
Jan Mazurek
Dzisiaj, 14:21
Fryzura na Borata z zakolami. Czarno-biała koszulka w paski, obcisłe szorty, getry, frotki. Z tyłu złoty nadruk: Juez Casarozzi. Na szyi gwizdek. Po kieszeniach pochowane kartki: żółta i czerwona. Sprej sędziowski w kaburze. A wokół rekwizyty: kubki, wino, magnez, wieniec, wielgaśne buciory, chorągiewki dla liniowych, prowizoryczna siatka pełniąca rolę bramki. No i złota piłka.
Javier „Chiquito” Casali pisze na tablicy, że występ zacznie się za pięć minut. Show robi już jednak od dawna. Jest wysoki, bardzo wysoki, ma jakieś dwa metry wzrostu. Flamastrem domalował sobie fikuśnego wąsika. Na twarzy wybielający makijaż. Od razu przyciąga uwagę. Nawet nie wyglądem, co sceniczną prezencją. Ekscentryzmem. Jak sam określa: „zdolnością do robienia z siebie idioty”.
Szczeka na niego piesek na smyczy. Sędzia Juez Casarozzi pokazuje mu żółtą kartę i wykręca ciało w dzikim tańcu. Przytula się z ludźmi. Ale tak, że jego ręce pozostają wysoko nad ich głowami - w próżni. Goni przechodniów zmierzających w stronę dawnego Pedetu. Gdy go ignorują, wykrzywia twarz w takie miny, że ze śmiechu płacze już zgromadzona publiczność. Na każdego znajdzie jakiś patent. Nic nie musi mówić. I nic nie mówi. Wystarczy język ciała.
Patrz na mnie
Obok Kapucyńskiej, przy której występuje, przechodzą dwie zakonnice z parą w podeszłym wieku i kobietą na wózku inwalidzkim. „Chiquito” kradnie starszemu mężczyźnie marynarską czapkę, jego żonę usadza wśród dzieci, przejmuje wózek i ustawia go na wprost miejsca, w którym za chwilę zacznie się show. Przenosi uwagę na siostry zakonne. Składa dłonie do modlitwy. Robi znak krzyża. Zakonnice się śmieją. Nie mają wyboru. Dołączają do coraz większego tłumu.
Javier Casali wraca do środka zgromadzonego wokół niego kółeczka. I odgrywa spektakl, w którym przemienia się w sędziego piłkarskiego. Wykreowana przez niego postać Jueza Casarozziego doskonale bawi się konwencją futbolu rozumianego jako komedia przerysowanych ruchów. Gesty wykonywane przez arbitrów są bowiem naturalnie teatralne. Kto choć raz przyglądał się boiskowej mimice Pierluigiego Colliny czy nawet naszego Szymona Marciniaka, ten wie, o czym mowa.
Klaunada Casarozziego, biegającego na długich nogach jak na szczudłach, jest więc jednocześnie karykaturalna, dalece przejaskrawiona, ale przy tym jakby zupełnie adekwatna. Widzowie bawią się wybornie. Jak podczas najlepszych weselnych oczepin. Dołączają do tańca „fałszywego” sędziego, masują jego plecy, odrzucają mu piłkę i kubki. Utrzymują z nim ciągły kontakt wzrokowy. A jak ktoś popatrzy w telefon, od razu dostaje od Casarozziego upomnienie: patrz na mnie.
100 złotych is normal
Show kończy się konkursem rzutów karnych z udziałem „chętnych” i „We Are the Champions” Queenu. Show, które jest zajmujące, na swój sposób wspaniałe, chyba ciekawsze niż finał ostatnich mistrzostw świata. Javier „Chiquito” Casali mógłby to potwierdzić. W końcu sam pochodzi z Argentyny, która w najważniejszym meczu mundialu przegrała z Hiszpanią. W teatrze ulicznym i sztukach cyrkowych szkolił się w Rosario. Tam, gdzie urodził i wychował się Leo Messi. Casaliemu w Lublinie towarzyszy Paula Zapata, z którą tworzy duet „Gato Blanco, Gato Negro”, czyli „kot biały, kot czarny”. Rok temu na Carnavale Sztukmistrzów zdobyli nagrodę publiczności za „Atempo”.
Do finału jego występu nie dotrwały zakonnice.
W katolickiej teologii moralnej jest to nie tylko epatowanie seksualnością, ale też brak wewnętrznego i zewnętrznego uporządkowania, czyli nieskromny ubiór, nieskromne słowa, gesty, spojrzenia, a nawet afektacja rozumiana jako sztuczność w sposobie bycia, przesadne gestykulowanie, nienaturalny sposób mówienia czy brak panowania nad odruchami ciała. Lekceważąca postawa wobec sacrum.
Bezsens pracy
Kilkadziesiąt metrów dalej występowali Jon Hicks i Matt Rudkin ze swoim „Tony&Ray Find Their Feet”, który należy postrzegać w kategoriach hołdu dla humoru z niemych filmów z Charliem Chaplinem. Artyści uliczni wcielają się w dwójkę robotników, z nieznością lekkością bytu podchodzących do dość prymitywnych zadań, które przychodzi im wykonywać.
Nie są w stanie rozwinąć miarki automatycznej. Ganiają się z młotkiem. Tańczą z miotłami. Bohatersko rozwiązują problemy, które sami stworzyli. Żeby zaraz wszystko znowu popsuć. A najważniejsza jest dla nich oczywiście przerwa. I karmienie jednorożca.
To humor slapstickowy, wodewilowy. Klaunada. Nie dla każdego. Pod wieloma względami przede wszystkim trafiający do dzieci. Ale jeśli się dobrze zastanowić, jest to również niewątpliwie jakaś opowieść o koleżeństwie, może przyjaźni, pędzie życia, bezsensie wielu drobnych czynności, które wykonuje człowiek, byle tylko zapracować na wypłatę.
Dawaj kasę
Hicks i Rudkin pochodzą z Wielkiej Brytanii. Są doświadczonymi artystami ulicznymi. Ale do Polski przyjechali po raz pierwszy.
Rudkin uczył się fachu u legendarnego mistrza klaunady Philippe'a Gauliera. Francuz szkolił również Saszę Barona Cohena, Helenę Bonham Carter, Emmę Thompson czy Rachel Weisz. Uczniowie Gauliera opowiadali w „ Guardianie” o jego słynnych metodach dydaktycznych, ponoć tak surowych, jak skutecznych.
Do tego grona należą Hicks i Rudkin, do których podchodzę, gdy zebrali już pieniądze i zwijają majdan z przyczepionym jednorożcem.
Co jest najważniejsze w tego typu występach ulicznych?
Rozśmieszać ludzi - mówi Hicks.
Najgłośniej śmieją się dzieci?
Dorośli też się śmieją. Tylko trochę inaczej. Sztuką jest ich zaskakiwać. Jeśli nie podłapią energii show, wszystko leci w dół.
Wodewil wciąż może być współczesny?
Oczywiście, że jest współczesny. Nie zdezaktualizował się. Lublin tego dowodem.
Tańczą z miotłami
Publiczność na poszczególnych występach podczas Carnavalu Sztukmistrzów jest stała. Widzowie rzadko przedwcześnie rezygnują z oglądania występów artystów. Znacznie częściej wtapiają się w tłum już w czasie trwania show. I na „Tony&Ray Find Their Feet” nie było inaczej. Hicksa i Rudkina przybiegł zobaczyć chłopiec w czapce z daszkiem.
I co się tam dzieje? - spytali go rodzice.
A nic, panowie tańczą z miotłami.
Źródło: Dziennik Wschodni
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.