
30 czerwca 2026 GOSC.PL
Jako Polacy mamy obowiązek domagania się prawdy i szacunku dla naszych zamordowanych rodaków. Jako chrześcijanie zaś powinniśmy podjąć trudny wysiłek dialogu w duchu „zdrowego realizmu”.
Spory historyczne – takie jak ukraińsko-polski spór o UPA i rzeź wołyńską – są trudne lub wręcz niemożliwe do wspólnego i zgodnego rozstrzygnięcia. Oczywiście, w tym konkretnym sporze nie umiem zająć pozycji „symetrysty” i nie wolno mi tego czynić. Przekaz rodzinny, czyli świadectwo historyczne z pierwszej ręki, każe mi stanąć po stronie ofiar – ofiar, z którymi łączą mnie więzy krwi i więzy wspólnotowej pamięci. Jako filozof nie mogę sobie jednak nie zadawać dalej idących i ogólniejszych pytań. Czy można napisać obiektywny, a zarazem akceptowany i przez Polaków, i przez Ukraińców, podręcznik historii? Czy można budować poczucie narodowej tożsamości i dumy, a zarazem rozliczać się ze zbrodni przodków? Czy można być i zbrodniarzem, i bohaterem? Czy można polubownie rozwiązywać konflikty pamięci?
Pytania o historię
Myślę, że podchodząc do tych (lub podobnych) pytań, warto dokonać kilku rozróżnień. Otóż mówiąc o historii, można mieć na myśli co najmniej trzy sprawy. Po pierwsze: próbę rekonstrukcji lub opisu minionych faktów. Po drugie: w miarę całościową opowieść o większym zestawie tych faktów. Po trzecie: taką opowieść, ale wziętą w funkcji tworzenia, manifestacji lub promocji zbiorowej pamięci jakiejś grupy, zwłaszcza narodu. Z pewnością historia jako rekonstrukcja minionych zdarzeń jest trudna, ale jest możliwa. Gdy spotkają się ze sobą badacze przeszłości i zastosują wspólne metody analizy źródeł, to – pomimo rozmaitych sporów i przeszkód – mogą dojść do wspólnej rekonstrukcji przynajmniej niektórych konkretnych faktów. Problem jednak pojawia się wtedy, gdy chcą ułożyć je w pewną całość. Praca taka wymaga selekcji, wartościowania (co jest bardziej, a co mniej ważne), ustalania związków przyczynowych – a to wszystko zależy od przyjętej perspektywy. Nic więc dziwnego, że mamy wiele niewspółmiernych opowieści czy narracji historycznych, które dotyczą tych samych obszarów dziejów. Nic też dziwnego, że narracje te łatwo przekształcić w narzędzia polityk historycznych, którymi państwa walczą między sobą o „dobrą pamięć”: o to, by ich przeszłość była pozytywnie pamiętana lub o to, by ich własna pamięć była traktowana jako ważniejsza od pamięci innych.
Wpierw fakty, potem interpretacje
Jak widać, zgoda historyczna jest (choć z trudem) możliwa tyko na poziomie rekonstrukcji faktów. Gdy źródła (w tym zeznania świadków) są liczne i zgodne, trudno im zaprzeczać. Gdy jednak przechodzimy z poziomu rekonstrukcji do poziomu narracji i (tym bardziej) polityki historycznej, zgoda zdaje się wręcz niemożliwa. Niemożliwa, gdyż (w pierwszym przypadku) różne są perspektywy poznawcze historyków oraz (w drugim przypadku) różne są interesy państw lub narodów. Kiedyś walczyły one ze sobą zbrojnie, a dziś – nawet wtedy, gdy zaprzestały takiej walki – walczą na opowieści o tym, jak ich niegdysiejsze walki wyglądały.
Jeśli moje uwagi są słuszne, to warto z nich wyprowadzić jeden wniosek: gdy wchodzimy w spór historyczny, to – zamiast budować wielką narrację – należy skupiać się na faktach. Znaczy to, że powinniśmy pokazywać naszym historycznym „przeciwnikom” (i międzynarodowej opinii publicznej) jak najwięcej źródeł historycznych, które mówią kto, kiedy, gdzie, w jaki sposób i w jakiej skali mordował naszych rodaków. Faktom nie da się zaprzeczyć – można je tylko różnie interpretować. A im więcej znanych faktów i im lepiej są udokumentowane, tym trudniej o ich pominięcie lub o ich kompletną dezinterpretację. Można na przykład powiedzieć (w reakcji na przedstawione fakty), że ci sami ludzie bestialsko mordowali Polaków i bohatersko walczyli z Sowietami, i że to jest wielki moralny dramat lub że trzeba szukać psychologicznych przyczyn takiej sytuacji. Nie można jednak z tej wypowiedzi wymazać jej pierwszego członu. Gdy sobie powiemy wzajemnie o tym, jak naprawdę było i jakie są nasze rany, wtedy możemy wchodzić w dalszą dyskusję i możemy próbować (przynajmniej trochę, na ile to możliwe) zbliżać nasze perspektywy.
