
Nagroda Rubensa przyznawana jest od 1957 roku. Kapitułę wyróżnienia tworzy pięcioosobowe gremium, które co 5 lat zbiera się w niemieckim Siegen, miejscu urodzenia flamandzkiego malarza barokowego, żyjącego w latach 1577-1640. Wyróżnienie – w myśl założeń – trafia do rąk artysty z pionierskim dorobk
Wilhelm Sasnal
Lidia Jaźwińska
Wilhelm Sasnal, Mościczanin, jako pierwszy Polak, otrzymał kilkanaście dni temu prestiżową Nagrodę Rubensa. W ciągu sześciu dekad laur ten trafił tylko do 12 twórców.
Nagroda Rubensa przyznawana jest od 1957 roku. Kapitułę wyróżnienia tworzy pięcioosobowe gremium, które co 5 lat zbiera się w niemieckim Siegen, miejscu urodzenia flamandzkiego malarza barokowego, żyjącego w latach 1577-1640.
Wyróżnienie – w myśl założeń – trafia do rąk artysty z pionierskim dorobkiem, którego twórczość wniosła już trwały wkład w historię malarstwa.
Wymiernym wyrazem uznania dla laureata jest czek na 25 tys. euro, monograficzna publikacja oraz indywidualna wystawa w Muzeum Sztuki Współczesnej w Siegen. Prace laureata wejdą też do prestiżowej kolekcji Lambrecht-Schadeberg, I zawisną obok prac Claude’a Moneta czy Francisa Bacona.
Wilhelm Sasnal uchodzi za jednego z najwybitniejszych twórców światowych ostatnich lat. Dwadzieścia lat temu wygrał ranking ukazującego się w Mediolanie magazynu sztuki „Flash Art” w kategorii stu najważniejszych młodych światowych artystów.
W 2006 roku 54-letni dziś twórca dostał Nagrodę Vincenta van Gogha, która – w założeniach fundatorów – przyznawana jest artyście, którego dzieła „będą miały znaczący i trwały wpływ na sztukę współczesną”. Wyróżnienie przyznawane jest co dwa lata.
Na krajowym podwórku został uhonorowany między innymi Paszportem „Polityki” w 2022 roku, w kategorii Kreator Kultury.

Anna i Wilhelm Sasnalowie na spotkaniu prowadzonym przez Łukasza Maciejewskiego w Tarnowie
Lidia Jaźwińska
Dzieła Wilhelma Sasnala osiągają astronomiczne ceny podczas aukcji w najbardziej prestiżowych domach sztuki. Jego twórczość można podziwiać między innymi w londyńskiej Tate Modern, paryskim Centrum Pompidou, nowojorskim Museum of Modern Art. czy zurychskim Kunsthause.
Kwot nie podajemy, gdyż monetyzowanie wysiłku twórczego drażni samego malarza. Te są jednak imponujące.
W Polsce Sasnalem chwalą się między innymi warszawskie Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski czy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.
Rodzinne Mościce też mogą poszczycić się posiadaniem jednego jego dzieła. Rozmaicie interpretowanego i komentowanego.
W jednym z wywiadów, zapytany, czy chwali się Tarnowem, Wilhelm Sasnal odpowiedział bez namysłu: „Tarnowem – nie. Mościcami – tak”.
Bo tak, między Bogiem a prawdą, Tarnów – jako miasto – dał być może tylko i aż Sasnalowi żonę. Anna Sasnal mieszkała bowiem przy ul. Krakowskiej. Ale w tej części, bliższej Mościcom niż Starówce.
Bo Mościce to wyjątkowa dzielnica Tarnowa. Właściwie to trudno ją porównać z innymi miejscami miasta. Przed wojną była to ziemia obiecana dla chłopów, którzy za chlebem przychodzili budować tu Państwową Fabrykę Związków Azotowych, którą uruchomiono w 1927 roku.

