
Czwartek, godzina 3:50. W Lublinie uruchomione zostają syreny alarmowe. Modulowany, trwający trzy minuty sygnał wskazywał wprost, że jest to informacja o prawdopodobnym uderzeniu z powietrza. Po chwili zaczynają dzwonić nasze redakcyjne telefony. Nie milkną przez następne kilkadziesiąt minut. Odebra
Alarm przeciwlotniczy postawił na nogi tysiące mieszkańców Lubelszczyzny. Syreny ostrzegły o zagrożeniu z powietrza, jednak długo nikt nie potrafił wyjaśnić, co właściwie się wydarzyło. W sytuacji kryzysowej zabrakło tego, co równie ważne jak sam alarm – rzetelnej i szybkiej informacji.
Czwartek, godzina 3:50. W Lublinie uruchomione zostają syreny alarmowe. Modulowany, trwający trzy minuty sygnał wskazywał wprost, że jest to informacja o prawdopodobnym uderzeniu z powietrza. Po chwili zaczynają dzwonić nasze redakcyjne telefony. Nie milkną przez następne kilkadziesiąt minut. Odebraliśmy ponad sto połączeń, do tego doszedł szereg wiadomości i maili. Wszystkie osoby, które się z nami kontaktowały, zadawały jedno i to samo pytanie: „Co się dzieje?”.
O ile sygnał alarmowy dla większości był jasny, o tyle każdemu brakowało informacji o tym, jaki jest powód ogłoszenia alarmu. Trudno się temu dziwić. Choć za naszą wschodnią granicą trwa wojna, Polska pozostaje państwem pokojowym i na jej terytorium nie są prowadzone żadne działania zbrojne. Dlatego też pojawiła się taka, a nie inna reakcja.
Tu wrócimy jeszcze do sytuacji na Ukrainie. Choć rosyjskie ataki prowadzone są tam bardzo często, a mieszkańcy od razu reagują na syreny alarmowe, warto zwrócić uwagę na niezwykle ważny fakt. Mianowicie minionej nocy zaatakowana została m.in. stolica tego kraju. Kiedy uruchomiono alarm przeciwlotniczy, burmistrz Kijowa Witalij Kliczko od razu wystosował do mieszkańców komunikat, aby udali się do schronów. Wskazał, że „wróg uderza w stolicę pociskami balistycznymi, zagrożenie kolejnymi atakami utrzymuje się. Pozostańcie w schronach!” – napisał Kliczko w serwisie Telegram. Tym samym mieszkańcy wiedzieli, co się dzieje.
– Nie będę ukrywał, że syreny mnie przestraszyły. Nigdzie jednak nie było żadnej informacji, co się dzieje. W mediach cisza, więc zadzwoniłem na numer alarmowy. Tam operator poinformował mnie, że oni również nie wiedzą, o co chodzi. Tak to wysyłają SMS-y, że będzie burza, która najczęściej nie nadchodzi. Wtedy nawet po dwie wiadomości przychodzą, a tu totalna cisza – wyjaśniał nam pan Jerzy.
My również usiłowaliśmy dowiedzieć się, co było powodem alarmu. Wszak w takich sytuacjach główne media powinny być powiadamiane, aby móc przekazywać informacje mieszkańcom. Tymczasem nigdzie nikt nie potrafił wyjaśnić, co się wydarzyło.
Posiadaliśmy jedynie komunikat Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych o operowaniu lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej z uwagi na aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy. Jest to stała formułka przekazywana za każdym razem, kiedy podrywane są myśliwce. Takich przypadków w ostatnim czasie było wiele, nigdy jednak nie towarzyszył im alarm przeciwlotniczy.
Dopiero dzięki własnym źródłom udało nam się ustalić, że „coś wleciało z Ukrainy”. Niemal w tym samym czasie zaczęliśmy otrzymywać sygnały od mieszkańców m.in. gmin Wysokie i Zakrzew, że słyszeli ogromny huk, jakby runął samolot, a w wielu domach omal nie wyleciały szyby z okien. Kolejne osoby informowały, że nad lasem widać kłęby czarnego dymu. Służby oraz urzędy nadal milczały.
