
Henryk Tuła z wrodzonej ciekawości i potrzeby serca stworzył monumentalne archiwum lwowskiej Siemianówki. OT. KATARZYNA KIJAKOWSKA
Henryk Tuła, mieszkaniec podoleśnickiej Dąbrowy, z wrodzonej ciekawości i potrzeby serca stworzył monumentalne archiwum lwowskiej Siemianówki – wsi, z której wywodzą się jego rodzice – osiedleńcy, którzy po wojnie przybyli na Ziemie Odzyskane.
Początki poszukiwań Henryka Tuły wcale nie zwiastowały tak ogromnego rozmachu. Zaczęło się od prozaicznych, szkolnych trudności. – Zaczęło się od tego, że chciałem zebrać informacje o swojej rodzinie. Jeszcze jak chodziłem do szkoły, zdarzały się zadania, by opisać swoje losy, losy swojej rodziny. Nie miałem co napisać, bo mało się o tym rozmawiało w domu. Postanowiłem zacząć zbierać wiadomości jakieś 30 lat temu. To nie było łatwe, bo mój tata już nie żył, a mama niewiele pomogła – wspomina badacz.
Rodzice pana Henryka urodzili się w Siemianówce i to tam się poznali. W 1945 roku jego tata, wraz ze swoją matką, wyjechał do Doboszowic pod Kłodzkiem. Rok później ojczyste strony opuściła mama, osiadając początkowo w Dąbrowie. W 1947 roku wzięli ślub, a po przeprowadzce do Doboszowic doczekali się pięciorga dzieci – Henryk był najmłodszy.
Choć opowieści ze wschodu krążyły w powietrzu, przełomowy moment nastąpił znacznie później.
– Pojechaliśmy z żoną do starszej ciotki do Doboszowic. Chciała nam pokazać stare zdjęcia. Wyciągnęła kuferek i nagle zaczęła je na naszych oczach wrzucać do pieca. Przerwałem jej i poczułem, że to sygnał, żeby zacząć spisywać dzieje naszej rodziny – opowiada z przejęciem.
Aby poznać historię własnej rodziny, Henryk Tuła musiał najpierw odkryć dzieje samej Siemianówki. Zdobycie tej wiedzy wymagało tytanicznej pracy. Pan Henryk, człowiek całe życie pracujący fizycznie, w sile wieku nauczył się obsługi komputera. Wertował cyfrowe „Księgi wieczyste archidiecezji lwowskiej” (co dziś, ze względu na przepisy RODO, byłoby znacznie trudniejsze). Podróżował po Polsce – dotarł m.in. aż do Rewala, gdzie odnalazł jednego z krewnych. W poszukiwaniach mocno wspierał go również wrocławski adwokat Bolesław Bednarski, który wraz z siostrą Zofią dzielił miłość do pozostawionej po wojnie Siemianówki. – Wciągnęło mnie to nieprawdopodobnie. Nie ma dnia, żebym nie poświęcił choćby godziny na to zbieranie materiałów – przyznaje mieszkaniec Dąbrowy.
Badania doprowadziły go do niezwykłych faktów. Dowiedział się, że Siemianówka była bogatą wsią królewską, założoną w XVII wieku przez ród Potockich, dostarczającą żywność do Lwowa. Sielskie życie zrujnowała II wojna światowa.
Szczególnie bolesny był 26 lipca 1944 roku, nazwany w historii wioski „Kainowym dniem”. Wtedy to ukraińscy esesmani z SS Galizien przeprowadzili krwawą pacyfikację. W masakrze, która trwała zaledwie kilka godzin, zginęło 33 Polaków (w tym 15 w publicznej egzekucji), a 100 zagród spłonęło. W płomieniach zginęli krewni pana Henryka – Jan i Tomasz Tułowie, a ich gospodarstwo przestało istnieć.
Historia kryje jednak również jasne punkty. Pan Henryk odkrył, że siemianowskie rodziny uratowały w czasie wojny aż 34 Żydów, choć za swoje czyny nigdy nie doczekali się drzewek „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Z kolei w drzewie genealogicznym żony Alicji natrafił na historię jej pradziadka, który w czasie I wojny światowej uratował podczas przeprawy przez rzekę tonącego niemieckiego żołnierza o imieniu… Adolf.
Owocem mrówczej pracy Henryka Tuły są dwie obszerne publikacje „Siemianówka koło Lwowa w obiektywie aparatu”. Na ich kartach dawni mieszkańcy ożywają na nowo. Są tam zdjęcia z rodzinnych uroczystości i spotkań, a także fotografie z 1946 roku z Doboszowic, gdzie przesiedleńcy – tuż obok wciąż mieszkających tam Niemców – zdążyli już wystawić teatr z przedstawieniem „Wesele krakowskie”.
Wiele przedwojennych kadrów to zasługa Stanisława Tuły, wuja Henryka, który był zamożnym lwowskim krawcem i fotografem-amatorem. Swoimi zbiorami podzielili się też Bronisław Szachnowski, Julian Sidziński oraz Anna Wojciechowska Sztabłowa ze Szczerca. Ogromnym wsparciem i surowym recenzentem pracy był wspomniany już Bolesław Bednarski.
Po wojnie ocaleni z Kresów trafili m.in. do Przemkowa, Oleśnicy, Doboszowic, okolic Wrocławia i Dobroszyc. Z czasem odrodziła się w nich potrzeba wspólnoty. Pierwsze spotkanie zorganizowano w 1980 roku w Gądowie Wielkim – wzięło w nim udział około 40 osób. Zdecydowano, by widywać się co roku w ostatnią niedzielę lipca w Doboszowicach. – Rok później było nas już blisko tysiąc. Wielu widziało się po raz pierwszy od czasu wojny. To było bardzo wzruszające spotkanie– wspomina Henryk Tuła.
Z czasem zjazdy organizowano nawet cztery razy w roku (z okazji św. Marcina, świąt wielkanocnych, opłatka i pod koniec lipca). Pan Henryk od 2000 roku uczestniczy w nich systematycznie. – Do pandemii spotykaliśmy się bardzo często – opowada. – Teraz trochę rzadziej, ale spotkania w lipcu i przy opłatku są dla wielu z nas niemal obowiązkowe.
Z kronikarskiej potrzeby, ale też chęci spisania historii dla potomnych, pan Henryk zebrał też w osobną publikację historię Dąbrowy, gdzie kilka lat po wojnie osiedliła się jego rodzina. W kolejnych artykułach zaprezentujemy część jego wspaniałych zbiorów.
Ten artykuł to guz. Jeden klik i Stanosky robi z niego TWÓJ materiał — tekst, mem, rolkę albo kawałek. Cena w żetonach stoi na kaflu.