Mościce w trakcie budowy fabryki
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Przy drewnianych barakach stawiano nieopodal dworki dla inżynierów – elity towarzyskiej i intelektualnej tamtych czasów. Przedwojenny klimat dzielnicy pięknie opisał Paweł Huelle w powieści „Mercedes Benz”, przedstawiając historię przy okazji historię mościckiego baloniarstwa.
Po wojnie do Mościc zjechała duża kolonia repatriantów ze Wschodu, szczególnie z okolic Lwowa, a także uciekający z Warszawy uczestnicy powstania.
Za „nieboszczki komuny” fabryka była matką-karmicielką dla Tarnowian. Mówiło się w mieście, że nie było takiej rodziny, która nie miałaby kogoś „na Azotach”.
To z Mościc wyszedł genialny kosmolog ks. prof. Michał Heller. Tu piekarnię miała rodzina Ożgów, z której pochodził między innymi Kazimierz, muzyk, który został uhonorowany specjalnym krzesłem w Operze Narodowej w Oslo. Był to – jak mawiali Skandynawowie – był to prawdziwy „Człowiek-Orkiestra”. Zrazu akompaniator norweskiej sceny narodowej, później kapelmistrz. Dla uczczenia jego osoby Norwegowie nauczyli się polskiego, by w oryginalnym języku wykonać „Halkę” Stanisława Moniuszki.
To dzielnica, w której niemal czci się postaci dwóch proboszczów parafii – ks. Stanisława Indyka i jego następcy – ks. Jana Reca.
Ale z drugiej strony starzy Mościczanie nie pozwolą powiedzieć złego słowa o Stanisławie Aniele, „wierzącym komuniście”, który po wojnie zadbał, by w dzielnicy powstała szkoła. A i przy budowie olbrzymiej, jak na owe czasy świątyni, nie przeszkadzał.

Mościce w latach 60. XX wieku
Nostalgikon
Opowiadają, że obok placu budowy kościoła szedł tor kolejowy z cegłami na budowę fabryki. Część budulca do ówczesnych Zakładów Azotowych im. Feliksa Dzierżyńskiego nie docierała. Bo zostawała przy kościele. Z czasem rodacy wytykali palcami tych, którzy przy okazji kradli cegły na budowę swoich domów.
A i dla Stanisława Opałki – sekretarza KC PZPR – też mają dobre słowo. Nie patrzą nań jak na komunistycznego aparatczyka, ale jako na osobę, która w Mościcach wybudowała choćby stadion, pływalnię, hotel robotniczy z prawdziwego zdarzenia czy dom kultury. I za której czasów „na Azotach” działo się dobrze.
Dusza tej dzielnicy jest też obecna u Wilhelma Sasnala.
– Ja czuję się Mościczaninem. Wciąż uważam, że moja tożsamość jest stamtąd, a nie z Tarnowa. Myślę, że Mościce są wyjątkowe i niepowtarzalne, a Tarnów jest jakimś echem Krakowa, który jest echem Wiednia – mówił artysta w jednym z wywiadów.
W Mościcach dla Sasnala wszystko było takie akuratne, poukładane, logiczne i spójne.
Całkiem niedawno, ale jeszcze mieszkając w Mościcach, uświadomiłem sobie, że jaki to jest wspaniały komponent wszystkich potrzebnych elementów. Jest dom, szkołą, park, stadion, dom kultury, basen, stacja PKP. Taki trochę doskonały świat albo próba zbudowania doskonałego świata. Dla mnie to był doskonały świat
Dziadkowie Wilhelma Sasnala – Stysiowie – przyjechali do Mościc z okolic Jedlicza i Jasła. Dziadek malarza był tokarzem. Początkowo zamieszkali w barakach w okolicach Białej. Po wojnie dostali mieszkanie przy dzisiejszej ul. ks. Stanisława Indyka.
Za PRL-u ulicy patronował Aleksander Zawadzki. To dziś dwupasmowa droga, która ciągnie się niżej budynku Komendy Miejskiej Policji. A kończy się też na posterunku Tarnów-Zachód. Dochodzi do ul. Kwiatkowskiego.
Rodzice artysty poznali się podczas studiów na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Gdy tata przyszłego malarza zaczął pracować na Azotach, dostali mieszkanie dokładnie po przeciwnej, wschodniej stronie miasta. Przy ul. Skowronków.
Dojeżdżali więc do pracy codziennie autobusem linii 9, który łączył Rzędzin z Mościcami.

"Wzór na Mościce" Wilhelma Sasnala
Youtube
Młody Wilhelm został przy dziadkach. Wspominając młodość, artysta dostrzegał w architekturze domu lat dziecinnych zmysł matematyczny.
– Mieszkanie zaprojektowane było na potrzeby rodziny 2+1. Dwa duże pokoje i duża kuchnia w układzie amfiladowym, łazienka, toaleta i spiżarka. Ma 64 m kw. Pomyślałem sobie, że jest to jakaś symboliczna liczba, bo osiem razy osiem a osiem to dwa do trzeciej potęgi. Z zewnątrz te bloki wyglądają tradycyjnie, z dwuspadowym dachem – wspominał.
W latach pacholęcych Sasnala w Mościcach działały dwie szkoły podstawowe. Pierwsza – nr 17, której dziś patronuje Eugeniusz Kwiatkowski – mieszcząca się przy ul. Norwida i dzieląca budynek z IV LO, niegdyś imienia Stanisława Anioła, dziś św. Jana Pawła II.

Ul. ks. Stanisława Indyka w Mościcach. Widok obecny
Archiwum
I druga, „Dwudziestka”, budowana od 1958 roku w ramach akcji „Szkoły – Pomniki Tysiąclecia”. Patronował jej kiedyś pisarz Władysław Broniewski. Teraz nosi imię Polskich Olimpijczyków.
Przez lata byłą to jedyna w Tarnowie szkoła sportowa. I to do niej, znajdującej się przy ul. Zbylitowskiej 7, obok kościoła, uczęszczał młody Sasnal.
Z babcinego domu do szkoły najbliżej miał przez park, który miał stanowić ongiś centrum miasta-ogrodu, jak określano Mościce, gdy je zakładano.
– Będąc wnukiem robotnika i synem inżyniera nigdy nie odczułem społecznych podziałów. Chociaż do szkoły nr 17 chodziło więcej dzieci z willi, a ta nr 20, do której chodziłem ja była bardziej robotnicza. Ale z drugiej strony to była szkoła sportowa, więc byliśmy bardziej wysportowani, co dla nastolatków jest ważniejsze niż dobre urodzenie – opowiadał w jednym z wywiadów.
Podstawówka na tyle zapisała się w jego pamięci, iż znalazła się na jednym z obrazów. Płotno nie oddawało jednak dokładnie budynku. Był raczej wspomnieniem przez mgłę.
– To jest takie ćwiczenie na pamięć. Myślałem, że namaluje szkołę podstawową, do której chodziłem, a której bryły nie potrafię sobie przypomnieć, więc użyję formy kubistycznej, która rozmywa kształty. Mówi się, że czas zamazuje., ale tutaj czas nie zamazał, tylko połamał. Jest jeszcze obraz technikum, który jest bardzo prosty. Ten z podstawówką jest o wiele lepszy.
Wspomnienie SP 20 zawarł także na taśmie filmowej. Otóż przed budynkiem szkoły stoi pomnik atomu. Może nie tak monumentalny, jak w Brukseli, ale „na miarę tarnowskich możliwości”. Obok posadowiony jest model kuli ziemskiej.

Szkoła Podstawowa nr 20 w Tarnowie-Mościcach
Archiwum
W 2004 roku Wilhelm Sasnal na ośmiomilimetrowej taśmie nakręcił półtoraminutowy teledysk do piosenki „Układ Słoneczny” łódzkiego punkrockowego zespołu 19 Wiosen, który rozpadł się całkiem niedawno, bo niecałe trzy lata temu. A działał na scenie muzycznej od 1989 roku.
I w tym klipie zagrały oba wspomniane rekwizyty. A przesłanie utworu nie wiało optymizmem. „Po co słońce, po co księżyc, po co cały mi ten świat” – zastanawiał się wokalista grupy Marcin Pryt, znany też jako Henryk Ulik.
Niżej szkoły, idąc na północ ul. Chemiczną, znajdowało się kino Azot. Mieściło się ono w dawnym kasynie inżynierskim. Na przełomie lat 80. i 90. wyniesiono stamtąd projektory, by urządzić w nim archiwum państwowe.
– Kino Azot było moim ukochanym kinem. Tam też był sklep Budzika. Stefan Budzik prowadził sklep spożywczy. Chodziliśmy do Budzika denerwować go, rozmawiać z nim, pytać, która godzina – wspomina.
Jego idolem filmowym był Bruce Lee. Fascynował się też żużlem. Chciał nawet nakręcić film, opowiadający o zawodniku uprawiającym czarny sport.

