
"Chodzę codziennie do pracy obok naszych słynnych, miejskich donic (zarówno tych na chodnikach, jak i tych wiszących dumnie na latarniach) i zamiast obiecanego efektu „wow”, czuję głównie zażenowanie.Z daleka pewnie wszystko wygląda super - fiolety, żółcie, zieleń, pełna sielanka. Ale wystarczy podejść, żeby zobaczyć, że te rośliny właśnie przechodzą powolną agonię. Pędy wiszą bez życia, liście żółkną, a od środka kaskad zaczyna straszyć suchy chrust.
Mamy pełnię lata i za chwilę pewnie wrócą upały, więc nie trzeba być profesorem botaniki. Donice na słupach nagrzewają się w słońcu jak piec. Ziemia wysycha w nich w mgnieniu oka, a odnosi się wrażenie, że ekipa z beczkowozem wpada tu tylko wtedy, kiedy akurat ma po drodze. Podlewanie „raz na kiedyś” w lipcu to dla surfinii wyrok śmierci. One powinny dostawać pić regularnie rano i wieczorem, a nie raz na kilka dni i to pewnie w pełnym słońcu. Jeśli to tempo usychania się utrzyma, daję im czas maksymalnie do końca miesiąca. W sierpniu zamiast miejskich ozdób będziemy podziwiać kompozycje z suchych patyków i zwiędłych liści.
Najbardziej wkurza mnie w tym wszystkim kompletny brak logiki. Ktoś miał świetny pomysł, miasto wydało na te sadzonki nasze wspólne, niemałe pieniądze, ktoś to fizycznie montował, sadził i dobierał kolory. I co z tego? Teraz wszystko marnieje, bo zabrakło refleksji, że o żywą roślinę trzeba dbać również po tym, jak opadną emocje po jej posadzeniu, a urzędnicy odhaczą sukces w raportach. Wyrzucamy kasę w błoto, a raczej w wysuszoną na wiór ziemię. Apeluję do osób odpowiedzialnych za zieleń miejską. Te dekoracje naprawdę da się jeszcze uratować, ale trzeba to zrobić teraz, a nie jesienią, kiedy trzeba będzie tylko sprzątać uschnięte badyle. Mieszkaniec (wciąż mający nadzieję na odrobinę żywej zieleni)
Co sądzisz na ten temat?
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.