
Spis treści
Gdyby Ekstraliga Żużlowa na dorocznej gali podsumowującej rozgrywki ogłosiła wyniki plebiscytu na „najsmutniejszą minę sezonu", mogłoby się skończyć wynikiem ex aequo. Absolutnymi pewniakami w tej konkurencji są dla mnie Grzegorz Walasek i Robert Kościecha.
Szkoleniowiec Falubazu ma o tyle gorzej, że on już od pierwszego meczu miał pod górkę. Zespół niby skompletowano mu nawet na medal, a okazało się, że gwiazdy kompletnie „nie jadą". No i na koniec wszystko zwalono na trenera, który wyleciał z posady krótko przed niedzielnym meczem z Presem Toruń. Podobno zawodnicy go nie chcieli, choć nikt publicznie nie chce się teraz do tego przyznać. Tak sobie myślę, że – przypominając sobie minę Walaska od początku sezonu – może żużlowcy zrobili mu tylko dobrze, skracając te cierpienia. Choć postawa zielonogórskich działaczy jakoś nie spotkała się w Polsce z aprobatą. To już jednak nie nasz problem.
Pięć minut Kościechy
Kościecha miał o tyle lepiej, że przeżył swoje pięć minut, gdy GKM był liderem tabeli. Zapewne kibice pamiętają jego szaloną radość po wygranej w Lublinie. Ten biedny na tle wszystkich tuzów klub utarł im nosa. Ale – do czasu. Seria czterech niepowodzeń, zakończona wysoką porażką w Lesznie, praktycznie pozbawiła Gołębi szansy awansu do fazy play off. I zamiast tej radości po spotkaniu z Motorem zapamiętam raczej smutną i zrezygnowaną minę Roberta po przegranej u siebie z Torunianami oraz na wyjeździe z Unią. Mam tylko nadzieję, że – w przeciwieństwie do Zielonogórzan – działacze z Grudziądza wykażą się chłodną głową i pozostawią Kościechę na stanowisku, bo – będę się upierał – robi on w ich klubie dobrą robotę.
Nawiasem mówiąc – szkoda mi obu trenerów, bo byli oni związani w przyszłości z klubem z Torunia. Walasek wprawdzie raczej incydentalnie, ale za to Kościecha, jako wychowanek, spędził w naszej drużynie sporo lat i zdobył z nią dwa razy drużynowe mistrzostwo Polski, cztery razy wicemistrzostwo, dorzucając jeden brązowy medal. Ilu zawodników może się poszczycić takimi osiągnięciami? No i nie zapominajmy też o tym, że „Kostek", krótko, bo krótko, ale trenował też naszą młodzież.
Michelsen przestał się bać
Jeśli zaś chodzi o Torunian, to zwycięstwem w Zielonej Górze przyklepali sobie awans do fazy play off. Drużyna miała turbulencje na początku sezonu, ale teraz jeździ coraz lepiej, choć w niedzielę przytrafiła się jej niewytłumaczalna niemoc w czwartej serii biegów, którą przegrała 4:14. Na takie chwile słabości w play off nie może sobie pozwolić, bo Sparta, Unia czy Motor takiej okazji raczej już nie wypuszczą. Tutaj nie ma miejsca na najmniejszą nawet dekoncentrację.
Mimo to spotkanie w Zielonej Górze przyniosło jednak zdecydowanie więcej pozytywów. Przede wszystkim wreszcie mógł się podobać Mikkel Michelsen. To nie był już ten zawodnik, który hamuje lewą nogą w połowie prostej. Teraz Duńczyk ostro walczył do ostatnich metrów nie zamykając gazu. A to oznacza, że udało mu się zapomnieć o kontuzjach. Wygląda na to, że w najlepszej do tego chwili.
W Toruniu już nie tak nudno
W zeszłym tygodniu napisałem, że toruński klub jest nudny, bo sprawy kontraktów z zawodnikami na przyszły sezon dopiął już dawno temu i dziennikarze nie mają o czym pisać. A tu pojawiła się kilka dni temu informacja, że wprawdzie sensacji wśród seniorów żadnej nie będzie, ale za to na pozycji U24 Noricka Bloedorna ma zastąpić Matthias Pollestad. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiem, że moment „wypłynięcia" tego newsa jest wyjątkowo niefortunny.
Ciekawe, jak ta informacja wpłynie na postawę Niemca w decydujących momentach rozgrywek? Jeśli miałoby do tego dojść, to być może zadecydowały jakieś „okołoparkingowe" szczegóły. W każdym razie w dwóch ostatnich meczach ligowych Norweg w barwach Stali Gorzów wypadł bladziutko, a Bloedorn, co do postawy którego na wyjazdach było mnóstwo zastrzeżeń, pojechał ostatnio w Grudziądzu i Zielonej Górze niemal jak stary wyga. Jak na złość...
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.