Budynek nieistniejącego kina "Azot"
Archiwum
Ulica Chemiczna łączyła szkołę podstawową i technikum, do którego chodził Sasnal. To Zespół Szkół Technicznych przy ul. Kwiatkowskiego. Zgłębiał budowę maszyn elektronicznych oraz systemów cyfrowych. I zaczynał pasjonować się sztuką. Słuchał dużo muzyki. Estymą darzył między innymi brytyjski zespół The Cure. Bardzo podobały mu się okładki ich płyt.
Pod koniec technikum miał dylemat, jakie wybrać studia. Już wtedy połknął bakcyla malarstwa. Talent chyba odziedziczył po mamie. W dzieciństwie bardzo podobały mu się jej rysunki, szczególnie przerysowywane z książeczek zwierzątka.
Było też coś, co go wówczas ewidentnie kręciło w pójściu w sztukę.
- Pod koniec szkoły średniej, kiedy zacząłem malować i kiedy wiedziałem, że chcę być malarzem, imponował mi mit, który otaczał malarzy. Teraz wiem, że to jest coś, co bardzo malarzom przeszkadza, robi im krzywdę – zwierzał się w jednej z rozmów.
Za komuny Mościce nazywały się „Świerczków”. Po to, by wymazać z pamięci osobę założyciela i pomysłodawcy fabryki, prezydenta Ignacego Mościckiego. To jedna z trzech wiosek – obok Plewęcina oraz Kępy Bogumiłowickiej – która złożyła się na przyszłą dzielnicę przemysłową Tarnowa.
– Moją babcię bardzo denerwowała nazwa Świerczków – podkreślał Sasnal.

Dworzec kolejowy w Mościcach
Archiwum
Wiedział, że chce dalej się kształcić. Ale miał poważne wątpliwości, czy przejdzie gęste sito rywalizacji na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Wybrał pragmatycznie. Złożył dokumenty na Politechnikę Krakowską, której budynki niemal sąsiadują z gmachem ASP przy placu Matejki.
- Wiedziałem, że będąc w tym technikum nie będę ani technikiem, ani inżynierem po studiach, tylko chcę być artystą albo kimś, kto chce być blisko sztuki. Pomyślałem sobie, że architektura jest trochę takim trochę substytutem. Jest to bardzo konkretny zawód. Jednocześnie jest to zawód, który zbliża mnie do sztuki. Dostałem się na tę architekturę – opowiadał w długiej rozmowie z Ewą Łączyńską-Widz, dyrektorką tarnowskiego Biura Wystaw Artystycznych.
Był rok 1992. Studia na „Polibudzie” wspomina jako jeden z najprzyjemniejszych okresów w życiu. Ale gdy po dwóch latach dostaje się na ASP, projektowanie budynków idzie w kąt. Liczy się już wyłącznie malarstwo. Architektura zostaje jednak miłym wspomnieniem. A także lekcją, która cały czas w nim rezonuje.
– Teraz do mnie dociera, jak istotna jest architektura w budowaniu relacji. Architektura i urbanistyka ma olbrzymi wpływ na społeczeństwo. Zaraz po studiach albo jeszcze na studiach namalowałem taki układ, który był inspirowany tą organizacją życia w Mościcach – opowiadał po latach.
Być może bilet do Krakowa kupił w kasie na mościckim dworcu. Bryła budynku zawsze go fascynowała. Była trochę bajkowa.
– Budynek trochę taki, jak kilkupiętrowe akwarium. Lampy w tym budynku jak byłem dzieckiem przypominały mi biszkopty a dach wyłożony był wzorem, który przypominał szufelki – opisywał.

