
Ogromna pryzma gnijących ziemniaków na polu w pobliżu Karwna stała się przyczyną ostrego konfliktu między rolnikiem Jarosławem Bielińskim a miejscowym radnym Jerzym Mokwińskim. Gospodarz mówi o bezpodstawnym donosie, ser
Dodaj komentarz
Ogromna pryzma gnijących ziemniaków na polu w pobliżu Karwna stała się przyczyną ostrego konfliktu między rolnikiem Jarosławem Bielińskim a miejscowym radnym Jerzym Mokwińskim. Gospodarz mówi o bezpodstawnym donosie, serii kontroli i wielomilionowej tragedii swojego gospodarstwa. Radny odpowiada nagraniami, na których – jak twierdzi – widać ciemną, intensywnie pachnącą ciecz spływającą od hałdy w stronę zabudowań.
::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}
::event{"type":"horizontal","item":"1084"}
Obie strony przedstawiają zupełnie inny obraz tej samej sytuacji. Bieliński zapewnia, że pryzma nie stanowi zagrożenia i ma zostać wykorzystana jako nawóz. Mokwiński przekonuje natomiast, że zareagował po skargach mieszkańców, którzy mieli uskarżać się na smród oraz odcieki pojawiające się po opadach.
Towar nie został odebrany. Rolnik mówi o stracie sięgającej 4 mln zł
Jarosław Bieliński prowadzi w Karwnie duże gospodarstwo zajmujące się między innymi produkcją sadzeniaków. Jak wyjaśnia, ziemniaki znalazły się na polu po tym, jak kontrahent nie odebrał zakontraktowanego towaru.
Rolnik podkreśla, że nie są to zwykłe ziemniaki konsumpcyjne ani surowiec przeznaczony na frytki. Miał to być wartościowy materiał przeznaczony do dalszego rozmnażania. Straty gospodarstwa szacuje na około 4 mln zł.
– Dla niektórych jest to kupa odpadów. Dla mnie jest to ogromny problem finansowy. Kontrahent nie wywiązał się z umowy i nie odebrał ziemniaków, dlatego musiałem wywieźć je z przechowalni – mówi Jarosław Bieliński. Według jego relacji firma nie tylko nie odebrała ziemniaków, ale również skierowała sprawę do sądu, zarzucając gospodarzowi, że nie wydał zakontraktowanego towaru. Bieliński twierdzi, że posiada korespondencję, z której wynika, iż wielokrotnie wzywał przedsiębiorstwo do odbioru.
– Towar czekał. Informowaliśmy, że można go odebrać. Tymczasem zostaliśmy ze stratami, a dodatkowo musimy bronić się w sądzie – przekonuje. Rolnik: to woda opadowa, a nie odciek z pryzmy
Po intensywnych opadach drogą w okolicy pola zaczęła płynąć woda. Do Urzędu Gminy Czarna Dąbrówka trafiło zgłoszenie, według którego ciecz miała pochodzić z rozkładających się ziemniaków.
Bieliński stanowczo temu zaprzecza. Przekonuje, że ukształtowanie terenu powoduje spływanie wody z pól właśnie w tym miejscu. Według niego dotychczasowe kontrole nie wykazały, aby pryzma stanowiła zagrożenie dla mieszkańców lub środowiska.
– Po dużych opadach woda płynęła drogą, ale nie pochodziła z ziemniaków. To zwykły spływ z pól. Z informacji, które otrzymałem, wynika, że pryzma została wykonana prawidłowo – mówi gospodarz. Bieliński zapewnia, że zastosowano bakterie przyspieszające rozkład ziemniaków, a pozostałości mają zostać później rozprowadzone na polu jako nawóz organiczny.
Twierdzi również, że pryzma znajduje się około kilometra od najbliższych zabudowań. Miejsce miało zostać wybrane między innymi z uwzględnieniem dominującego kierunku wiatru, aby ograniczyć ewentualną uciążliwość zapachową.
