RAK
    Polka porwana w Libii wróciła do kraju. Dramatyczna relacja

    Polka porwana w Libii wróciła do kraju. Dramatyczna relacja

    3053 odsłon
    Polka porwana w Libii wróciła do kraju. Dramatyczna relacja

    Laura Kwoczała, uczestniczka konwoju pomocowego dla Strefy Gazy, wróciła do Polski po miesiącu przetrzymywania we wschodniej Libii. To było porwanie, nie poznałam przyczyny zatrzymania, nie miałam żadnych praw, nie wiedziałam, co ze mną będzie - powiedziała PAP Polka.

    Zatrzymania Polki i dziewięciorga innych uczestników konwoju z siedmiu krajów dokonały 24 maja służby samozwańczych władz wschodniej Libii pod wodzą generała Chalify Haftara, na granicy z zachodnią częścią tego kraju (wcześniej organizatorzy konwoju podawali 17 maja - PAP). Przez miesiąc nie było wieści o losie zatrzymanych. 24 czerwca Kwoczała i pozostali aktywiści odzyskali wolność.

    Globalny Konwój Lądowy Sumud 25 kwietnia wyruszył z Mauretanii przez Afrykę Północną z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy. - Wolontariusze spoza Afryki dołączyli do niego już w Libii. Uczestnicy zostali przeszkoleni w Trypolisie, mieli wizy i kontakt do osoby, która miała umożliwić im przejazd przez wschodnią Libię - powiedziała PAP Kwoczała. Jak przyznała, konwój zakładał, że pokonanie granicy może się nie udać, bo "były medialne doniesienia, że Haftar i jego siły nie przepuszczą nas dalej".

    24-letnia Polka była wśród 10 osób, które w strefie buforowej między zachodem a wschodem kraju negocjowały przejazd konwoju. Tam czekali na nich dwaj pracownicy Czerwonego Półksiężyca we wschodniej Libii, którzy przekazali im kontakt do szefa oddziału organizacji w celu ustalenia dalszej logistyki i zapewnili, że przekażą pomoc do Strefy Gazy. Później jednak kontakt z organizacją się urwał i za drugim razem wschodniolibijscy funkcjonariusze nakazali aktywistom, by zawrócili. Aktywiści postanowili spróbować jeszcze raz. - Wtedy jeszcze liczyliśmy na zgodę na przekazanie Półksiężycowi pomocy humanitarnej, gdybyśmy dostali gwarancję dostarczenia jej do Gazy. Dlatego za trzecim razem do checkpointu pojechały z nami ciężarówki z pomocą - relacjonowała Kwoczała.

    Wówczas siły paramilitarne zablokowały konwój, a jego przedstawicieli wyciągnięto z aut. Mężczyzn zapakowano do pojazdu "jak do przewozu bydła", a kobiety do furgonetki. - Nas, kobiety, przeszukiwały inne kobiety. Jedna z nich zerwała mi chustę z głowy; jestem muzułmanką i przestrzegam zasłaniania włosów, nie uszanowano tego - powiedziała aktywistka.

    Zatrzymane przewieziono do Syrty i zamknięto w hali, w której składowano biurka, krzesła i baniaki z wodą. Wszędzie były kamery. Mimo sprzeciwu wolontariuszy pobrano im krew do badań. - Fałszywie argumentowano, że taka jest procedura wizowa, i że to dla naszego bezpieczeństwa, bo mogłyśmy złapać jakąś bakterię po drodze. Ale wiedziałyśmy, że to zapowiedź zatrzymania na dłużej - podkreśliła Kwoczała. Osadzone nie miały dostępu do swoich bagaży, ubrań, prysznica. Początkowo spały na rozwijanej sztucznej murawie, potem na materacach.

    Kwoczała podkreśliła, że zatrzymane nie wiedziały, co się dzieje. Strażnicy mówili tylko po arabsku, ale nawet w tym języku zbywali żądania wyjaśnień - mówiła. Wobec braku wieści o losach męskiej części delegacji aktywistki podjęły strajk głodowy. Strażnicy zaprosili je "do negocjacji", które okazały się jednak zwykłym przesłuchaniem. - Niczego nam nie wyjaśniono. Tak wyglądały pierwsze dni - dodała.

    Trzeciego dnia przetrzymywane usłyszały, że wraz z pozostałymi uczestnikami konwoju polecą do Trypolisu, gdzie odzyskają wolność. Na lotnisku czekał na nich przedstawiciel władz wschodniolibijskich. - Nie przedstawił się, ale przeprosił za zaistniałą sytuację. (...) To miał być koniec kłopotów - podkreśliła Kwoczała.

    Tymczasem samolot poleciał do Bengazi, stolicy wschodniej Libii. - To był szok. W drodze z lotniska widziałam, jak mijamy wieżyczki strażnicze. To był jakiś nieformalny ośrodek detencyjny, nieoznaczony. Byliśmy przerażeni - powiedziała Polka.