Idealizm i realizm
Tak się złożyło, że gdy w Polsce wszystkich ekscytował ukraińsko-polski spór o pamięć, czytałem encyklikę Leona XIV „Magnifica humanitas”. W tej – perfekcyjnie zniuansowanej – encyklice występują na tle jej głównego tematu liczne i ważne wątki poboczne, m.in. wątek prowadzenia polityki międzynarodowej. Papież pisze, że powinno się w niej „pielęgnować zdrowy realizm” (nr 218), który unika „zarówno idealizmu politycznego, jak i cynizmu”, zwanego też realizmem rzekomym lub zdegenerowanym. Korzystając z rozróżnienia Papieża, można powiedzieć, że w polskiej polityce historycznej zbyt długo dominował idealizm. Idealizm ten kazał nam skrupulatnie wyznawać wszystkie grzechy i grzeszki naszych przodków oraz opłakiwać rany innych narodów. Rany nasze i zbrodnie tych, którzy je zadali, miały zejść na dalszy plan w imię powszechnego pojednania, konieczności geopolitycznej lub w obawie przed wzbudzeniem rzekomego demona nacjonalizmu. W ten sposób żyliśmy (to znowu termin Papieża) w „rzeczywistości skonstruowanej”, za fasadą której inne państwa promowały swoje narracje historyczne, bynajmniej nie odpłacając nam współczuciem za współczucie, uczciwością za uczciwość, trudną prawdą dla siebie za trudną prawdę dla nas.
Gdy zbyt mocno dotknęła nas cudza pogarda, czas idealizmu się skończył i przyszedł czas na realizm. Chodzi jednak o to, by – zgodnie z wezwaniem Leona XIV – nie był to „realizm zdegenerowany, który myli stwierdzenie faktu z rezygnacją: skoro dominuje siła, to dochodzi do wniosku, że powinna ona panować. Autentyczny realizm nie rezygnuje z przemieniania świata: zaczyna od jasnego dostrzeżenia interesów, lęków, ograniczeń i układów sił właśnie po to, by rozeznać, co można rzeczywiście osiągnąć i jakimi drogami. Nie sprowadza polityki do moralizmu, ale też nie wydaje jej na pastwę przemocy: szuka możliwych dróg, aby pokój był czymś więcej niż tylko słowem – a więc wiarygodnych instytucji, sprawdzalnych gwarancji, cierpliwych negocjacji, zapobiegania konfliktom i ochrony ludności cywilnej” (nr 218). Realizm autentyczny i zdrowy różni się od realizmu zdegenerowanego intencją. W pierwszym chodzi o prawdę i dobro, a w drugim – o postawienie na swoim i o panowanie. Jeśli więc upominamy się o należną pamięć o ofiarach ludobójstwa na Wołyniu, to – w duchu realizmu Leona – czynimy to w imię prawdy o faktach i w imię zasady poszanowania godności człowieka. Nie chodzi nam o to, by upokorzyć innych lub pokazać naszą wyższość, lecz o to, by podjąć wysiłek budowania dobrego współistnienia na solidnych fundamentach.
Co się da zrobić?
Pomimo powyższych rozważań, muszę przyznać, że nie wiem, jak można rozwiązać polsko-ukraiński spór historyczny w sposób, który pod każdym względem zadowoliłby obie strony. Rozumiem, że w czasie wojny wymiana sztandarów nie wzmacnia ducha walki, a dodawanie do nich historycznych przypisów zamieniałoby wojsko w akademię. Rozumiem też, że proces poznawania czarnych kart z życia własnych przodków może być bolesny i może wprowadzać zakłócenia do własnej samoświadomości i tożsamości. Rozumiem, że nasze wspólne ukraińsko-polsko dzieje uwikłane są w skomplikowaną dialektykę poczucia niższości i wyższości oraz w inne skomplikowane relacje, winy i urazy, które przez wieki odkładały się w podświadomości, by nagle wybuchnąć… Nie mamy żadnej szczegółowej recepty na te trudności, ale mamy zachętę Papieża do cierpliwej, długiej i uczciwej rozmowy w prawdzie. Rozmowy, do której powinniśmy (na różnych szczeblach i w różnych wymiarach) dążyć, gdy opadną emocje i gdy nadejdzie sprzyjająca pora.
A czy w takiej rozmowie mediatorem lub katalizatorem dialogu nie powinna być sama Stolica Apostolska? Przecież w tym duchu Leon XIV postrzega zadania dyplomacji watykańskiej. A Kościół został powołany przez Chrystusa jako wspólnota oraz instytucja, która nie ma żadnych ziemskich interesów, właśnie po to, by wśród mających swe antagonistyczne interesy państw i narodów pełnić posługę jednania. Rzeczywiście, gdy wśród walczących lub spierających się stron pojawia się bez-interesowny świadek – który rozbraja słowa, buduje pokój w sprawiedliwości, spogląda oczami ofiar, pielęgnuje zdrowy realizm oraz ożywia na nowo dialog (por. nr 213) – tam może zdarzyć się moralny cud.
Jacek Wojtysiak Nauczyciel akademicki, profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Autor licznych artykułów i książek, w tym podręczników i innych tekstów popularyzujących filozofię. Stały felietonista portalu internetowego „Gościa Niedzielnego”. Z pasją debatuje o Bogu i religii z wierzącymi, poszukującymi i ateistami. Lubi wędrować po stronach Biblii i po ścieżkach Starego Gaju. Prywatnie: mąż Małgorzaty oraz ojciec Jonasza i Samuela. Ostatnio – wraz z Piotrem Sachą – opublikował książkę „Bóg na logikę. Rozmowy o wierze w zasięgu rozumu”.