Dworzec w Mościcach - wnętrze
Archiwum
Gmach dworca, wybudowany w 1976 roku, jest bardzo charakterystycznym w pejzażu Mościc. Jednak od lat popada w ruinę.
Co więcej, staje się kukułczym jajem, które starają sobie podrzucać władze miasta oraz kolej. Wiele przy nim grzebać nie można, bo to od 2021 roku zabytek. Stąd pomysły na jego adaptację odbijają się od biurek konserwatorskich.
Bo o zrównaniu z ziemią nie ma mowy.
Mościcki dworzec byłby na pewno świetnym miejscem na urządzenie stałej wystawy prac Wilhelma Sasnala. Może w przyszłości galerii, a jeszcze kiedyś muzeum?
Mościce wielokrotnie pojawiały się w twórczości Sasnala. W różnych kontekstach. Były to na przykład portrety dyrektorów Azotów, był namalowany w 2005 roku obraz „Mościce”, było płótno „Kibole” z 2009, które z czasem przerobił Edward Dwurnik.
Był też film „Opad”, kręcony między innymi w halach produkcyjnych fabryki.

Azoty w Tarnowie
Paweł Topolski
Pokłosiem 80-minutowej produkcji jest instalacja, ustawiona nieopodal mościckiego dworca. Przy ul. Chemicznej. Stoi na uboczu. Porośnięta trawą i krzakami. Ponoć jest oficjalny zakaz wykaszania tam trawy.
Bo tak wymyślił twórca.
– Pracując z żoną, Anką, nad historią do filmu „Opad”, do którego część byłą robiona w Mościcach, gdzieś po drodze przyszedł mi pomysł na rzeźbę, która będzie w chaszczach, na obrzeżach Tarnowa i będzie pomnikiem katastrofy atomowej, która się nie wydarzyła. Chodzi mi o to, żeby to wyglądało jak ruiny, jak coś, co oglądasz kątem oka z jadącego pociągu. Zauważasz coś, ale nie jesteś w stanie określić, co to jest – opisywał swój zamysł autor.
Tak powstał „Pomnik czegoś, co się nie wydarzyło (28.03.1983)”. To czternaście kanalizacyjnych kręgów betonowych, ustawionych na czterech piętrach w formie piramidy. W środku wysmarowano je smołą. Wysokie na 4 metry dzieło zostało odsłonięte 28 sierpnia 2010 roku.

Rzeźba Wilhelma Sasnala w Mościcach
Archiwum
Jak twierdzi autor, było to nawiązanie do poczucia zagrożenia, które niezmiennie towarzyszyło Mościczanom. Tak w latach zimnej wojny, jak i w epoce stanu wojennego, gdy po mieście szła plotka, że w „Azoty” wycelowane są amerykańskie rakiety.
Świadomość „siedzenia na beczce prochu” wynikała także z możliwości katastrofy chemicznej w ogóle. Niekoniecznie musiała być ta nuklearna. Mieszkańcy mieli mieć przygotowane koce, które w jednej chwili można było zamoczyć i powiesić w oknach. Na rogach ulic o potencjalnym zagrożeniu przypominały głośniki, zwane szczekaczkami czy poukrywane między blokami wejścia do schronów.
Dzieciństwo i młodość Wilhelma Sasnala były stuprocentowo przesycone Mościcami. Obrazem, który sobie po latach idealizował.
– To była dzielnica, która jeszcze żywiła się utopią. Można powiedzieć, że był to taki obszar modernizmu, pozytywizmu, wiary w przyszłość. Jest takie miejsce, gdzie rzeka Biała wpada do Dunajca. I na tym obszarze powstała fabryka. Mieszkałem tak blisko fabryki, chociaż nie było ot bardzo blisko, to jednak na tyle blisko, że w nocy słyszałem ten puls fabryki - twierdzi.
Po latach w wyobraźni Sasnala niektóre z nich straciły swój bajkowy blask. A obecny wygląd niektórych, niegdyś ulubionych, miejsc bardzo go irytuje.

