120 tysięcy złotych w miesiąc dla lekarza. Drezdenecki szpital płaci cenę za systemowy niedobór kadr
Prawie 26 milionów złotych w ciągu roku wydało Powiatowe Centrum Zdrowia w Drezdenku na wynagrodzenia i rozliczenia lekarzy. W maju 2026 roku najwyższe miesięczne rozliczenie jednego lekarza wyniosło ponad 120 tysięcy złotych. Tak wysokie stawki nie biorą się jednak wyłącznie z pazerności lekarzy. Są skutkiem systemu, w którym państwo ogranicza dostęp do kształcenia i specjalizacji, a samorząd lekarski kontroluje wejście do zawodu i broni jego granic.
Prawie 26 milionów złotych rocznie
Z odpowiedzi Powiatowego Centrum Zdrowia w Drezdenku na wniosek o udostępnienie informacji publicznej wynika, że w 2024 roku szpital przeznaczył na lekarzy łącznie 23 491 655,58 zł . Rok później kwota wzrosła do 25 992 294,26 zł , czyli o ponad 10 procent.
Od stycznia do końca maja 2026 roku wydatki wyniosły już 10 185 025,59 zł . Gdyby podobne tempo utrzymało się do końca roku, całoroczna kwota przekroczyłaby 24 miliony złotych. Ponad 91 procent kosztów stanowiły w ostatnich latach umowy kontraktowe, a tylko niewielka część przypadała na umowy zlecenia i umowy o pracę.
Najwyższe rozliczenie lekarza za maj 2026 roku wyniosło:
120 860 zł brutto.
Kolejni lekarze otrzymali odpowiednio:
108 052,07 zł, 93 714,75 zł, 86 618,84 zł oraz 83 594,82 zł. Łącznie pięć najwyższych rozliczeń za jeden miesiąc osiągnęło niemal 493 tysiące złotych .
Trzeba uczciwie zaznaczyć, że podane kwoty nie muszą oznaczać pieniędzy, które lekarz zabiera do domu. W przypadku kontraktu są to wartości brutto wynikające z faktury. Lekarz sam opłaca podatki, składki, ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej i koszty działalności. Nie ma też płatnego urlopu ani typowych zabezpieczeń pracowniczych. Mimo tego nawet po uwzględnieniu kosztów są to kwoty całkowicie nieosiągalne dla zdecydowanej większości pracowników szpitala.
W szpitalu nie ma ani jednego lekarza na etacie
Jeszcze bardziej wymowna jest forma współpracy. Na koniec maja 2026 roku Powiatowe Centrum Zdrowia współpracowało z:
62 lekarzami prowadzącymi działalność gospodarczą lub pracującymi na kontraktach,
7 lekarzami na umowach cywilnoprawnych,
ani jednym lekarzem zatrudnionym na podstawie umowy o pracę .
Oznacza to, że niemal 90 procent kadry lekarskiej pracowało w formie kontraktowej.
Nie jest to przypadek charakterystyczny wyłącznie dla Drezdenka. Lekarze, szczególnie posiadający poszukiwane specjalizacje, mogą wybierać pomiędzy kilkoma placówkami i dyktować warunki. Szpital musi natomiast zapewnić całodobową obsadę oddziałów, dyżury i realizację kontraktu z NFZ. Bez lekarza nie może legalnie prowadzić części działalności.
Samo Powiatowe Centrum Zdrowia przyznaje w odpowiedzi, że na rynku występuje niska podaż specjalistów i intensywna rywalizacja między szpitalami. Najtrudniejszą sytuację mają małe placówki położone z dala od dużych miast i głównych szlaków komunikacyjnych.
W praktyce lekarz specjalista staje się towarem deficytowym. A za deficyt zawsze płaci się więcej.
Czy Naczelna Izba Lekarska ogranicza liczbę lekarzy?
Nie bezpośrednio. Twierdzenie, że Naczelna Izba Lekarska ustala liczbę studentów medycyny, byłoby nieprawdziwe.
Limity przyjęć na kierunki lekarski i lekarsko-dentystyczny określa w rozporządzeniu minister zdrowia, działając w porozumieniu z ministrem odpowiedzialnym za szkolnictwo wyższe. Ustawa nakazuje brać pod uwagę możliwości dydaktyczne uczelni oraz zapotrzebowanie na absolwentów.
To również Ministerstwo Zdrowia rozdziela miejsca rezydenckie, czyli finansowane przez państwo miejsca umożliwiające lekarzom zdobycie specjalizacji. W konkretnym postępowaniu specjalizację może rozpocząć tylu lekarzy, ile udostępniono miejsc w danej dziedzinie i województwie.
Oznacza to, że dwa najważniejsze ograniczenia podaży lekarzy znajdują się przede wszystkim w rękach państwa:
najpierw ustala ono, ile osób może rozpocząć studia, a później – ilu absolwentów może rozpocząć poszczególne specjalizacje.
Ministerstwo Zdrowia podaje, że liczba przyjmowanych studentów została w ostatnich latach mocno zwiększona. Obecnie na pierwszym roku kierunku lekarskiego w języku polskim studiuje około 9 tysięcy osób, podczas gdy kilkanaście lat temu było to około 3–4 tysięcy. Efekty tych decyzji pojawiają się jednak dopiero po wielu latach kształcenia.