Radny: zareagowałem po zgłoszeniach mieszkańców
Jerzy Mokwiński nie ukrywa, że to on powiadomił Urząd Gminy Czarna Dąbrówka o problemie. Odrzuca jednak zarzut, że kierowała nim złośliwość albo osobisty konflikt z gospodarzem.
– Oczywiście, że zgłosiłem tę sprawę i się tego nie wypieram. Jeżeli mieszkańcy informują mnie, że śmierdzi i że ciecz płynie w stronę wioski, to jako radny muszę zareagować – mówi Mokwiński. Jak podkreśla, nie zawiadamiał samodzielnie wszystkich instytucji. Sprawę przekazał gminie, a ta miała zdecydować o dalszych czynnościach.
– Ja zgłosiłem problem wyłącznie gminie. Powiedziałem, że mieszkańcy zgłaszają smród i ciecz płynącą od ziemniaków. To urząd podjął kolejne działania – zaznacza. Radny porównuje swoją sytuację do obowiązku reakcji po otrzymaniu informacji o potencjalnym zagrożeniu.
– Gdyby coś się wydarzyło, później zapytano by mnie, co zrobiłem, skoro mieszkańcy wcześniej zgłaszali problem. Nie mogłem tego zignorować – dodaje. Nagrania mają pokazywać ciemną ciecz i znacznie większe hałdy
Jerzy Mokwiński udostępnia nagrania wykonane wcześniej, kiedy pryzma była jeszcze znacznie większa. Twierdzi, że obecny wygląd pola nie oddaje początkowej skali problemu.
– Teraz zostało może 80 procent albo mniej, bo wszystko zgniło, osiadło i zaczęło się rozpływać. Na pierwszych filmach hałdy były wyższe ode mnie – mówi radny. Na nagraniach ma być widoczna ciemna ciecz płynąca w kierunku wioski. Mokwiński twierdzi, że to właśnie ten obraz oraz intensywny zapach wywołały niepokój mieszkańców.
– Mam filmy pokazujące, jak płynęła stamtąd “rzeka”. Mogę też wskazać mieszkańców, obok których posesji ta ciecz przepływała – przekonuje. Radny nie zgadza się również z twierdzeniem, że pryzma leży około kilometra od zabudowań.
– Od pierwszych domów jest tam około 300 metrów, a nie kilometr – twierdzi Mokwiński. Ta rozbieżność będzie wymagała jednoznacznego zweryfikowania na podstawie map oraz pomiarów.
„Przy takim areale można było wybrać inne miejsce”
Jerzy Mokwiński podnosi również argument dotyczący rozmiaru gospodarstwa. Jego zdaniem przy dużym areale można było składować ziemniaki znacznie dalej od zabudowań albo rozłożyć je na większym obszarze.
– Jeżeli gospodarstwo ma setki hektarów, to można było wybrać miejsce dalej od wsi. Nie rozumiem, dlaczego tak duża masa ziemniaków znalazła się właśnie tam – mówi radny. W swojej ocenie wskazuje również, że część rolników w innych regionach Polski próbowała pozbywać się nadwyżek poprzez rozdawanie ziemniaków mieszkańcom, zanim zaczęły się psuć.
– Szkoda tych plonów, ale można było wcześniej próbować je rozdać albo rozparcelować. Inni rolnicy tak robili. Tutaj problem pozostawiono do momentu, gdy ziemniaki zaczęły gnić – ocenia Mokwiński. Bieliński odpowiada jednak, że ziemniaki były materiałem sadzeniakowym objętym kontraktem i nie można ich porównywać ze zwykłym towarem przeznaczonym do bezpośredniego spożycia. Zaznacza również, że przed utratą wartości czekał na odbiór przez kontrahenta.
Spór dotyczy także drogi gminnej
Jerzy Mokwiński zwraca uwagę na kolejny wątek. Twierdzi, że droga prowadząca w stronę pryzmy jest drogą gminną i miała zostać przeorana lub uszkodzona w sposób utrudniający przejazd.