Dom Kultury w Mościcach na archiwalnej fotografii
Archiwum
– Są takie dwa miejsca, które zostały totalnie zdewastowane estetycznie. Jeden to jest ten dom kultury, który był takim ikonicznym obiektem. Byłą to bardzo nowoczesna architektura. Pamiętam to połączenie kamieni, drewna, jednocześnie takie dosyć agresywne, supernowoczesne kształty, bez żadnych krzywizn, coś w rodzaju trzech piramid wyrastających z takiej niskiej formy przypominającej płaski pawilon modernistyczny.
Mowa o dzisiejszym Centrum Sztuki Mościce. W pierwotnym budynku, oddanym do użytku w 1971 roku, mieściła się sala kinowa na 630 miejsc, działy pracownie językowe, funkcjonowała biblioteka. Tu swoją przystań miał znany również poza granicami kraju Zespół Pieśni i Tańca „Świerczkowiacy”.
Pierwotnie projektowany był on dla Podhalan. W Mościcach, przynajmniej początkowo, jego bryła wyglądała nieco egzotycznie. Sasnala jednak pociągała. Ale efekty prac remontowych prowadzonych w latach 2008-2011 wzburzyły w nim krew.
– Myślałem o reportażu interwencyjnym. Po prostu chcę, żeby powstał taki materiał, który obnażyłby bezduszność osób, które to projektują i procedur, które na to zezwalają i dopuszczają, żeby to zmieniać i niszczyć. To było dla mnie ważne. To był element mojej własnej tożsamości. Poprzez tę przebudowę sprowincjonalizowano tę architekturę, zrobiono z niej karykaturę – denerwował się w jednym z wywiadów.

Centrum Sztuki Mościce
UMWM
Ze smutkiem patrzył także na to, co „niewidzialną ręką wolnego rynku” zrobiono z domem handlowym „Sezam”, który wyrósł w 1970 roku przy ul. Akacjowej.
– To był też bardzo ładny i nowoczesny budynek. Ale on akurat został zdegradowany przez taką kapitalistyczną wolną amerykankę. Ta czysta forma została zniszczona poprzez podoklejanie i porozwieszanie jakiś banerów. I właściwie nic z niego nie zostało – rozkładał ręce.
Dwa lata temu budynek był na sprzedaż. Pośrednik chciał za niego niewiele ponad 2,5 mln zł.

DH "Sezam w Mościcach na fotografii archiwalnej
Archiwum
Dodatkowo ten sielski Mościc obraz uległ nieco demitologizacji w czasie kręcenia wspomnianego już filmu „Opad”. Były to okolice roku 2010.
– Zauważyłem coś, czego nie było tam wcześniej: agresję. Było tam wiele sytuacji związanych z czymś, co można by nazwać bandyterką. Do momentu tego niezbyt przyjemnego doświadczenia nie wykluczaliśmy, że zamieszkamy w Mościcach – opowiadał w rozmowie z Miesięcznikiem Miejskim „Tarnów” w 2017 roku.
Mościce dla artysty nie są jednak zapisaną do ostatniej strony księgą.
Mościce były i są dla mnie ważne. Wiesz, ja wciąż uważam, że to nie jest zamknięty temat. Zanim wyprowadziliśmy się z Mościc, mówiłem sobie, że wciąż jest to tak potężny temat do wyeksplorowania, że właściwie to można robić bez końca. Ja wciąż mam poczucie, że nie powiedziałem jeszcze najważniejszego na temat Mościc. Czuję, że tam wciąż można wiele i nie zrobiłem jeszcze takiej pracy, w której byłyby całe Mościce
Wilhelm Sasnal obecnie mieszka Krakowie. Wybudował tam jednorodzinny domek. Taki skromny, kubistyczny. Niemal „od linijki”. To akurat zostało mu z architektury.
– To, czego się nie uczyłem na Akademii a co mi zostało po architekturze, to jest korzystanie z linijki. Bardzo lubię proste kreski, nie odręczne, tylko namalowane od jakiejś deski albo właśnie linijki. Lubię taki porządek na obrazie. I ten porządek chyba też wziął się z architektury. Jeżeli pojawia się dom, to staram się, żeby on był prosty. Jeżeli pojawia się tekst, to staram się, żeby on był prosty. I wydaje mi się, że jest to spuścizna po architekturze – mówi.
Źródło: LoveKraków.pl
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.