Izby lekarskie mają jednak klucz do zawodu
Naczelna Izba Lekarska nie ustala limitów przyjęć na uczelnie, ale samorząd lekarski posiada inną, bardzo istotną władzę. To okręgowe rady lekarskie przyznają prawo wykonywania zawodu, prowadzą rejestry lekarzy, sprawdzają dokumenty i mogą w określonych przypadkach ograniczyć albo zawiesić możliwość wykonywania zawodu.
Bez prawa wykonywania zawodu przyznanego przez samorząd lekarski nie można legalnie pracować jako lekarz. Ustawowe warunki muszą być spełnione, ale formalna decyzja należy do okręgowej rady lekarskiej.
Można więc mówić o prawnym monopolu samorządu lekarskiego na dopuszczanie do wykonywania zawodu , ale nie o monopolu Naczelnej Izby Lekarskiej na kształcenie studentów.
Samorząd lekarski ma również silny wpływ polityczny i opiniodawczy. Naczelna Rada Lekarska wielokrotnie sprzeciwiała się uproszczonym procedurom dopuszczania do pracy lekarzy posiadających kwalifikacje zdobyte poza Unią Europejską. Izba uzasadnia to koniecznością kontroli kwalifikacji, znajomości języka i bezpieczeństwem pacjentów. Z punktu widzenia rynku takie stanowisko oznacza jednak także utrzymanie wysokich barier wejścia dla potencjalnej konkurencji.
Bezpieczeństwo pacjenta jest argumentem ważnym i nie można go lekceważyć. Nie może jednak służyć jako wygodna zasłona dla systemu, który przez lata nie potrafił wykształcić i zatrzymać wystarczającej liczby specjalistów.
Do jakich patologii prowadzi taki system?
Pierwszą jest licytacja między szpitalami . Placówki nie konkurują jakością organizacji, lecz wysokością stawki za godzinę lub dyżur. Bogatszy szpital przejmuje lekarza biedniejszemu. Małe szpitale muszą przepłacać, aby w ogóle utrzymać oddział.
Drugą jest wypychanie lekarzy z etatów na kontrakty . Lekarz zdobywa silniejszą pozycję negocjacyjną, ale szpital traci stabilną kadrę pracowniczą. Personel może świadczyć usługi jednocześnie w kilku placówkach, a dyrekcja kupuje przede wszystkim określoną liczbę godzin i dyżurów.
Trzecią patologią jest ogromna nierówność wewnątrz szpitala . Lekarz może otrzymać w miesiącu kwotę przekraczającą roczne zarobki pracownika administracji, salowej czy części personelu technicznego. Oczywiście odpowiedzialność i kwalifikacje są nieporównywalne, ale różnica liczona w dziesiątkach razy niszczy poczucie wspólnoty i sprawiedliwości w zakładzie pracy.
Czwartą jest uzależnienie istnienia oddziału od jednej lub kilku osób . Jeżeli specjalista odejdzie albo zażąda stawki, której szpital nie jest w stanie zapłacić, zagrożona może być działalność całego oddziału. W takich warunkach dyrekcja ma ograniczoną możliwość negocjowania.
Piątą jest przerzucanie kosztów niedoboru na pacjentów i samorządy . Pieniądze wydane na coraz wyższe kontrakty nie mogą zostać przeznaczone na pielęgniarki, sprzęt, remonty, diagnostykę czy skracanie kolejek. Szpital nie ma jednak wyboru, jeżeli bez określonej obsady nie będzie mógł funkcjonować.
Wreszcie powstaje niebezpieczny mechanizm interesu grupowego. Im mniej specjalistów znajduje się na rynku, tym silniejsza jest pozycja tych, którzy już posiadają uprawnienia. Każde uproszczenie dostępu do zawodu, rozszerzenie kompetencji innych zawodów medycznych czy ułatwienie zatrudniania cudzoziemców może być przedstawiane jako zagrożenie dla jakości. Czasami te obawy są uzasadnione. Czasami chronią również ekonomiczną pozycję obecnych uczestników rynku.
Nie chodzi o to, żeby lekarze zarabiali mało
Lekarz powinien być dobrze wynagradzany. To zawód wymagający wieloletniej nauki, ogromnej odpowiedzialności i ciągłego doskonalenia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy stawka nie wynika już tylko z kwalifikacji i odpowiedzialności, lecz również z celowo lub nieudolnie utrzymywanego niedoboru.
System ochrony zdrowia nie jest prawdziwie wolnym rynkiem. Państwo ustala liczbę miejsc na studiach, finansuje i rozdziela specjalizacje, określa wymagania oraz przekazuje samorządowi zawodowemu prawo dopuszczania do zawodu. Później ten sam publiczny system musi licytować się o lekarzy, których wcześniej dopuścił do rynku w ograniczonej liczbie.
Rachunek za tę konstrukcję płacą szpitale takie jak placówka w Drezdenku. Ostatecznie płacą go jednak mieszkańcy – w podatkach, dłuższych kolejkach i ograniczonym dostępie do leczenia.
Nie Naczelna Izba Lekarska sama stworzyła ten problem. Nie można jednak udawać, że samorząd lekarski nie ma wpływu na utrzymywanie wysokich barier dostępu do zawodu. Największą odpowiedzialność ponosi państwo, które przez lata budowało system niedoboru, a obecnie kupuje lekarzy po cenach podyktowanych przez ten niedobór. Artykuł 120 tysięcy złotych w miesiąc dla lekarza. Drezdenecki szpital płaci cenę za systemowy niedobór kadr pochodzi z serwisu iDrezdenko .
Źródło: iDrezdenko (idrezdenko.pl)
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.