– Kiedy przyjechała komisja ochrony środowiska, pojawił się problem z dojazdem. Droga była przeorana, a przecież jest to droga gminna – mówi radny. Według jego informacji sprawa miała zostać zgłoszona policji.
Mieszkańcy obawiają się zapachu i wpływu na wodę
Jerzy Mokwiński przekazuje, że mieszkańcy mieli uskarżać się na intensywny, gnilny zapach, szczególnie podczas ciepłych dni i po opadach. Część z nich miała również wyrażać obawy o rowy, glebę oraz przydomowe ujęcia wody.
Na obecnym etapie nie ma jednak podstaw, aby przesądzać, że doszło do skażenia wód gruntowych lub studni. Takie twierdzenie wymaga wyników badań laboratoryjnych, których dotychczas nie przedstawiono.
Nie można również automatycznie uznać, że każda ciecz widoczna na nagraniach była odciekiem powstającym wyłącznie w wyniku rozkładu ziemniaków. Bieliński utrzymuje, że była to przede wszystkim woda deszczowa spływająca z okolicznych pól. Radny twierdzi natomiast, że kolor, zapach oraz kierunek przepływu wskazują na związek z hałdą.
Rolnik mówi o „gnębieniu”, radny o wykonywaniu obowiązków
Jarosław Bieliński uważa, że interwencja dotycząca ziemniaków jest tylko jednym z wielu zgłoszeń kierowanych w sprawie jego gospodarstwa i rodziny. Wśród nich wymienia między innymi zawiadomienie dotyczące pomagania przez dzieci w pracach gospodarskich.
Rolnik przekonuje, że dzieci jedynie pomagają rodzicom i uczą się funkcjonowania gospodarstwa, natomiast stałe obowiązki wykonują zatrudnieni pracownicy.
Mokwiński przedstawia inną wersję. Twierdzi, że otrzymywał od mieszkańców sygnały o osobach niepełnoletnich prowadzących ciągniki lub duże maszyny po drogach publicznych.
– Nie chodzi o samo pomaganie rodzicom. Jeżeli mieszkańcy informują, że dziecko prowadzi dużą maszynę po drodze publicznej, to chodzi o bezpieczeństwo. Jako radny muszę taki sygnał przekazać dalej – odpowiada. Nie przesądzamy, czy opisywane sytuacje rzeczywiście miały miejsce. Ich potwierdzenie wymaga dokumentacji oraz ustaleń odpowiednich służb.
Problem znacznie większy niż konflikt rolnika z radnym
Niezależnie od lokalnego sporu Jarosław Bieliński wskazuje na trudną sytuację producentów ziemniaków w całym kraju. Jak mówi, rolnicy zostają z niesprzedanym towarem, pełnymi przechowalniami oraz kosztami produkcji.
Za główne przyczyny uznaje dużą podaż, ograniczone możliwości eksportu, import ziemniaków i gotowych produktów oraz coraz mniej korzystne warunki proponowane przez firmy kontraktujące.
– Rolnik jest traktowany jak wentyl bezpieczeństwa. Kiedy brakuje zbytu, firmy pozostawiają go z całym problemem – ocenia Bieliński. Po tegorocznych doświadczeniach gospodarz znacznie ograniczył powierzchnię upraw ziemniaków. Podkreśla, że do ryzyka pogodowego, chorób roślin i wysokich kosztów dochodzi obecnie zagrożenie, że nawet zakontraktowany towar nie zostanie odebrany.
Dwie wersje i pytania, na które odpowiedzą kontrole
Sprawa nie jest jednoznaczna. Jarosław Bieliński pokazuje obecny stan znacznie zmniejszonej pryzmy i zapewnia, że dotychczasowe kontrole nie potwierdziły zagrożenia. Jerzy Mokwiński przedstawia natomiast wcześniejsze nagrania, które mają pokazywać znacznie większe hałdy oraz ciemną ciecz spływającą w kierunku zabudowań.
Do tematu wrócimy po otrzymaniu dokumentów i wyników przeprowadzonych kontroli.
::news{"type":"see-also","item":"21270"}
::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}
Co sądzisz na ten temat?