poważniejszy, a koźlak wymaga leczenia. Szanse na to, że maluch odzyska wzrok są niewielkie, dlatego wszystko wskazuje na to, że zostanie stałym rezydentem azylu.
Radzą, jak pomagać dzikim zwierzętom
Niepotrzebne zabieranie młodych od matki to problem. Twórczyni szpitala dla dzikich pacjentów walczy też z innym stereotypem: że porzuconego oseska nie wolno w ogóle dotykać. Czasami, gdy znajdziemy go na przykład przy drodze albo na wymagającej koszenia łące, jest to jedyny sposób, by dać mu szansę na przeżycie.
Azyl działa od 2020 roku, ale jedno jest tu niezmienne: każdy miesiąc to walka o przetrwanie.
W ubiegłym roku koszt utrzymania ośrodka wyniósł ponad 600 tys. złotych. Funkcjonujemy głównie dzięki darowiznom, dostaliśmy też w tym roku 70 tys. złotych z urzędu marszałkowskiego, ale potrzeby ciągle przewyższają wpływy – wyjaśnia Marta Węgrzyn. – Możemy przyjmować pacjentów tylko pod warunkiem, że mam pewność, iż wystarczy na ich utrzymanie oraz leczenie. Najgorszy moment to taki, gdy wiem, że musimy wstrzymać przyjęcia, bo nie mamy pieniędzy, ale przecież to nie oznacza, że telefon przestanie dzwonić. Ale są też miłe niespodzianki, bo zdarza się, że gminy płacą za leczenie dzikich pacjentów, którzy na ich terenie ulegli na przykład wypadkom komunikacyjnym.
Ostatnio pani przywiozła sarenkę i zapytała, czy potrzebujemy pomocy finansowej. Burmistrz wyraził na to zgodę, a dla nas takie wsparcie to być albo nie być. Pomagają nam też nadleśnictwa, przekazując darowizny, ale ostatnio znowu doszliśmy do momentu, gdy potrzeb jest więcej niż pieniędzy – mówi założycielka azylu. – Chyba już się pogodziłam z tym, że wieczna walka o pieniądze jest wpisana w nasze istnienie. Szukamy tańszych dostawców, prosimy darczyńców i liczymy na to, że budżet jakoś się zepnie. Paradoks jest taki, że ośrodek jest prywatny, ale dzicy pacjenci za siebie nie zapłacą. Przyjmujemy też tych, których inni już skreślili. Tak było chociażby ostatnio w przypadku dzięcioła ze złamanym skrzydłem, a gatunek ten jest pod ścisłą ochroną. Osoba, która go znalazła, usłyszała w gminie, że to jest selekcja naturalna. Nie jest, a gmina musi pamiętać, że ma swoje obowiązki. Cierpiący pacjent, bez względu na to, czy dziki czy udomowiony – wymaga pomocy. Leczenie dzikich zwierząt można wesprzeć robiąc przelew na konto fundacji:
Opolskie Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt "Avi".
86 1090 2138 0000 0001 4699 9709
Z dopiskiem: Darowizna dla dzikich zwierząt.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.