Nie zamierzamy polemizować co do zasadności uruchomienia alarmu, gdyż uważamy, że jeżeli istniał choć promil ryzyka, było to słuszne posunięcie. Jednak, podobnie jak mieszkańcy, wskazujemy, że przepływ informacji w sytuacjach kryzysowych po prostu… leży, a służby oraz odpowiedzialni za to urzędnicy mają jeszcze wiele do poprawy, szczególnie jeśli chodzi o procedury w tym zakresie.
Nie może być tak, że „uruchomimy syreny, bo jak coś się stanie, to nikt nam nie zarzuci, że nic nie zrobiliśmy”. Od tego mamy różnego rodzaju narzędzia, aby z nich korzystać. Mowa o Alertach RCB czy po prostu zwykłych komunikatach z informacją, nawet lakoniczną, o tym, co się dzieje.
Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wydało komunikat, w którym wyjaśnia, że system syren uruchomiono niezwłocznie po otrzymaniu informacji z Centrum Operacji Powietrznych MON o naruszeniu przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej. Zaznaczono, że jest to najszybsza i najbardziej bezpośrednia forma ostrzeżenia mieszkańców przed bezpośrednim zagrożeniem.
– W sytuacjach wymagających błyskawicznej reakcji to syreny alarmowe pozostają najskuteczniejszym i najszybszym narzędziem powiadamiania. Podczas tego incydentu czas krytyczny wynosił około 13 minut. W tym okienku czasowym kluczowe było natychmiastowe dotarcie z informacją do jak największej liczby osób, co umożliwił uruchomiony system ostrzegania – wskazano.
Jednocześnie Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zapewnia, że wszystkie podjęte procedury oraz mechanizmy informacyjne zadziałały prawidłowo i zgodnie z przyjętymi schematami operacyjnymi. Ktoś jednak najwyraźniej przemyślał całą sytuację, gdyż poinformowano, że wszystkie mechanizmy informowania społeczeństwa w sytuacji zagrożenia poprzez sygnały alarmowe zostaną poddane analizie. Dodatkowo wprowadzona będzie zasada wysyłania wiadomości SMS z informacją bezpośrednio po ustaniu niebezpieczeństwa, aby mieszkańcy mieli pełną jasność co do przebiegu zdarzeń.
Temat ten został również poruszony podczas wystąpienia premiera Donalda Tuska, szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego oraz ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, którzy przyjechali dziś na miejsce upadku rakiety. Przekonywano, że użycie syren alarmowych jest najszybszym sposobem ostrzeżenia ludności przed zagrożeniem.
– Jeżeli wyje syrena alarmowa, to znaczy, że jest zagrożenie, a to znaczy, że należy postępować zgodnie z procedurami zawartymi w specjalnym „Poradniku bezpieczeństwa”. Celem alarmu jest ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem i po to są procedury. W momencie, gdy zagrożenie trwa bardzo krótko, ten system ma jedną funkcję – poinformować Polaków o tym, że nadchodzi niebezpieczeństwo, i tyle – mówił minister Kierwiński.
Premier zapewniał, że syreny po prostu są szybsze. Nikt temu nie zaprzeczał, jednak w dalszym ciągu pozostał otwarty problem braku informacji dla mieszkańców. W końcu Donald Tusk przyznał, że potrzebne są zmiany w tym zakresie. Zgodził się, że należy wykorzystywać Alert RCB nie tyle do alarmowania o zagrożeniu, ile do informowania, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia. Na koniec zakomunikował, że „musimy bezwzględnie wprowadzić zasadę, aby po odwołaniu zagrożenia wysyłać uspokajające SMS-y do ludzi”.
Źródło: Lublin112
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.