    Warunki w Bengazi były znacznie gorsze. Kwoczałę osadzono w izolatce za "zachowanie w Syrcie". Nazajutrz do klitki dorzucono jej Amerykankę. - Nie było miejsca na rozprostowanie nóg, tylko zepsuta żarówka, ustęp i krótki materac na betonowej podłodze - wspominała Polka. Odmówiono jej dostępu do niezbędnych lekarstw. Wróciła do głodówki, a leki częściowo przywrócono, "gdy strażnicy nagrali mnie i pokazali komuś z komunikatywnym angielskim".

    Po pewnym czasie zatrzymanych zawieziono do budynku sądu, ale rozprawa nie odbyła się przez - jak im wyjaśniono - brak przetłumaczonych dokumentów. - Wróciliśmy do naszego ośrodka detencji, wciąż nie znając podstawy zatrzymania i nie wiedząc, co będzie dalej - powiedziała Polka. Podejrzewała, że nieuznawane przez inne kraje władze wschodniolibijskie chciały wykorzystać tę sytuację politycznie.

    Później miała nadzorowane widzenie z hiszpańskim konsulem w Libii, a pod koniec drugiego tygodnia przetrzymywania - z polskim konsulem w Tunisie Maciejem Kowalskim. - Te spotkania przyniosły dużą ulgę i pewność, że nasze kraje wiedzą o sytuacji i działają - powiedziała Polka. Zatrzymanym pozwolono na kontakt z rodzinami z prywatnego telefonu libijskiego strażnika. - Baliśmy się wtedy, czy jakoś nie zaszkodzimy bliskim - wspominała.

    Kwoczała w ośrodku była świadkiem przemocy wobec Libijczyków. - Przez uchylone drzwi widziałam, jak brutalnie pobito i skopano jakiegoś zatrzymanego - powiedziała.

    W niedzielę 21 czerwca Polka przeszła operację wyrostka w miejscowym szpitalu. - (Operację przeprowadzono - PAP) w dobrych warunkach, nie mam zastrzeżeń do opieki medycznej (...) nie mogłam jednak rozmawiać z personelem, cały czas pilnowało mnie dwóch strażników - podkreśliła.

    Trzy dni później "nagle przyszli i powiedzieli, że nas wypuszczą" - wspomina, dodając, że aktywiści bali się, "czy nie będzie jak w Syrcie". Ostatecznie jednak z Bengazi polecieli do Stambułu. - Dopiero tam przyszła wielka ulga i radość - powiedziała Kwoczała. W Turcji dowiedziała się, że jej operacja prawdopodobnie przyspieszyła ich uwolnienie.

    Polka zaznaczyła, że "jak na porwanie i przetrzymywanie w zamknięciu przez 30 dni i jeden niepełny, czuje się dobrze". - Tak, zostałam porwana. Nie poznałam podstawy zatrzymania ani od razu, ani potem. Nie miałam żadnych praw przysługujących zatrzymanym. Bałam się o życie. Nie wiedziałam, co się dzieje, i co ze mną będzie - zaznaczyła.

    W sobotę 27 czerwca Kwoczała wróciła do kraju. Jak zaznaczył rzecznik organizacji Global Sumud Polska Rafał Piotrowski, Polka nadal zamierza działać na rzecz ludności Strefy Gazy.

    Globalny Konwój Lądowy Sumud - analogicznie do wcześniejszych akcji Globalnej Flotylli Sumud - stawiał sobie za cel nagłośnienie protestów przeciwko izraelskiej blokadzie Strefy Gazy i otwarcie drogi dla pomocy humanitarnej dla tamtejszej ludności, która cierpi na skutek kilkuletniego konfliktu zbrojnego między palestyńską organizacją terrorystyczną Hamas a Izraelem.

    W 2011 r. upadł reżim dyktatora Muammara Kadafiego, co rozpoczęło w Libii okres walk o władzę i wojnę domową. Obecnie rząd w Trypolisie kontroluje zachodnią część kraju. Na wschodzie de facto rządzi generał Haftar i siły jego Libijskiej Armii Narodowej (LNA). Instytucje wschodniej Libii są nieuznawane na arenie międzynarodowej. W związku z wysoce nieprzewidywalną sytuacją bezpieczeństwa i możliwością destabilizacji polskie MSZ odradza wszelkie podróże do Libii. Resort zaznacza, że obywatele polscy, którzy przebywają w tym kraju, powinni go niezwłocznie opuścić.

    Tydzień z Wiara.pl

    Przeczytaj jeszcze

    Galerie

    Andrzej Macura

    Katarzyna Solecka

    Piotr Drzyzga

    Autoreklama

    Czytaj cały artykuł u źródła — Gość Gdański

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era