
Igor Zalewski — Europa znów rozdała karty – i znów bez Polski. W najnowszych nominacjach ambasadorskich UE nasz kraj nie zdobył ani jednego stanowiska, za to stracił dwa.
„Nas nikt nie ogra w Europie”. Ten cytat będzie się chyba śnił Donaldowi Tuskowi, bowiem – cóż – jest przytaczany zawsze, gdy jesteśmy ogrywani. A znowu to miało miejsce. Zostaliśmy ograni w spektakularny sposób. W dodatku do zera, tak by pokazać nam nasze miejsce w szeregu. Małym pocieszeniem jest to, że dostaliśmy łomot nie tylko my, ale w ogóle tzw. Nowa Europa.
Kaja Kallas ogłosiła nominacje ambasadorskie Unii Europejskiej. W Parlamencie Europejskim już rozeszła się wieść: to policzek dla państw środkowej i wschodniej Europy oraz dowód supremacji tak zwanej Starej Unii. Deputowani z Polski czy Rumunii już szykują się do wzięcia Kallas w krzyżowy ogień pytań.
Polacy są szczególnie rozjuszeni, bo było nie było, jesteśmy jednym z liczniejszych państw UE, a w dodatku rządzą nami stare unijne wygi, czyli Donald Tusk oraz Radosław Sikorski. Niestety nawet oni nie pomogli naszym dyplomatom. Bo liczba stanowisk ambasadorskich, jakie otrzymali Polacy, wynosi dokładnie zero. A właściwie minus dwa. Bo dwoje polskich ambasadorów zostało odwołanych.
Pierwszy zwrócił na to uwagę Marek Magierowski w Wirtualnej Polsce, pytając retorycznie, czy obecna władza, która chętnie określała poprzednią mianem „dyplomatołków”, sama na taki epitet nie zasługuje. Owszem, Magierowski jest dyplomatą związanym z poprzednim obozem władzy, ale jego złośliwość jest zasadna. Za czasów Zjednoczonej Prawicy kilku polskich dyplomatów otrzymało nominacje na ambasadorów UE. Po przejęciu władzy przez KO i jej sojuszników do tej puli doszlusowały jeszcze dwie osoby. Ale teraz, podczas wielkiej rotacji w unijnej dyplomacji, dwoje Polaków straciło stanowiska, a żaden nominacji nie uzyskał.
Wybierz formę na pasku. Stanosky otwiera się z boku, pokazuje cenę i robi z tego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek.